Dysonans
poznawczy
Artykuł Ministra Adama Daniela Rotfelda w
„Rzeczpospolitej”, 16 czerwca 2005 r.
Wybitny amerykański psycholog społeczny Leon Festinger wprowadził do socjologii pojęcie dysonansu poznawczego, czyli błędnego rozpoznania rzeczywistości. Wspominam o tym, ponieważ odnoszę wrażenie, że interpretacja zarówno wyników referendum w sprawie Traktatu Konstytucyjnego we Francji i Holandii, jak też debata w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie – co dalej? – w znacznej mierze za punkt wyjścia przyjmuje błędne rozpoznanie rzeczywistości. Ma to o tyle istotne znaczenie, że o sposobie naszej reakcji decyduje przecież percepcja, a nie faktyczny stan rzeczy.
Piszę to po przeczytaniu opinii Janusza A. Majcherka („Francuzi głosowali przeciw Polakom. Dokąd i z kim” Rzeczpospolita nr 132, 8 czerwca 2005). Nie reagowałbym z pewnym opóźnieniem na tę publikację gdyby nie fakt, że publicystykę J. A. Majcherka wysoko cenię za rzetelną analizę i logikę wywodu oraz za trafność ocen, które na ogół podzielam. Tym razem różnimy się w rozumieniu tego, co się wydarzyło we Francji i Holandii i jakie wnioski z tego rozwoju wypadków wynikają dla polskiej polityki zagranicznej. Aby uniknąć dalszych nieporozumień wyjaśniam, że relacja, do której odwołał się Autor, zgodnie z którą zapowiedziałem kluczową zmianę w strategii polskiej dyplomacji ostatnich lat – nie oddaje ani mojego sposobu myślenia, ani intencji. Generalnie uważam, że w ramach Unii państwa w różnych sprawach szukają różnych sprzymierzeńców. Niekiedy zajmują wspólne stanowisko, jakkolwiek dzieje się tak z zupełnie różnych powodów. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: co dalej z Unią? – mógłbym ograniczyć się do stwierdzenia, że podzielam bez reszty pogląd Ernesta Skalskiego: Zazgrzyta i pójdzie dalej (Plus-Minus, Rzeczpospolita, 11-12 czerwca 2005). Zbieżne z moim myśleniem są też tezy Dariusza Rosatiego i Pawła Karbownika („Jak dostać się do pierwszej ligi”, Rzeczpospolita nr 141, 13 czerwca 2005) Tyle uwag wstępnych. A teraz ad rem:
Po pierwsze, to nie jest tak, że „przywódcza rola francusko-niemieckiego tandemu w UE jest skończona” – jak pisze Janusz A. Majcherek. Z faktu, że tak piszą różni komentatorzy – nawet z obu tych krajów – wcale nie wynika, że mają rację. Powiem więcej, wizja Unii bez ważnej roli obu tych krajów jest trudna do wyobrażenia. Nazywanie tego tandemu „zdechłym koniem” przywodzi na myśl telegram Marka Twaina wysłany z Europy do agencji Associated Press: „Wiadomość o mojej śmierci była przesadzona.”
Po drugie, zgadzam się z tezą Majcherka, że „odgrzewanie koncepcji twardego jądra UE jest próbą skazaną na klęskę”. Obawiałem się – i nadal obawiam się – nie tyle twardego jądra, co innego rozwoju wypadków. Państwa w sytuacjach kryzysowych mają tendencje, aby zasklepiać się w swoich narodowych skorupach. Mogłoby to prowadzić do swoistej „renacjonalizacji” polityk bezpieczeństwa. Sprzeczności i rywalizacje narodów europejskich były w przeszłości źródłem największych nieszczęść. Wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa jest dla realizacji w ramach Unii polskiego interesu narodowego bodaj ważniejsza niż bezpośrednie dopłaty. Naszą proeuropejską postawę należy uwiarygodnić. Polskie „tak” w referendum miałoby – niezależnie od dalszych losów Traktatu Konstytucyjnego – istotne znaczenie dla pozycji naszego kraju w ramach Unii.
