Działać czy nie działać w obliczu zagrożeń praw
człowieka?
Wystąpienie prof. dr. hab. Adama Daniela Rotfelda,
Ministra Spraw Zagranicznych RP
Pytanie postawione w tytule naszej sesji ma
charakter retoryczny. Nie ma wątpliwości, że na tak postawione
pytanie odpowiedź jest jednoznaczna: tak – należy działać.
Znacznie trudniejsza jest odpowiedź na inne pytanie – jak
należy działać? Jakie są procedury, podstawy i instrumenty działania?
Innymi słowy nie czy - ale jak powinna reagować społeczność
międzynarodowa w obliczu poważnych naruszeń praw człowieka na
terytorium jakiegokolwiek państwa. W tej sprawie nie mamy jak dotąd
jednoznacznej odpowiedzi. Dzieje się tak z wielu powodów.
Najważniejszy sprowadza się do tego, że współczesny system
prawa międzynarodowego regulował głównie stosunki między
państwami, a nie wewnątrz państw. Ten stan rzeczy zmienia się –
jakkolwiek wolno – może nawet zbyt wolno, ale się zmienia. Dziś
ani prawa człowieka ani sposób rządzenia państwem nie jest
wyłączną domeną, czy też dyskrecjonalną władzą państwa. Państwa mają
uprawnienia i legitymizację do zajmowania się naruszeniami praw
człowieka również poza obszarem swojej suwerenności. Innymi
słowy, powoływanie się na zasadę niemieszania się w sprawy wewnętrzne
innych państw już nie skutkuje w tej mierze, jak to miało miejsce
jeszcze 30 lat temu. Dotyczy to sytuacji, gdy coraz większa liczba
poważnych naruszeń praw człowieka ma miejsce w konfliktach
wewnątrzpaństwowych a nie tylko międzypaństwowych. Trudność polega na
tym, że w systemie międzynarodowym nastąpiły fundamentalne zmiany.
Nie znajdują one jednak stosownego odbicia ani w zasadach i normach
ani w instytucjach prawa międzynarodowych. Zacznę od tego, że od
czasu Pokoju Westfalskiego w 1648 roku jedynymi podmiotami w
stosunkach międzynarodowych były państwa. W XX wieku uznano w pewnym
zakresie podmiotowość organizacji międzynarodowych. Dziś znacznie
wzrosła liczba pozapaństwowych aktorów na scenie
międzynarodowej – ale uregulowania w swej istocie pozostały
niezmienione. Jakkolwiek w skali uniwersalnej – od czasu
Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku – podpisano zarówno
Pakty Praw Politycznych i Obywatelskich oraz Pakty Praw
Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych, jak i blisko 200 różnych
konwencji w tej materii – to pokutuje przekonanie, że sprawy te
nadal należą do kompetencji wewnętrznej.
Wiąże się z tym inny
fundamentalny problem: co to jest państwo? Jak należy państwo
definiować? Tradycyjnie definicja państwa obejmuje 3 elementy:
określone terytorium, ludność (czyli obywatele) oraz skutecznie
wykonywaną władzę. Rzecz w tym, że jeśli terytorium i ludność na ogół
można określić – to z określeniem władzy szkopuł jest dwojaki.
Po pierwsze, na wielu obszarach Afryki, Azji (ale również
Europy) rośnie liczba państw, które określamy jako państwa
słabe, upadające lub upadłe. Nie są one w stanie skutecznie
kontrolować rozwoju wypadków na swoich terytoriach. Tam
właśnie legnie się terroryzm i bezprawie. Po drugie, kiedyś
wystarczyło, aby władza była skuteczna. Dziś powinna ona być
wykonywana z poszanowaniem reguł prawa. Władza musi mieć prawną
legitymizację.
60 lat temu, gdy uchwalano Kartę Narodów
Zjednoczonych, percepcja porządku światowego i głównych
zagrożeń dla ówczesnej społeczności międzynarodowej była
wynikiem doświadczeń historycznych. Lekcja obu wojen światowych
sprowadza się do tego, że zagrożeniem jest agresja, której
dokonują wielkie agresywne potęgi. Z tego wynikało, że podstawa
pokoju międzynarodowego jest oparcie porządku światowego na takich
zasadach i mechanizmach, które wprowadzały daleko idące
ograniczenia w odniesieniu do możliwości użycia siły w stosunkach
międzynarodowych.
