Poseł
Józef Oleksy:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Zarówno w sprawozdaniu
udostępnionym
wcześniej, jak i w dzisiejszym
wystąpieniu
ministra zawarte jest dobre zestawienie
założeń
i tego, jak w faktycznych działaniach
były
one realizowane. Chcę to skwitować na samym
początku,
podkreślając konsekwencje linii polityki
zagranicznej
Polski w kolejnych latach, tak jak sam
minister
to podkreślił, od czasu przełomu dziejów do
dziś.
Było w tym czasie wartością w Polsce to, co nazywało się
wspólną
zgodą na strategiczne preferencje
w
polskiej polityce zagranicznej, skutecznie osiągane
cele
strategiczne.
Dziś
powstaje pytanie po różnych enuncjacjach ze
strony
opozycji, tonach i skłonnościach rewizji tego
konsensusu,
który legł u podstaw pomyślnej sytuacji,
w
jakiej Polska dziś się znajduje, ciekaw jestem dzisiejszej
debaty,
na co opozycja postawi akcenty i na ile
będzie
zdolna wyrazić uznanie dla rządu, prezydenta
kraju
za kierowaną i realizowaną politykę zagraniczną,
a
jednocześnie w jaki sposób sformułuje swoje uwagi
i
zastrzeżenia, by sygnał płynący z tej debaty niósł
jednoznaczną
informację
o tym, że po osiągnięciu głównych
celów
tej strategii zagranicznej nadal rozumujemy
wspólnie,
żeby jak najlepiej wykorzystać rezultaty
osiągniętych
celów.
Dawny
konsensus w sprawie polityki zagranicznej nie
powinien
dziś podlegać erozji, nawet jeśli są tematy, które
incydentalnie
wzburzają i wywołują emocje czy skłonność
do
powrotu do historycznego tła niektórych decyzji.
Pytanie
zasadnicze jest bowiem takie, czy coś się zmieniło
w
identyfikowaniu polskich interesów i w tym, co
określa
i określać powinno polską wyobraźnię przyszłości
wobec
okoliczności, które przecież na naszych oczach
i
z naszym udziałem nieustannie się zmieniają.
Te
pobrzmiewające wśród opozycji nuty i zapowiedzi
niezadowolenia
bądź braku dobrej oceny tego,
co
udaje się osiągać, powinny przynajmniej zaowocować
alternatywnymi
pomysłami, które mieściłyby
się
w uzgodnionych przed laty i realizowanych celach
i
wzbogacałyby politykę zagraniczną.
Pozwolę
sobie w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej
złożyć
na ręce pana ministra Rotfelda uznanie
dla
rządu za to, że udaje się pielęgnować wyrazistość
celów
i założeń, i za aktywność, jaka jest we wszystkich
kierunkach
geograficznych przez polską służbę
zagraniczną
realizowana.
Chcę
bardzo wyraźnie podkreślić wielką rolę prezydenta
Aleksandra
Kwaśniewskiego, który ma swoje
osobiste
zasługi w tej aktywnej obecności Polski na
różnych
kontynentach, a w szczególności w odniesieniu
do
bezdyskusyjnego sukcesu, jakim była umiejętna
rola
Polski w rozwiązywaniu problemu na Ukrainie,
który
rzeczywiście, jak pan minister mówi, rozwiązali
sami
Ukraińcy, ale ta wspólna z Unią Europejska
pomoc
z wyrazistą rolą Aleksandra Kwaśniewskiego,
myślę,
na długo zapisze się w to, co rząd nazywa
w
swoim programie trwałą optyką i nowym otwarciem
na
aspiracje Ukrainy w stosunku do NATO i Unii Europejskiej.
Nie
tylko w tej sprawie prezydent nadzorujący
stosunki
Polski z innymi krajami zaznaczył swoją rolę
i
warto, by także opozycja zechciała to dzisiaj dostrzec
i
skwitować pozytywnie, nawet jeśli mogłyby się tu nasuwać
pojedyncze
uwagi.
Rola
polskiej dyplomacji na arenie międzynarodowej
– nieraz
o tym mówiliśmy, dorocznie o tym dyskutujemy
– musi
być kreatywna. Okoliczności, które
zastajemy,
nie pozwalają na rolę, która byłaby nawet
najaktywniejszą
obecnością, ale jednak jedynie obecnością
w
tych procesach. Mówię to szczególnie w odniesieniu
do
funkcji pełnionych aktualnie przez Polskę,
czyli
i funkcji przewodniczącego Rady Europy, i funkcji
przewodniczącego
Rady Państw Morza Bałtyckiego,
i
funkcji przewodniczącego Grupy Wyszehradzkiej.