Po trzecie, byłoby nieporozumieniem, aby odwracać się od Wielkiej Brytanii. Zgadzam się z J. Majcherkiem, że byłoby to świadectwem braku odpowiedzialności. Ale też nigdy takiej polityki nie proponowałem. Trudno dziś przecenić rolę Wielkiej Brytanii w UE. Dla Polski jest to partner niezastąpiony. Zresztą nie tylko dla Polski. Powiem więcej, nie zalecałbym polityki odwracania się od jakiegokolwiek unijnego kraju – i to niezależnie od tego, czy obejmuje prezydencję w lipcu, jak Wielka Brytania, czy - jak Austria lub Finlandia - w kolejnych półroczach. Po prostu uważam, że nasza strategia polityczna w Unii powinna przede wszystkim brać pod uwagę polski interes narodowy. Strategii tej nie należy realizować w opozycji do jakiegokolwiek kraju, ale właściwie rozpoznawać interesy w konkretnych sprawach i wspólnie je promować. Z natury rzeczy nie zawsze są to interesy zbieżne. Jeśli Wielka Brytania szuka – jak pisze J. Majcherek – „sojuszników pomocnych w przezwyciężeniu kryzysu”, to z pewnością znajdzie w Polsce nie tylko zrozumienie, ale i silne wsparcie. Główne przesłanie artykułu Timothy Gartona Asha („Czy Blair uratuje Europę?” Gazeta Wyborcza, nr 128, 4-5 czerwca 2005) – na który J. Majcherek tak często i chętnie się powołuje – jest nieco inne niż wynika z wywodów Majcherka. T. G. Ash pisze: „Mądry kurs na czas brytyjskiej prezydencji powinien więc opierać się na zachowaniu całkowicie nieblairowskim - właśnie po to, by osiągnąć strategiczny triumf blairyzmu.” Istotą tego, o czym pisze Ash jest to, jaki model socjalny i ekonomiczny przeważy w ramach Unii: państwa opiekuńczego, a raczej nadopiekuńczego, czy też model dostosowany do wyzwań gospodarki globalnej, ale nie zatracający społecznej wrażliwości.
Sprawa ma dla Polski znaczenie fundamentalne. Z tego względu - niejako na marginesie toczącej się debaty – chciałbym w tym kontekście wyrazić kilka myśli, które nie pozostają w związku z wymianą opinii zainspirowaną tekstem J. A. Majcherka.
Rzecz w tym, że procedury i formy prawne Unii, których esencjonalnym wyrazem jest Traktat Konstytucyjny, są jedynie swoistą obręczą i określają reguły gry. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że gra toczy się nie o formuły, lecz o sprawę znacznie ważniejszą: o to, jaka ma być Europa dziś, a zwłaszcza jutro. Zaskakujące jest to, że niektóre społeczeństwa dawnej „piętnastki” wykazały w tej sprawie tak mało pozytywnych emocji. Wygląda na to, że większość głosujących obywateli Francji i Holandii zakwestionowało zarówno tempo i zakres zmian w Unii, jak też sam proces rozszerzania. Można odnieść wrażenie, że społeczeństwa tych państw nie były w stanie przetrawić w tak krótkim czasie tak wielu zmian i tak znacznego powiększenia Unii. Na negatywne stanowisko Francuzów i Holendrów wpłynęło wiele czynników. Bodaj najważniejszym jest kryzys modelu opieki socjalnej, wyzwania globalizacji, napływ emigrantów i niepewność jutra. Zbieżność czasowa tych zjawisk z procesem rozszerzania została błędnie zrozumiana jako związek przyczynowy. Tak czy inaczej, odrzucając Traktat zakwestionowano – przynajmniej na pewien czas - także ideę wspólnej i solidarnej Europy - niezależnie od tego, czy był to akt świadomy, czy też efekt uboczny podjętej decyzji. Pewne jest to, że na porządku dziennym nie stoją dziś sprawy szczegółowe, formuły i kompromisy, ale istota dalszego rozwoju integracji europejskiej. Pamiętajmy, że nic nie jest dane ani przesądzone raz na zawsze. Europa jutra zależy od decyzji, które podejmujemy dziś. Głos Francuzów i Holendrów można też odczytać jako opowiedzenie się za silnym i skutecznym przywództwem politycznym, za Europą, która jest w stanie odpowiedzieć na codzienne troski i obawy społeczeństw. Dziś jest to poprzeczka ustawiona wysoko. Oznacza to, że nie tyle trzeba tę poprzeczkę obniżyć, ale wyposażyć Unię w instrumenty, które pozwolą sprostać nowym wyzwaniom.