Karta Narodów Zjednoczonych, pełniąca
rolę swoistej konstytucji w odniesieniu do pozostałych norm prawa
międzynarodowego m.in. przez jej nadrzędność w odniesieniu do innych
norm traktatowych, ograniczyła tę możliwość do dwóch
przypadków: samoobrony lub kolektywnego działania na podstawie
decyzji Rady Bezpieczeństwa. Jednocześnie Karta stworzyła mechanizm
pozwalający Narodom Zjednoczonym skutecznie reagować na poważne
naruszenia istniejącego porządku międzynarodowego wyposażając Radę
Bezpieczeństwa NZ w stosowne prerogatywy, w tym zdolność do
zastosowania środków militarnych. U podłoża nowych rozwiązań
leżały jednak ugruntowane od czasu pokoju westfalskiego doktryny
suwerenności państwowej i równowagi sił wielkich mocarstw.
Wypływająca z zasady suwerenności państwowej zasada nieingerencji w
sprawy wewnętrzne państw w rozumieniu wielu państw i specjalistów
prawa międzynarodowego jest nadal traktowana jako jeden z fundamentów
systemu międzynarodowego, jego stabilności i bezpieczeństwa. Z
prawnego punktu widzenia zasada ta oznaczała, iż państwa mają pełną
swobodę do podejmowania działań na obszarze swej jurysdykcji. Ta
swoboda ograniczona była jedynie pewnymi normami o charakterze
zwyczajowym (dotyczyło to np. ochrony dyplomatycznej, jakiej państwo
może domagać się w przypadku naruszenia praw i interesów jego
obywateli w innym państwie. Zresztą i ta ochrona miała w istocie
charakter ograniczony i polegała głównie na popieraniu
roszczeń własnych obywateli o charakterze majątkowym.) W percepcji
niektórych państw ten stan rzeczy nadal obowiązuje. Tak nie
jest. Zresztą tak nie było już przed 25 laty. Sierpniowe wydarzenia z
1980 roku w Gdańsku i w całej Polsce przypomniały światu, że państwa
mają obowiązki (nie tylko polityczne, ale również prawne)
wobec własnych obywateli i wobec własnych społeczeństw.
Prawa te
jedynie zasygnalizowane w okresie przyjmowania Karty NZ (były one w
procesie tworzenia się - in statu nascendi) zyskały w okresie 30 lat
– od Helsinek rangę fundamentalnych norm międzynarodowych,
których przestrzeganie nie jest już tylko sprawą o charakterze
wewnętrznym na linii państwo – obywatel, lecz obowiązkiem
państwa zarówno wobec całej społeczności międzynarodowej jak i
wobec własnych obywateli.
Od czasu przyjęcia kluczowych w tej
dziedzinie umów w latach 60-tych zauważalne jest rosnące
napięcie między obowiązkiem państwa do przestrzegania podstawowych
praw i wolności obywateli a zasadą suwerenności stanowiącą uprzednio
prawną i polityczną tarczę chroniącą państwo przed odpowiedzialnością
z tytułu ich naruszania. Wraz ze wzrostem znaczenia praw człowieka w
systemie relacji i norm międzynarodowych ograniczeniu bowiem ulega
obszar spraw zastrzeżonych do wyłącznej kompetencji wewnętrznych
państwa. Masowe naruszenia praw człowieka – w okresie po
zakończeniu zimnej wojny - w byłej Jugosławii, Rwandzie czy obecnie w
Darfurze uświadomiły społeczności międzynarodowej konieczność
uzupełnienia instrumentów działania obecnego systemu
bezpieczeństwa międzynarodowego. Jedną z reakcji przeciwko zbrodniom
dokonywanym w przeszłości przez rządzących wobec własnych obywateli
było utworzenie Międzynarodowego Trybunału Karnego. Decyzje Trybunału
obejmują swoją jurysdykcją również sytuacje, gdy poważne
naruszenia praw człowieka dokonywane są wyłącznie na obszarze jednego
państwa. Utworzenie Trybunału ponad 50 lat po Norymberdze i po blisko
50 latach od podjęcia po raz pierwszy tematu przez Komisję Prawa
Międzynarodowego NZ jest nie tylko wielkim sukcesem zwolenników
rządów prawa w stosunkach międzynarodowych, ale również
dowodem na rosnącą akceptację przez członków społeczności
międzynarodowej prawnomiędzynarodowego charakteru swoich zobowiązań
względem własnych obywateli. Należy mieć nadzieję, iż z czasem
również Stany Zjednoczone przystąpią do tego Trybunału. W ten
sposób zyskałby on charakter uniwersalny i stałby się jednym z
filarów nowego ładu międzynarodowego.
