GOŚĆ "RZECZPOSPOLITEJ" Adam Daniel
Rotfeld
Traktujmy Turków poważnie
Nie radzę nowemu rządowi prowadzić polityki zagranicznej przeciwko komukolwiek
Rz: W wielu krajach Unii sprawa
integracji Turcji wywołuje kontrowersje. Polska jednoznacznie poparła ambicje Ankary. Dlaczego?
Adam Rotfeld : Jeśli Unia chce
być traktowana serio, to musi odpowiedzieć Turcji: widzi możliwość jej integracji czy nie. My traktujemy Turcję bardzo poważnie i mamy dla
niej odpowiedź. Uważamy, że perspektywa członkostwa dla Turcji za 10, 15 czy 20 lat gwałtownie przyspieszy modernizację tego kraju. Będzie to przykład dla całego
świata islamu. To
jest ta sama
logika integracji, na którą po
II wojnie światowej alianci zdecydowali się wobec Niemiec
i Japonii. Wówczas zadziałała. I tym
razem, wobec Turcji, zadziała.
Czy jednak nie liczymy też
na Turcję
jako sojusznika przeciwko Rosji?
Tego w ogóle nie biorę pod uwagę.
I niezależnie od
tego, kto przejmie teraz w Polsce władzę, nie radzę prowadzić
polityki zagranicznej przeciwko komukolwiek. Z Ukrainą było podobnie:
nie zaangażowaliśmy się w jej demokratyzację,
aby działać przeciwko Rosji, ale by sprzyjać przemianom, które pomogą także
samej Rosji.
Z pewnością bliski jest nam proamerykanizm Turków.
Dziś toczy się niewypowiedziana rywalizacja między tymi, jak Francja,
którzy uważają, że sama Unia wystarczy, aby zapewnić bezpieczeństwo
Europy, i tymi, którzy, jak
my, widzą tu dużą rolę dla
NATO. Turcja w Unii z pewnością
umocni ten drugi obóz.
Jeśli "25" zdecyduje
się na
rozpoczęcie rokowań z Turcją, chyba łatwiej
ją będzie później przekonać do tego samego wobec
Ukrainy?
Na to liczymy. Turcja w Unii usunie miękkie podbrzusze Europy: poczucie, że można
zaatakować kontynent od strony
niestabilnych Bałkanów. Jednak trzeba pamiętać, że to jest ukoronowanie procesu modernizacji, który rozpoczął się mniej więcej
100 lat temu. Ukraina
miała na
to niepomiernie mniej czasu. Dlatego wciąż w wielu krajach zachodnich
Przeszło 50 proc. Polaków popiera integrację Turcji. To dwa razy
więcej niż Niemców i Francuzów.
Chyba dlatego, że u nas
mniejszości tureckiej nie ma.
Gdybyśmy mieli pokaźną turecką społeczność, na
pewno doszłoby do napięć, ponieważ społeczność ta nie wszędzie się
asymiluje. Żartobliwie powiem jednak,
że antytureckie nastroje wyczerpały się u nas wraz
z Janem III Sobieskim.
Wtedy Europa się nam
nie odwzajemniła. Kiedy 100 lat później doszło do rozbiorów, Turcja była jedynym
krajem, który ich nie uznał.
I to nie dlatego, że Turcy mieli
do nas szczególny sentyment, ale uważali, że bez silnej
Polski równowaga polityczna w Europie jest naruszona. Teraz my spłacamy wobec
Turków swoisty dług moralny.
W wielu
krajach Europy partie prawicowe są przeciwne
akcesji Turcji. To samo nastąpi
teraz w Polsce?
Jestem przekonany,
że nowy rząd
utrzyma linię, której wierni byli
wszyscy ministrowie spraw zagranicznych od 1989 roku.
Polska musi w tej sprawie
trzymać się głównego nurtu opinii europejskiej. W przeciwnym razie padną pod naszym adresem różne oskarżenia,
często wymyślone.
Walczył pan o uznanie specjalnej roli chrześcijaństwa w europejskiej konstytucji. Teraz nie ma pan oporu przed przyjęciem do Unii kraju zamieszkanego
przez 70 mln muzułmanów?
Najważniejsze jest uznanie
uniwersalnych wartości opartych na
nadprzyrodzonym porządku moralnym. Broniłem wartości chrześcijańskich, bo na nich polskie społeczeństwo
buduje swoją tożsamość. Ale w Europie
Turcja ma swoje miejsce.
Polska jest dziś głównym beneficjentem pomocy Brukseli. Gdy do Unii przystąpi biedna i wielka
Turcja, będziemy musieli się z nią
podzielić tym wsparciem.
Jeśli pójść za tą logiką,
to Hiszpania, Portugalia i Grecja nigdy
nie powinny się zgodzić na przyjęcie Polski do Unii.
Zrobiły to po 20 latach członkostwa w Unii, gdy już
same się wystarczająco wzbogaciły.
Nie twierdzę,
że Turcja przystąpi do Unii wcześniej! Należy rozpocząć z nią
negocjacje w dobrej wierze, ale nie określać, broń Boże, daty członkostwa.
Rozmawiał w Luksemburgu
Jędrzej Bielecki
Adam Rotfeld
jest ministrem spraw zagranicznych w rządzie RP