Co to oznacza dla Polski? W ostatnich dniach kształtuje się niezbyt korzystna atmosfera dla interesów nowych państw Unii. Złudne jest przekonanie, że Traktat może być renegocjowany. Z pewnością dawne spory odżyłyby z całą mocą, a nowe kontrowersje pogłębiłyby stan frustracji. Zgadzam się z tymi, którzy nawołują do podjęcia inicjatyw przywracających żywotność europejskiej wizji. Jednak powinny to być inicjatywy i koalicje na rzecz, a nie przeciwko komukolwiek. Ma rację Jan Rokita (Fakt, nr 134, 11-12 czerwca 2005), kiedy pisze, że „do różnych spraw musimy szukać różnych sojuszników.” Należy jednak pamiętać, że decyzje Unii podejmowane są jednomyślnie, a to oznacza, że z reguły potrzebny jest kompromis. Nadchodzące lata nieuchronnie wymuszą podjęcie zmian w Unii Europejskiej. Bez Traktatu ich uzgodnienie będzie jednak dużo trudniejsze, bowiem rozpoczęlibyśmy dyskusję ab ovo, a możliwe porozumienie dotyczyłoby prawdopodobnie kilku wybranych spraw i to wcale nie tych, które są dla Polski najbardziej korzystne.
Debata wokół Traktatu podczas Konferencji Międzyrządowej doprowadziła przed 2 laty w Polsce do poważnego obniżenia zaufania do Unii Europejskiej. Dopiero w ostatnich miesiącach pozytywne emocje wzięły górę. Trudno przesądzić, na jak długo. Zwłaszcza, że od czasu referendum we Francji w Polsce przybrała na sile kampania negatywna. Swego rodzaju infantylna radość, że „na złość babci odmrozimy sobie uszy”. Podejście to trzeba zmienić. Im szybciej – tym lepiej. I to nie w interesie tego lub innego rządu lub jakiejś partii. Jest to potrzebne Polsce. Po brytyjskiej decyzji o zawieszeniu referendum oczy wielu naszych partnerów są zwrócone na nas. Mamy rzadką szansę odegrania pozytywnej roli, jako siła napędowa integracji w czasie, kiedy dominuje w Europie bezradność i brak koncepcji, jak wyjść z zaułka, w który brnie europejski proces. Bez utrzymania żywotności tego procesu nie ma szans na uratowanie zasad solidarności i spójności. Nasza napędowa rola w Unii może pomóc w odbudowie stosunków transatlantyckich. Wiele wskazuje na to, że kraje dotąd określane jako peryferie UE (Portugalia i Hiszpania, Dania i Irlandia, Polska i inne państwa naszego regionu) mają dziejową szansę, aby wpłynąć na ożywienie centrum. Pewne jest to, że nie powinniśmy milczeć i pozwolić, by niezadowolenie lub wątpliwości innych państw decydowały o tym, co dla nas najważniejsze. Właściwe rozpoznanie tego, co dziś jest istotą rzeczy – może zadecydować o pomyślności wielu następnych pokoleń Polaków.