Dziś jednak Trybunał
nie jest w stanie wypełnić luki, jaka istnieje w obecnym systemie
norm w odniesieniu do zapewnienia skutecznej reakcji społeczności
międzynarodowej na przypadki zbrodni popełnianych na bezbronnej
ludności cywilnej. W efekcie, jesteśmy świadkami rozmijania się
deklaracji z działaniami – mam na myśli debaty w głównych
organach NZ na temat zbrodni ludobójstwa oraz towarzyszące im
deklaracje „nigdy więcej” - z jednej strony, a z drugiej
- bezradność społeczności międzynarodowej wobec bestialskich wydarzeń
w Darfurze i w różnych innych regionach. Jedną z przyczyn tego
stanu rzeczy jest oprócz woli politycznej brak konkretnych i
precyzyjnych norm, którymi powinny kierować się państwa
członkowskie ONZ w przypadku zbrodni i masowego naruszania
podstawowych praw na obszarze innych państw. Stan prawny nie
odpowiada dziś świadomości społeczeństw.
Z formalnoprawnego
punktu widzenia są trzy stany, w którym społeczność
międzynarodowa może użyć siły: stan legalny (legal), nielegalny
(illegal) i pozaprawny (non-legal), czyli sytuacja, która jest
do tej pory nieuregulowana – swoista szara strefa. Jest naszym
wspólnym obowiązkiem doprowadzić do szybkiego jak najszybszego
usunięcia istniejącej w tym względzie luki w prawie, czy też szarej
strefy w zakresie norm prawnych. Tak postrzegam też główne
wyzwanie w procesie reform Narodów Zjednoczonych. To nie od
rozszerzenia (lub nierozszerzenia) Rady Bezpieczeństwa zależy życie
zagrożonych istnień ludzkich. Zależy to od woli politycznej państw,
aby chronić życie ludzi zagrożonych oraz od tego, czy państwa
otrzymają stosowne instrumenty działania. Im szybciej państwa będą w
stanie postrzegać ten kluczowy problem w duchu solidarności
międzynarodowej tym więcej istnień ludzkich uda się uratować przed
brutalnością tych, których podstawowym zadaniem powinna być
właśnie ich ochrona, czyli własnych rządów – lub przed
zagrożeniami, które niosą konflikty etniczne, religijne i
wojny domowe.
Ludność cywilna coraz częściej ponosi straty nie w
wyniku ubocznych skutków działań stron konfliktu, lecz jest
głównym obiektem ataków ze strony aparatu władzy
państwowej (jak to miało np. miejsce w Kambodży, byłej Jugosławii czy
Iraku) bądź też ze strony struktur pozapaństwowych jak np. w
Demokratycznej Republice Konga czy Rwandzie. Jest to jakościowo nowe
zjawisko. W przeszłości głównym celem wojen były siły zbrojne
nieprzyjaciela, a nie ludność cywilna. Z drugiej strony – bodaj
po raz pierwszy od czasu wojen religijnych w Europie, czyli okresu,
który zamknął Pokój Westfalski – mamy do
czynienia w świecie z sytuacją, że w ostatnich 14 latach na ponad 60
wielkich konfliktów zbrojnych tylko trzy miały charakter
międzypaństwowy (wojna w Iraku, konflikt między Eritreą i Etiopią,
oraz między Indiami i Pakistanem). Pozostałe konflikty miały
charakter wewnętrzny.
Ten stan rzeczy zmienia koncepcję
zapewnienia bezpieczeństwa międzynarodowego - głównym
beneficjentem i celem ma być jednostka – człowiek, albo grupa
mniejszościowa, której życie jest zagrożone, a nie jak to
miało miejsce dotychczas - państwo. Koncepcja bezpieczeństwa
ludzkiego obejmuje swym zakresem również bezpieczeństwo
państwa. Jest to niejako integralny - niezbędny warunek dla
realizacji tej koncepcji - podczas gdy odwrotna sytuacja nie
koniecznie i nie zawsze miała miejsce.
