Podejmowane są próby, by Polskę i inne państwa regionu wyodrębnić jako swego rodzaju peryferie zawsze nastawione antyrosyjsko. Demonstracyjna odmowa uczestniczenia w obchodach zwycięstwa nad faszyzmem i Trzecią Rzeszą ułatwiłaby realizację takiej koncepcji - mówił wczoraj w "Gazecie" minister spraw zagranicznych
"Gazeta": Po ogłoszeniu przez prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego decyzji o udziale w moskiewskich uroczystościach z
okazji zakończenia II wojny światowej powiedział Pan, że MSZ
namawiało go do podjęcia takiej decyzji. Jakie były argumenty?
Adam
Rotfeld: Argumentację przedstawił premier Marek Belka w artykule
"Jałta - Moskwa - Warszawa" opublikowanym w "Gazecie"
23 lutego. Podzielam ją bez reszty. Polska była pierwszą ofiarą
wojny. Nasz wkład w zwycięstwo nad Trzecią Rzeszą jest ogromny.
Walczyliśmy od pierwszego do ostatniego dnia wojny. Mamy moralne
prawo razem z innymi przywódcami całego świata uczcić
poległych w tej walce.
Nie oznacza to oczywiście, że
zapominamy o historii, która poprzedziła to zwycięstwo: o
pakcie Ribbentrop-Mołotow, o zsyłkach, o zbrodni katyńskiej, o
procesie szesnastu. Pamiętamy też, że stalinizm przyniósł
najwięcej cierpień narodowi rosyjskiemu i innym narodom Związku
Radzieckiego. W maju będziemy świętować wspólne zwycięstwo nad
hitleryzmem. Stalinizm zszedł ze sceny politycznej znacznie
później.
Jest jednak jeszcze inny powód. Dziś
jesteśmy częścią Unii Europejskiej i NATO. Nie służyłoby sprawie
polskiej, gdyby nasze państwo było traktowane inaczej niż inne
demokratyczne kraje Europy.
Czy ktoś próbuje wprowadzić
takie zróżnicowanie ?
- Warto przypomnieć poufny list,
który 15 września 1993 roku - w trzy tygodnie po wizycie w
Warszawie - prezydent Borys Jelcyn wysłał do czterech przywódców
zachodnich - USA, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jelcyn pisał
wówczas: "Nie mamy nic przeciwko NATO. Co więcej -
chcielibyśmy stworzyć sytuację, w której stosunki między Rosją
a NATO byłyby o kilka stopni cieplejsze niż między Sojuszem a
państwami Europy Środkowej. Moglibyśmy wtedy wspólnie - NATO i
Rosja - dać krzyżowe gwarancje dla tych państw".
Innymi
słowy, Polska i inne kraje naszego regionu byłyby swego rodzaju
"szarą strefą", której bezpieczeństwo byłoby
gwarantowane przez siły zewnętrzne. Takiej strefy nie chcieliśmy
wtedy i nie chcemy jej dziś. Przypomnę, że Jelcyn w Warszawie
podpisał dokument, w którym uznawał suwerenne prawo Polski do
swobodnego wyboru sposobu zapewnienia własnego bezpieczeństwa, czyli
do przystąpienia do NATO.
Dziś sytuacja jest całkiem inna.
Podejmowane są próby, by Polskę i inne państwa regionu (np.
państwa bałtyckie) wyodrębnić jako swego rodzaju peryferie - z reguły
i zawsze nastawione antyrosyjsko. Demonstracyjna odmowa
uczestniczenia w obchodach zwycięstwa nad faszyzmem i Trzecią Rzeszą
ułatwiłaby realizację takiej koncepcji. Nie powinniśmy sami siebie w
ten sposób marginalizować.
Jak tego rodzaju polityka
rosyjska jest traktowana przez państwa zachodnie?
- Nie
mówię, że jest to polityka rosyjska. Jest to pewien kierunek
myślenia ludzi, którzy są zakotwiczeni w przeszłości. Nasza
nieobecność w Moskwie mogłaby ten kierunek wzmocnić.
Ten
sposób argumentacji trafia też do przekonania tych polityków
Zachodu, według których Rosja ma prawo do zachowania swojej
strefy wpływów. To myślenie jest naznaczone syndromem
postimperialnym.
Dlatego w rozmowach z przywódcami
krajów zachodnich często powtarzam: "Jesteśmy
przyjaciółmi Rosjan i Rosji, która obrała drogę
demokratycznego rozwoju; jesteśmy jednak przeciwnikami powrotu do
tendencji imperialnych".
Politycy opozycyjni i niektórzy
politolodzy postulowali, aby prezydent Polski nie jechał do Moskwy,
ale razem z państwami bałtyckimi urządził wspólne obchody,
pokazując światu skutki paktu Ribbentrop-Mołotow i stalinowskiego
zniewolenia.
- Musimy pamiętać, że historycznie sytuacja
Polski i państw bałtyckich w czasie wojny była inna. Łączy nas
doświadczenie stalinizmu, ale różni to, że Polacy walczyli
przeciwko Trzeciej Rzeszy, a nie u boku hitlerowskich Niemiec. Mamy
unikalną szansę, aby najwyższy przedstawiciel państwa polskiego swoją
obecnością w Moskwie - obok przywódców blisko 50 innych
państw - zademonstrował wkład Polaków w zwycięstwo nad
hitlerowskimi Niemcami.