Myślę,
że za mało MSZ zaznaczył, iż nie jest to tylko
rola
przewodzenia zebraniom i zwoływania zebrań, ale
powinna
to być rola, w której wskazane byłyby: poprawianie
nowych
rozwiązań, reforma skostniałych struktur
tych
organizacji, ekonomizacja ich działania, poprawa
skuteczności.
Polska w swojej ambicji powinna więc być
bardziej
kreatywna, a w tej kwestii widzę dość klasyczne
podejście
do spełniania akurat w tym czasie ról, które Polsce
wobec
organizacji międzynarodowych przypadły.
Myślę
też, że sama koordynacja to za mało, potrzebne
są
inicjatywy. Po coś powołane były te ciała
i
instytucje i moim zdaniem, w mojej ocenie spełniają
one
bardzo formalną rolę, zarówno jeśli chodzi
o
przegląd aktywności państw Morza Bałtyckiego
– jest
ona dużo większa wśród krajów nordyckich aniżeli
ze
strony Polski, która jest także krajem bałtyckimi
– jak
i o Inicjatywę Środkowoeuropejską, która stała
się
ceremonialnym miejscem spotkań od czasu do czasu,
czy
też o kwestię Grupy Wyszehradzkiej, w przypadku
której
głos tej grupy z inicjatywy Polski mógłby
brzmieć
wyraźnie i bardziej konkretnie i zachęcać do
poszukiwania
rozwiązań dających lepszą skuteczność
tym
właśnie stosunkom.
Pan
minister przedstawił układ bilateralny stosunków
i
preferencji w tej dziedzinie. Trochę mnie zdziwiło,
że
wśród wszystkich bilateralnych spraw Białoruś
i
Mołdowa wysunęły się na plan pierwszy przed Rosją.
Być
może nie mamy pomysłu na zaradzenie pogorszeniu
stosunków
z Rosją, ale musimy tego nieustannie
poszukiwać,
i to wcale nie dlatego, że jesteśmy wielkim
odbiorcą
surowców rosyjskich, z czym wiążą się
różne
także i konfliktowe sytuacje, ale dlatego, że cała
Europa
nastawia się na współpracę z Rosją i byłoby dla
mnie
mało zrozumiałe, a myślę, że i dla wielu innych,
gdybyśmy
stosunki Polski z Rosją mieli kwitować tak
jak
dzisiaj, czyli tylko stwierdzeniem, że Rosja istnieje
i
dostarcza nam surowce. To jest trochę za mało wobec
jasno
określonych kryteriów przy innych kierunkach.
Liczę,
że Rok Polski w Niemczech będzie źródłem
nowych
motywacji i inspiracji, tak samo jak poparcie
dla
Ukrainy przemieni się w konkretne formy współdziałania,
wspólnych
inicjatyw i myślę, że nikt nie odbierze
Polsce
tego pionierstwa i konsekwencji w tym,
co
nazywa się promowaniem i wsparciem dla międzynarodowych
aspiracji
Ukrainy.
Chcę
też złożyć rządowi na ręce premiera i ministra
uznanie
za aktywność poza Europą. Dla Polski świat
nie
może kończyć się na Brukseli, mówię to nieustannie,
przy
całym przyjętym i realizowanym priorytecie.
Świat
jest większy, interesy, o które chodzi w uprawianiu
stosunków
z innymi krajami, można realizować
wszędzie,
nie tylko w Unii Europejskiej, i dobrze, że
rząd
polski bardzo aktywnie podjął odbudowę stosunków,
pobudzenie
stosunków z Chinami, z Japonią,
z
Koreą, nawet z Wietnamem czy Singapurem. To jest
pole
poszukiwań dobrych interesów, długofalowych interesów,
a
w końcu ta sprawa, o której od lat mówimy,
o
podporządkowaniu służby zagranicznej interesom gospodarczym
kraju,
wciąż szwankuje i nie został w sprawozdaniu
ministra
ukazany postęp w dziedzinie przejmowania
przez
służbę zagraniczną funkcji promocji
gospodarczej
i nawet cichego, dyskretnego, ale skutecznego,
wspierania
interesów krótkofalowych i długofalowych.
Chciałbym
więc, składając rządowi te gratulacje
za
aktywność w innych kierunkach niż tylko Europa,
powiedzieć,
że to także element nowej aktywności.
