Dziennik „Rzeczpospolita”, 15 lutego 2005 r.

 

Trudy walki o prawdę

 

Intencji autorów określeń uwłaczających Polakom

nie należy podciągać pod jeden schemat

 

Pomiędzy bloki Auschwitz i na wypełnione kikutami kominów pola Birkenau wróciła cisza. Gaśnie rocznicowy temat w świecie. A my w Polsce, skazanej na wieczną obecność szatańskich pamiątek po niemiecko-nazistowskiej produkcji śmierci, zostaliśmy ze świadomością, że w międzynarodowej pamięci o Zagładzie masowo pojawia się fałszywe pojęcie "polskich obozów śmierci".

 

Od lat, z racji pracy w służbie zagranicznej RP, ale i z poczucia moralnej powinności wobec historii, zajmuję się przypadkami opatrywania przez media w świecie przymiotnikiem "polskie" obozów koncentracyjnych, komór gazowych i krematoriów. W Ameryce kilkakrotnie doświadczyłem trudów walki o uczciwe przyznanie się przez dziennikarza i redakcję do niestosowności takiego kłamstwa. Przez moje biurko w MSZ przechodzi dokumentacja wszystkich takich przypadków z całego świata. Mniemam jednak, że nawet względnie duża liczba rocznicowych publikacji przypisujących nam współwinę, nie pozwala na wniosek, iż jest to rezultat działań świadomych, jakaś kampania wymierzona w Polskę, akcja pasująca komuś do stereotypu "odwiecznego polskiego antysemityzmu".

 

Ranga, jaką nadano tegorocznym obchodom rocznicy oswobodzenia obozu, wywołała w mediach całego świata nienotowaną falę publikacji. Ponieważ "polskie obozy" sporadycznie pojawiają się w mediach międzynarodowych od lat, można było się spodziewać, że liczba prostackich lapsusów nieuchronnie wzrośnie. I tak się stało. Jednak rozgrzanie tematu na czołowych stronach polskiej prasy i w programach RTV, sprzyjało wrażeniu, iż brudna fala oskarżeń Polaków o autorstwo obozów śmierci masowo przetacza się przez cały świat. Otóż aż tak nie było. Były to przypadki nieliczne.

 

Spokojna argumentacja

 

Intencji autorów określeń uwłaczających Polakom nie należy podciągać pod jeden schemat. Chciałoby się wierzyć, że większość przypadków to skutek automatyzmu, skrótów i podświadomych uproszczeń. "Polish death camp" - o ileż to prostsze niż "German Nazi death camp in occupied Poland", przecież czytelnik ma się dowiedzieć, gdzie jest Auschwitz, czyli w Polsce. Jasne, że zbudowali go naziści, ale naziści to po prostu Nazis, dookreślenie "German" jest zbędne.

 

Niewiedza, niedbalstwo czy premedytacja - po cóż babrać się w intencjach, ktoś powie, skoro i tak liczą się skutki. To prawda. Ale jeśli chcemy skutecznie walczyć z tym wyjątkowo szkodliwym dla wizerunku Polski i Polaków oszczerstwem, trzeba rozpoznać, czy postąpiono tak z wyrachowania, czy ze zwykłej bezrefleksyjności. Nie zapominajmy, iż twardo żądając wyraźnego sprostowania i przeprosin, nieuchronnie wchodzimy w zwarcie z instytucjami skrajnie opiniotwórczymi. Mediów, nawet demonstrujących wobec Polski uprzedzenia i niechęć, nie należy antagonizować ponad miarę. Takie media i ich dziennikarzy należy zjednywać i cierpliwie z nimi dyskutować przy użyciu historycznych faktów - a nie krzyczeć i grozić odwetem o niepewnej skuteczności. Spokojem nieustępliwej, ale wyważonej argumentacji, na podstawie wszelkich metod publicznego nacisku, osiągniemy więcej niż rozemocjonowanym demonstrowaniem urażonej godności.

 

Papierkiem lakmusowym intencji mediów, które tak donoszą o obozach, jest dopiero ich wola publicznego przyznania się do błędu i przeproszenia po nadejściu protestów do redakcji. W większości przypadków redakcja publikuje sprostowanie i mniej lub bardziej elegancko wyznaje, że nie miała zamiaru nikogo obrazić. Cóż z tego. Sprostowanie to niewielka notka, schowana na peryferyjnych stronach gazety, obdarta z siły perswazji i temperatury emocji, obecnych w pierwotnym tekście. Odbiorca przyswoił już sobie łatwo zapamiętywalne "Polish death camps".