Przy okazji: jakkolwiek 24 czerwca
1945 r. w moskiewskiej paradzie maszerowała delegacja Ludowego Wojska
Polskiego, to warto przypomnieć, że był to taki historyczny moment, w
którym na żądanie Stalina mocarstwa zachodnie cofnęły uznanie
międzynarodowe Rządowi RP na Uchodźstwie, a Rząd Tymczasowy w
Lublinie - powołany z woli ZSRR - takiego uznania jeszcze nie miał. W
efekcie przed 60 laty na paradzie zwycięstwa w Moskwie byli Polacy,
ale zabrakło przedstawicieli państwa polskiego. Ten błąd można teraz
naprawić.
Prezydent mówi, że będzie chciał w czasie
uroczystości zaakcentować polski sposób widzenia historii. Jak
to może uczynić, skoro nawet nie wiadomo, na jaką uroczystość jedzie
do Moskwy - niektórzy mówią, że przywódcy całego
świata uczczą 9 maja zwycięstwo nad faszyzmem, inni, że zakończenie
Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli wojny ZSRR z Trzecią Rzeszą, która
rozpoczęła się nie 1 września 1939 r., ale 22 czerwca 1941 r.?
-
Między tym, co nazywamy Wojną Ojczyźnianą, a drugą wojną światową
jest istotna różnica. Różnica dla nas, nie dla Rosjan.
Jednak nie upatrywałbym w tym istoty sprawy. Co więcej -
poważni rosyjscy naukowcy we właściwy sposób interpretują to,
co się stało po konferencji w Jałcie. Mówią o tym m.in.
cytowane w artykule premiera Belki publikacje: "ZSRR - Polska,
mechanizmy podporządkowania" oraz "Europa Wschodnia w
dokumentach rosyjskich 1944-49". Ukazały się one w
mikroskopijnych nakładach. W efekcie wielu nawet wykształconych
Rosjan nie ma pojęcia, o co Polakom chodzi. Jeśli nawet coś wiedzą o
Katyniu, to nie mają pojęcia, skąd tam się wzięli polscy oficerowie.
Pytają: "Dlaczego i po co ci polscy oficerowie w ogóle
przyjechali do Związku Radzieckiego?". To też musimy
uwzględnić.
Oczywiście w trakcie obchodów prezydent
Kwaśniewski nie będzie miał szans na szeroką prezentację naszego
punktu widzenia. Ceremonia zapewne będzie przypominać uroczystości w
Normandii, gdzie liczba wystąpień była ograniczona. Jednak prezydent
będzie miał szansę rozmawiać z wieloma wybitnymi Rosjanami, z
przywódcami innych państw. Rosjanie z pewnością docenią to, że
mimo silnych nacisków w kraju jednak przyjechał.
Sądzę,
że warto w Polsce zorganizować spotkanie z udziałem wybitnych
polityków i naukowców, którzy rzetelnie
oceniliby sytuację Europy Środkowej w momencie zakończenia wojny.
Myślę o konferencji, która odnosiłaby się do zwycięstwa nad
faszyzmem, ale też do przyczyn stalinowskiego zniewolenia. W tej
konferencji oczywiście powinni uczestniczyć rosyjscy intelektualiści,
bo Rosjanie są narodem najbardziej doświadczonym przez
stalinizm.
Chce Pan akcentować przyjaźń do Rosji, a tymczasem
likwidację przez Rosjan prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa
skwitował Pan słowami: "To gorzej niż zbrodnia, to polityczny
błąd". Rosyjski MSZ zareagował na to w czwartek irytacją.
-
To cytat, a raczej parafraza wypowiedzi polityka francuskiego z
czasów napoleońskich - Antoine'a Bouleya de la Merthe. Tymi
właśnie słowy zareagował on na wiadomość o straceniu księcia
d'Enghien. Tę wypowiedź często - choć błędnie - przypisuje się innemu
francuskiemu politykowi z tamtych czasów - Talleyrandowi. W
moim wypadku był to cytat wyrwany z kontekstu przez dziennikarzy.
Skoro jednak sprawa zyskała rozgłos, to powiem wyraźnie:
zbrodnie dokonywane przez terrorystów w Rosji, w Czeczenii, w
Biesłanie zasługują na najostrzejsze słowa potępienia. Dla
zbrodniarzy, którzy "mają na rękach krew tysięcy
rosyjskich obywateli, w tym dzieci" - jak pisze w komentarzu
rosyjski MSZ - nie ma żadnego usprawiedliwienia. Rzecz w tym, że
Asłan Maschadow był wstrząśnięty tragedią w Biesłanie. Był bodaj
jedynym czeczeńskim wybranym prezydentem, który chciał szukać
porozumienia. Terrorysta Szamil Basajew nie jest partnerem do
rozmów.
Nie miałem intencji, aby szukać
usprawiedliwienia dla zbrodniarzy lub relatywizować zagrożenie, jakim
jest terroryzm w Rosji i na świecie. Przeciwnie: w swojej
działalności poszukuję sposobów politycznego rozwiązania
konfliktów. Nie jest to proste. Byłbym ostatnią osobą, która
dawałaby w tej kwestii komukolwiek rady.
Opracował Paweł
Wroński