Polska
jest dziś bezpieczna, wszyscy co do tego się
zgodzą,
Polska może dziś czuć szanse rozwojowe, których
jeszcze
niedawno nie było. Jest to zasługa wszystkich
ekip
po 1989 r., ale to szczególne ożywienie trzeba
oddać
obecnemu rządowi popieranemu przez Sojusz
Lewicy
Demokratycznej i Socjaldemokrację, rządowi,
który
powoduje, że Polacy mogą być spokojni, bo Polska
jest
bezpieczna, i mogą liczyć na to, że budowane
są
nieustannie i żmudnie stosunki zagraniczne, które na
pewno
dadzą szansę następnemu pokoleniu na lepszy
start
i lepsze spełnienie własnych aspiracji.
Wizerunek
i pozycja Polski w Europie, w oczach
partnerów
to nieustanne zadanie, które realizujemy przy
znikomych
lub zerowych środkach, nieustannie obcinanych.
Ale
80-procentowe poparcie dla Unii, szczególnie
wśród
młodego pokolenia, nakazuje działać dziś
bardziej
dynamicznie już nie w załatwionych procesach
traktatowych,
nie w sprawach budżetowych, w których
trzeba
umiejętnie poruszać się podczas negocjacji, żeby
jak
najwięcej zyskać, już nie w obsłudze procesu legislacyjnego,
bo
jest to oczywisty imperatyw, i nie w kwestii
swobody
i otwartości, bo jest już powszechnie przesądzona.
Dziś
kreślenie wizerunku Polski we Wspólnocie
Europejskiej
jest ciężkim wysiłkiem w reagowaniu
nawet
na incydentalne sytuacje, w rozszyfrowywaniu
schematów
myślenia i zachowań, w unikaniu sytuacji,
które
są inaczej niż u nas odbierane, a dotyczą Polski
w
stosunku do kogoś, w wystrzeganiu się swoistego
polskiego
krzykliwego tonu, który nic nie daje, a wywołuje
podejrzliwość
i niechęć do dobrego układania
stosunków,
czyli jednym słowem dotyczy obyczajów
w
stosunkach Polski wobec partnerów, z którymi jesteśmy
i
chcemy załatwiać wiele własnych spraw. To jest to,
czego,
myślę, długo będziemy się jeszcze uczyć. Niektóre
sprawy
z ostatniego roku pokazały wyraźnie, że
kult
siły głosu, tupnięcia i ostrego tonu miałby rzekomo
coś
załatwiać w kwestiach, które na świecie prowadzi
się
inaczej w normalnym trybie.
Przy
okazji trzeba pamiętać, że nie ma – niektórzy
ulegają
temu schematowi myślowemu – automatycznego
sprawstwa,
samego członkostwa w Unii dla
dobra
Polski. Otóż ta prawda bardzo słabo przebija
się.
To magiczne myślenie, że samo wejście do Unii
załatwia
dla Polski wszystko, jest nieporozumieniem.
Unia
Europejska to jest pole gry interesów. Przy całym
solidaryzmie,
o który wołamy, przy całym poparciu
dla
polityki spójności, dla polityki regionalizmu, wyrównywania
dysproporcji,
Unia nadal pozostaje polem
gry
interesów, w której silniejsi mają skłonność do
dominowania
nad
słabszymi, a słabsi muszą grupować
się
lub umiejętnie prowadzić własne sprawy, żeby je
wygrywać.
Widać, że to nie jest sielanka, jak przeanalizuje
się
różne kierunki tej gry interesów, która odbywa
się
wewnątrz Unii Europejskiej. Dlatego stosunek do
traktatu
konstytucyjnego dla Europy jest testem polskiej
woli
i sposobu działania wewnątrz Wspólnoty
Europejskiej.
Chciałbym
usłyszeć dziś, że mimo wszystkich uwag,
łącznie
z nieprecyzyjnym tłumaczeniem... Od razu chcę
wytknąć
rządowi to, że aż redakcji „Rzeczpospolitej”
trzeba
było, żeby odkryć te błędy i mankamenty tłumaczenia,
tak
jakby służba zagraniczna nie powinna...
(Głos
z sali: Komorowski.)
Słucham?
(Głos
z sali: To Bronisław
Komorowski.)
Chwała
posłowi Komorowskiemu z Platformy, że
był
tak dociekliwy, bardziej dociekliwy niż ministerstwo.
W
przyszłości powinno to być na czas dostrzegane
przez
służby, bo przecież chyba nikt nie chce, żeby
proces
ratyfikacji przedłużał się, poza tymi, którzy go
w
ogóle nie chcą.