Bezpieczeństwo ludzkie to
pojęcie szersze - obejmuje nie tylko wolność od konfliktów
zbrojnych, ale również przestrzeganie praw człowieka,
poszanowanie reguł państwa prawa oraz zdolności państwa do
zapewnienia obywatelom godziwych warunków
ekonomiczno-społecznych. Wiąże się z tym ściśle proces
demokratyzacji, ponieważ, tylko w społeczeństwie demokratycznym
możliwa jest praktyczna realizacja tak rozumianego bezpieczeństwa
ludzkiego. Rzecz w tym, że nadal w wielu miejscach na świecie
funkcjonują reżimy autorytarne i totalitarne (jak np. w Korei
Północnej, na Kubie, czy na Białorusi). Są to swoiste skanseny
dyktatury i łamania praw człowieka oparte na dyktaturze, dla których
liczy się wyłącznie utrwalanie własnej władzy. Dla reżimów
tych społeczeństwa są jedynie obiektem realizacji własnych celów
i ambicji. Ale dziś nawet one nie kwestionują podstawowych praw i
wolności, kiedy prezentują swoje stanowisko na forach
międzynarodowych.
Wiele wskazuje na to, że w procesie reformy ONZ
zbliżamy się do przyjęcia w czasie wrześniowego Szczytu NZ do
przyjęcia zasady odpowiedzialności za ochronę, rozumianej jako
obowiązek interwencji społeczności międzynarodowej, w przypadku braku
zdolności państwa do zapewnienia przestrzegania praw człowieka bądź
też ich masowego naruszania. Przyjęcie tej zasady oznaczałoby w
istocie naturalne dostosowanie norm i doktryny do wyzwań 21 wieku.
Sama zasada nie budzi już wątpliwości. Znajduje to wyraz w
działaniach Rady Bezpieczeństwa np. w odniesieniu do Somalii czy też
interwencji NATO w przypadku Kosowa. Niezależnie od krystalizującej
się w tym względzie praktyki oraz opinio iuris zasada ta znajduje
głębsze uzasadnienie w normach prawa międzynarodowego jak i w celach
przyświecających twórcom Karty NZ. Zakaz zbrodni ludobójstwa
oraz innych naruszeń praw człowieka na masową skalę jest normą o
charakterze bezwzględnie obowiązującym - ius cogens, od której
nie może być dopuszczone żadne odstępstwo. Pełna implementacja tych
norm może być jednak zapewniona jedynie w przypadku woli państw do
podejmowania zdecydowanych działań - włącznie ze zbrojną interwencją,
gdy środki perswazji czy prewencji zawiodą. W innym wypadku normy te
nie miałyby charakteru prawnego, jaki przypisuje im bezdyskusyjnie
społeczność międzynarodowa a jedynie moralny. (Normami
polityczno-moralnymi, które nie są pozbawione znaczenia
prawnego są postanowienia Aktu Końcowego z Helsinek, Paryskiej Karty
dla Nowej Europy i innych uzgodnień przyjętych w procesie OBWE.)
Prawu do ochrony, które przysługuje w tym rozumieniu
każdej istocie ludzkiej, odpowiada obowiązek społeczności
międzynarodowej do podjęcia aktywnych działań w przypadku jego
naruszenia. Wyraźnie stwierdza to projekt Dokumentu Końcowego
przygotowanego przez przewodniczącego Zgromadzenia Ogólnego,
Jeana Pinga, który przeprowadził w tej sprawie szerokie
konsultacje z państwami członkowskimi NZ. W dokumencie tym wyraźnie
uznaje się odpowiedzialność Narodów Zjednoczonych do podjęcia
wspólnych działań w sposób szybki i zdecydowany poprzez
Radę Bezpieczeństwa i we współpracy z organizacjami
regionalnymi w przypadku gdy pokojowe środki zawiodą.
