Dobra kontynuacja
Z prof. Adamem Danielem Rotfeldem, sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, rozmawia Małgorzata Barwicka
Minister Włodzimierz Cimoszewicz mówi, że będzie spokojny o dalsze funkcjonowanie resortu, jeśli pozostanie on w Pana rękach. Znakomity dyplomata, świetny strateg – to opinia premiera Marka Belki. Kiedy możemy spodziewać się Pańskiej nominacji na stanowisko szefa dyplomacji?
– Nie rozmawiałem jeszcze na ten temat ani z premierem, ani z prezydentem. Rzecz w tym, że w powstałej sytuacji sprawą istotną jest to, aby zapewnić ciągłość polskiej polityki zagranicznej. Okazuje się, że dziś politykę ministra Cimoszewicza wysoko ocenia także opozycja. Zwraca się uwagę na to, że była ona skuteczna i podniosła rangę Polski w świecie. Minister Cimoszewicz uważa, że skoro uczestniczyłem w procesie kształtowania tej polityki w ostatnich latach, to jestem osobą, która może zapewnić jej kontynuację. Z kolei, według mnie, MSZ jest tak ważnym resortem, że z zasady na jego czele powinien stać polityk. Nie pretenduję do takiej roli. Gdyby uznać, że rząd Marka Belki jest rządem fachowców, to – w pewnym sensie – mógłbym być naturalnym kandydatem. Myślę, że minister szukał osoby, która zapewniłaby kompetentną kontynuację na kilka pozostałych miesięcy – do wyborów. Jak wiadomo, Włodzimierz Cimoszewicz zapowiedział złożenie dymisji, będzie kandydował na stanowisko marszałka Sejmu. Dopiero po jego wyborze będzie można mówić o nominacji nowego ministra.
Jakich zmian możemy się spodziewać?
– Gdybym miał kierować ministerstwem, opierałbym się na dwóch zasadach: ciągłości i zmiany. Ciągłości tam, gdzie jest to możliwe, skoro polityka jest skuteczna i dobrze służy Polsce, a zmiany tam, gdzie jest to konieczne. Nie ulega wątpliwości, że pewne zmiany są konieczne. Zresztą zapoczątkował je minister Cimoszewicz. Jak choćby ekonomizację polskiej polityki. W ub.r. wstępowaliśmy do UE. Dziś jesteśmy jej częścią i realizujemy swą politykę w ramach Unii.
Czeka nas ważny czas w polityce zagranicznej – poprawa stosunków z Niemcami i Francją, negocjacje nad Nową Perspektywą Finansową UE, no i Ukraina. Jak rozkłada Pan priorytety?
– Wymieniła pani elementy,
które są na liście priorytetów polskiej polityki
zagranicznej. Po okresie pewnego ochłodzenia stosunków Polski
z Francją i Niemcami – w kontekście rokowań nad traktatem
konstytucyjnym – nastąpiła istotna zmiana. Prezydent Jacques
Chirac i nowy ambasador francuski Pierre MŽnat w Warszawie oraz
kanclerz Gerhard Schroeder i minister Joschka Fischer przy różnych
okazjach deklarowali w ostatnich miesiącach wolę podniesienia
stosunków z Polską na jakościowo wyższy poziom. Nie muszę
dodawać, że po stronie polskiej jest zdecydowana wola zbliżenia
zarówno z Niemcami, jak i Francją. Szef francuskiej dyplomacji
Michele Barnier 13 stycznia przyjedzie do Warszawy. Spodziewam się
też spotkania z Joschką Fischerem. Wypracowaliśmy z Niemcami wspólne
stanowisko w sprawie Ukrainy. To dobry punkt wyjścia.
Wśród
priorytetów naszej polityki zagranicznej nie wymieniła pani
Stanów Zjednoczonych. Tak dobrych i bliskich stosunków
między naszymi krajami nie było w historii. Ułatwia to Polsce
realizację interesu narodowego w kontaktach z całym światem. Innymi
słowy, jest wiele spraw, ale te trzy zadania: nasze członkostwo w UE,
a w jej ramach stosunki z Francją i Niemcami, Stany Zjednoczone i
stosunki transatlantyckie, w tym relacje sojusz NATO – UE i,
wreszcie, nasza polityka wschodnia, szczególnie wobec Ukrainy
– to kluczowe sprawy, które niejako określają główne
wymiary naszej polityki.
Najbardziej gorącym tematem jest ostatnio Ukraina.
– Rozwój wypadków na Ukrainie zależy od samych Ukraińców. Nasza intencja jest taka, żeby wspierać ich tam, gdzie o to proszą, gdzie możemy służyć naszym doświadczeniem i pomocą. Ostrzegałbym przed zajmowaniem wobec Ukrainy postawy paternalistycznej. Nasza współpraca opiera się i opierać będzie się na zasadach partnerskich. Nie zamierzamy rezygnować z naszej roli adwokata sprawy ukraińskiej w UE. Dziś mamy niewdzięczne zadanie studzenia nadmiernych oczekiwań. Im większe bowiem oczekiwania – tym głębsze rozczarowania. Należy ułatwiać Ukrainie realizację jej aspiracji europejskich i euroatlantyckich. Wymaga to jednak spełnienia określonych kryteriów, czy też pewnych warunków. Tak było z Polską przed 15 laty. Odbyliśmy długi i trudny marsz. Dopiero w maju 2004 roku staliśmy się członkiem Unii. Dystans, jaki dzieli Ukrainę od demokratycznej wspólnoty państw w Europie, jest dziś bodaj większy od tego, który mieliśmy do pokonania w procesie przemian. Mierz siły na zamiary, a nie zamiar podług sił.
Dziękuję za rozmowę.
(TRYBUNA, 5 stycznia 2005 r.)