 

Dlatego sprostowania i przeprosiny to półśrodek. Nasze protesty w zwalczaniu oszczerstw stają się prawdziwie skuteczne dopiero wtedy, gdy w orbitę publicznego działania uda się wciągnąć maksymalnie wielu zatroskanych obywateli, przedstawicieli elit, organizacji i grup społecznych - zarówno tam, gdzie napisano o "polskich obozach", jak i w samej Polsce.

 

Protesty ambasadorów i obywateli

 

Przywoływane niedawno przykładowe protesty polskich ambasadorów to tylko wierzchołek góry lodowej działań placówek zagranicznych MSZ. Nasze misje zawsze inicjują akcję protestacyjną (nb. o każdym nowym przypadku użycia przez zagraniczne media określeń typu "polskie obozy śmierci" można się dowiedzieć na stronie www.msz.gov.pl). Od 2004 roku placówki wyposażone są w zestaw zaleceń postępowania w każdym takim przypadku.

 

Niezależnie od protestu własnego, ambasady przygotowane są do uaktywnienia, w niezbędnym momencie, miejscowych organizacji i środowisk polonijnych, naukowców historyków, sprzyjających Polsce przedstawicieli opiniotwórczych elit, organizacji diaspory żydowskiej, a jeśli to możliwe, także ocalałych z Holokaustu byłych więźniów obozów. Placówki zebrały także wiedzę o porządku prawnym danego państwa, instytucjach regulujących miejscowy rynek mediów, a także tych, które strzegą dobra moralności publicznej i do których można się odwołać w przypadkach naruszenia etyki dziennikarskiej i dóbr osobistych.

 

Odrębna kwestia to tzw. kłamstwo oświęcimskie i jego zakotwiczenie w systemach wymiaru sprawiedliwości za granicą. Powszechnie wiadomo, że dotyczy ono przede wszystkim publicznego zaprzeczania istnienia niemieckiej nazistowskiej machiny śmierci. Czy mieściłoby się w nim i kłamstwo przerzucające sprawstwo obozów zagłady z Niemców na Polaków? By na to odpowiedzieć, konieczne jest sporządzenie ekspertyz prawnych.

 

Aktywizacja obywatelska polskiej opinii publicznej na wieść o nasileniu się karygodnych publikacji za granicą to coś, czego ten temat domagał się już od dawna. Protesty ambasadorów i konsulów zawsze będą obarczone stygmatem państwowej oficjalności. Co innego spontaniczne masowe działania i zdecydowane kroki różnych instytucji, organizacji pozarządowych czy pojedynczych lub specjalnie w tym celu zjednoczonych ludzi.

 

Oko w oko z wrogością

 

Same uproszczenia dziennikarskie nie są w stanie zmienić prawdy o winie nazistowskich Niemiec. Prawdziwe zagrożenie może przyjść z innej strony: gdy tego typu fałsz historyczny przedostanie się do procesu edukacji kolejnych pokoleń. Wszystkie polskie ambasady w świecie przeprowadzają teraz na polecenie MSZ odpowiednią kwerendę na temat obecności II wojny światowej i Holokaustu w podręcznikach historii w szkołach państwa, w którym spełniają misję. Na razie, po informacjach z ok. 30 krajów, można spać spokojnie. Polskich obozów śmierci i Polaków ochoczo mordujących Żydów pospołu z odnarodowionymi nazistami, na kartach książek do nauki historii tam nie ma.

*

 

W swej długiej pracy na kontynencie amerykańskim nieraz stawałem oko w oko z wrogością. Pamiętam jak w jednym z niewielkich muzeów Holokaustu w Południowej Kalifornii osoba polskiego konsula zogniskowała całą atmosferę niechęci części zebranych, a 40-letni mężczyzna wykrzykiwał o polskich mordercach i polskich obozach. Wtedy opowiedziałem krótką historię 23-letniego Polaka, który pewnego dnia w 1940 roku, przechodząc opodal krakowskiego Rynku, wpadł w ręce patrolu gestapo. Znaleziono przy nim plik fałszywych kenkart, prawdopodobnie także dla ukrywających się Żydów, ale tego już się nigdy nie dowiemy. Trafił do więzienia w Tarnowie, a potem do obozu Auschwitz I, gdzie wytatuowano mu numer 247. Przyczyna jego śmierci pozostaje nieznana. Jego matka była siostrą mojej babci. Salę w jednej sekundzie zalała lawa kamiennej ciszy. Słysząc tę ciszę pomyślałem o milczących polach Auschwitz-Birkenau. W duchu przeprosiłem wuja, który nie zdążył nim zostać, że musiałem upublicznić jego męczeństwo, by je obronić przed pohańbieniem.

 

KRZYSZTOF W. KASPRZYK

Autor jest wicedyrektorem Departamentu Systemu Informacji MSZ, byłym konsulem generalnym RP w Vancouver i w Los Angeles