Otóż
ten traktat konstytucyjny dla Europy, którego
czuję
się poniekąd cząstkowym współautorem jako
uczestnik
konwentu – co zresztą na tej sali zostało odebrane
na
pograniczu zdrady narodowej, myślę, że się
to
już nie powtórzy – niechby nawet niezaspokajając
wszystkich
oczekiwań, był potraktowany jako traktat
poważnie
opracowany i poważnie podpisany.
Na
nic kombinowanie, wzywam zwłaszcza Platformę
Obywatelską
do tego, by skończyć z taktyką kombinowania
polegającą
na tym, że może ktoś inny obali
ten
traktat, a my będziemy mieli czyste sumienie, bo
chcąc
go, też go nie chcemy specjalnie. (Oklaski)
Uważam,
że w Europie panuje pewna transparentność
zachowań.
Nie wiem, dlaczego Polska miałaby
nie
chcieć być tym partnerem wewnątrz Wspólnoty,
który
poważnie mówiąc o zastrzeżeniach i wątpliwościach,
uznaje
nadrzędną wagę tego traktatu. Inaczej,
koleżanki
i koledzy z Platformy Obywatelskiej, wiem,
co
może wami powodować. Gdyby jak było hasło „Nicea
albo
śmierć”, padła Nicea, to cóż by pozostało?
(Oklaski)
Przecież nie pójdziecie na takie rozwiązanie.
Rozumiem
to, ale niech was to nie skłania do kombinowania
w
sprawie terminu. Niech to referendum odbędzie
się
w czasie, który proponujemy, czyli z pierwszą
turą
wyborów prezydenckich, bo wtedy będzie
największa
możliwa frekwencja, albo zdecydujmy się
na
dokonanie ratyfikacji poprzez parlament. Podjęcie
decyzji
o ratyfikowaniu przez parlament jest cały czas
możliwe,
ale zgodnie uznaliśmy, że formuła referendum
jest
niemal konieczna jako analogia do referendum
akcesyjnego.
Bardzo
chcę podkreślić, że polityka zagraniczna państwa
– trzymam
się mocno tezy, że nie jest jeszcze doskonale
rozwiązana
sprawa służby w dyplomacji polskiej
w
interesach gospodarczych Polski, to jest czynione, ale
trzeba
więcej wysiłku – ta cała polityka musi toczyć się
w
kontekście bardzo ważnym od wczoraj, w kontekście
Narodowego
Planu Rozwoju. Otóż, niech to akurat
w
moich ustach nie zabrzmi banalnie, ale powiedziałbym:
chwała
rządowi za dwie sprawy z tym związane. Po
pierwsze,
że umiał przełamać skłonność do księgowego
jedynie
opracowania koncepcji wydatkowania pieniędzy
pod
fundusze strukturalne, tak jak robią to inne kraje,
i
zdobył się na to, żeby określić strategiczne podejście do
rozwoju
Polski w całokształcie wyzwań tego rozwoju.
Myślę,
że takie właśnie podejście jest dobre, ponieważ
może
pobudzić myślenie środowisk polskich, zachęcić
do
dyskusji z partnerami w Unii Europejskiej, bo wyzwania
rozwojowe
Polski ujęte w tym planie są częściowo
wyzwaniami
dla całej Unii Europejskiej i nie tylko
w
tej jej nowej części, która obejmuje 10 krajów.
Druga
sprawa, za którą chcę rządowi złożyć wyrazy
uznania,
to sformułowanie na samym początku zaproszenia
dla
opozycji, przyjętego zresztą, z czego się
cieszę,
do wspólnej rozmowy o tym narodowym planie.
Jeżeli
wspólnie ustalimy i priorytety, i osie, wokół
których
ta działalność w państwie ma koncentrować
się,
i wspólnie zidentyfikujemy wyzwania przyszłości,
to
przecież korzyść z tego będzie dla wszystkich. Jeśli
rząd
zmieni się, to będzie miał już przedyskutowaną
ważną
sprawę dotyczącą rozwoju i dobrą bazę do kończenia
dyskusji
budżetowych w Unii Europejskiej. Jeśli
rząd
nie zmieni się, to też będzie korzyść, bo Polska
będzie
miała przedyskutowaną strategię rozwojową
dobrego
kalibru.