Obecny
problem nie leży więc w uznaniu samego prawa do ochrony jako zasady
prawa międzynarodowego, lecz na wypracowaniu kryteriów
pozwalających na jej zastosowanie w praktyce, gdy tylko pojawi się
taka potrzeba. Wśród kryteriów takich powinny figurować
- oprócz samego poważnego naruszenia praw człowieka:
•
przestrzeganie proporcjonalności podejmowanej interwencji,
•
wcześniejsze wyczerpanie innych dróg wymuszenia zmiany
postępowania ze strony naruszającego,
• brak innego głównego
motywu podejmowanej interwencji
• gotowość do długofalowego
zaangażowania w działania stabilizacyjne w danym państwie.
Organem,
który powinien mieć decydujący głos w tym względzie powinna
pozostać Rada Bezpieczeństwa. Jednak powinna ona dostosować reguły
swego postępowania do szczególnych wyzwań, jakie niosą ze sobą
masowe naruszenia praw człowieka czy prawa humanitarnego. Jednym z
możliwych sposobów takiej adaptacji byłoby wewnętrzne
uzgodnienie wielkiej piątki odnośnie nie korzystania w takich
sytuacjach z przysługującego im prawa weta. Wymaga to także
wyposażenia organizacji w zdolność operacyjną do podejmowania
efektywnych interwencji, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.
Dla
pełnej akceptacji prawa do ochrony i ugruntowania go jako jednej z
głównych zasad prawa międzynarodowego niezbędne też będzie
stosowanie tych samych kryteriów w odniesieniu do
analogicznych sytuacji. Życie i godność ludzka mają bowiem tę samą
wartość niezależnie od kraju czy kontynentu, na którym
dochodzi do naruszeń fundamentalnych norm w dziedzinie praw
człowieka. Praktyczna realizacja tej zasady powinna także uspokoić
obawy tych, którzy twierdzą, iż może ona stać się instrumentem
do naruszania suwerenności słabszych przez silniejszych.
Na
zakończenie dwie uwagi. Po pierwsze chciałbym zauważyć, iż ewolucja
wykładni norm prawnych w dziedzinie ochrony praw człowieka, jaka
dokonała się na przestrzeni ostatnich lat pozwala obecnie na
poruszanie się w tej dziedzinie po coraz pewniejszym gruncie. Nie
budzi dziś wątpliwości obowiązek moralny do opowiedzenia się po
stronie tych, których prawa są gwałcone. Stało się tak przed
25 laty, gdy powołany został pierwszy w systemie totalitarnym
niezależny, masowy ruch pod nazwą NSZZ „Solidarność”.
Większość demokratycznych państw – w formie aktywnego
zaangażowania instytucji rządowych i pozarządowych –
opowiedziała się po stronie „Solidarności”. Skoro było to
możliwe ćwierć wieku temu, gdy przepisy i normy prawne były w tej
sprawie dopiero w procesie kształtowania się – tym bardziej
uzasadnione jest to dziś, gdy obowiązek działania nie podlega już
żadnej wątpliwości. Po drugie, mamy od kilku lat katalog reguł, jak
demokratyczne państwa powinny zachować się w sytuacji, gdy ich
działanie jest oczekiwane przez społeczeństwa lub jednostki walczące
o demokrację i respektowanie praw człowieka. Mam na myśli Warszawską
Deklarację przyjętą na zakończenie pierwszej Konferencji „Ku
Wspólnocie Demokracji”, która odbyła się w końcu
czerwca 2000 roku tu w Warszawie.
W moim przekonaniu dokument
ten zasługuje nie tylko na przypomnienie, ale na stosowanie w
praktyce. W szczególności dotyczy to dwóch postulatów:
prawa i obowiązku obywateli do wyboru swych przedstawicieli w regularnych, wolnych i sprawiedliwych wyborach, opartych na powszechnym i równym prawie do głosowania, dostępnych dla wielu partii, tajnych i nadzorowanych oraz niezależne organy wyborcze oraz wolnych od fałszerstw i nacisków;
obowiązku powstrzymywania się od pozakonstytucyjnych działań
przez wybrane władze oraz przestrzegania przez wybranych przywódców
prawa i działania w pełnej zgodzie z konstytucją swego kraju i
procedurami ustanowionymi przez prawo.
Myślę, że obecni tu dziś
Madeleine Albright i Bronisław Geremek – inicjatorzy tej
konferencji – mogliby powiedzieć więcej i w sposób
bardziej kompetentny, w jakiej mierze przyjęty dokument spełnił ich
oczekiwania.
Dziękuję za uwagę.