Niechby
ta zgoda w sprawie Narodowego Planu Rozwoju
i
dyskusji... On nie jest przesądzony, ale mieści się
w
optyce dyskusji o naszej obecności w Unii i o sposobie
wykorzystania
szans dla Polski, które to członkostwo
w
Unii Europejskiej daje. Bardzo mnie bowiem martwi,
że
od maja panuje cisza w dyskusjach dotyczących
spraw
europejskich w Polsce. Gdyby nie spór o traktat
i
z Josepem Borrellem, to właściwie nic by się nie działo
w
kwestii dyskusji publicznej, środowiskowej, politycznej
o
pierwszym okresie naszej obecności w Unii. To
pewnie
także wynik bezszmerowej skuteczności działań
rządu
w tym, co nazywało się początkiem naszej obecności
w
instytucjach europejskich.
Bardzo
stanowczo chcę powiedzieć, że hasło Aleksandra
Kwaśniewskiego,
dezawuowane w niektórych
publikacjach,
o tym, iż celem naszym musi być silna
Polska
w silnej Europie, jest aktualne. Uznajmy jego
aktualność,
nie dlatego że chodzi tylko o realizację
polskich
celów poprzez instrument obecności w Unii
Europejskiej,
ale dlatego że polskie cele zrealizujemy
dobrze,
jeżeli przyczynimy się do wzmocnienia Unii
Europejskiej.
Tylko silna Unia Europejska może dawać
nam
lepsze możliwości budowania silnej Polski. Myślę,
że
jest to na tyle obiektywne i logiczne, że warto
się
do tego odnieść i uczynić z tego jakąś zachętę do
dialogu
trudnego w innych dziedzinach.
To,
co musi jednak mocno tu zabrzmieć, to jest
sprawa
odpowiedzialnej postawy Polski w negocjacjach
nad
budżetem Unii Europejskiej przy silnym
pilnowaniu
naszego interesu w tym przetargu, co jest
oczywiste,
oraz kwestia odpowiedzi na pytanie, jak
sama
Polska ma się zmieniać w wyniku wejścia do
Unii
Europejskiej. Otóż, proszę państwa, źródłem mojego
niepokoju,
jest to, że dyskusja na temat tego, co
w
samej Polsce przez najbliższe 10 lat musi się zmienić,
jest
niesłychanie nikła. Od modernizacji państwa
i
przemian radykalnych w administracji państwowej,
jej
funkcjach, poprzez nową obsługę strumieni finansowych,
edukację
europejską i budowanie zrębów
mentalności
europejskiej, po pilnowanie tożsamości
narodowej
wewnątrz Wspólnoty – to wszystko wymienia
się
jako ważne kwestie i wartości, ale dialog na
ten
temat toczy się w ramach przetargu politycznego.
To,
jak Polska ma zmieniać się stopniowo w różnych
segmentach
kraju i państwa, i społeczeństwa, w wyniku
faktu,
że już jesteśmy we Wspólnocie, powinno
to
być lepszym tematem do dyskusji niż delegalizacja
takiej
czy innej partii, bo z takiego hasła nic nie wynika
dla
wykorzystania szans polskich w Unii, ale może
to
jedynie budzić zdziwienie i niepokój w całej Unii
Europejskiej.
Otóż
musimy się wyzwolić od kompleksów i nie
kierować
się emocjami – mówi minister w swoim wystąpieniu.
Całkowicie
podzielam tę myśl. Nawet jak się
nie
chcemy do tego przyznać, te kompleksy, historyczne
zaszłości
i emocje nam charakterystyczne dają coraz
to
znać o sobie. Jesteśmy wciąż uwrażliwieni, wyczuleni
na
skutki przeszłości, choćby w ocenie wojny
i
próbach zacierania prawidłowego wizerunku tej wojny
i
skutków dla Polski. To wszystko trzeba – moim
zdaniem
– czynić razem, odpowiadając sobie także
na
pytanie, czy i kiedy Polska będzie orędownikiem
wspólnej
polityki zagranicznej w Unii Europejskiej
i
polityki obronnej. Bowiem Unia Europejska jest już
partnerem
globalnym, ponosić będzie globalną odpowiedzialność,
a
nie mówi jednym głosem wobec reszty
świata.
I to jest pytanie, o które warto w takiej debacie
także
się pokusić, precyzując, a nie tylko ogólnie wartościując
tę
sytuację. A więc wspólna polityka obronna
i
wspólna polityka zagraniczna powinny być celem
polskich
zabiegów i udziału w dialogu ogólnoeuropejskim
z
racji odpowiedzialności Unii Europejskiej
o
charakterze globalnym.
Chciałbym
postawić pytanie do tej dyskusji także
rządowi,
który o tym nie wspomniał, czy możemy zgodzić
się
z poglądem, że strategia lizbońska już przegrała?
W
publicystyce coraz częściej się tę sprawę podnosi.
Nie
jest tak, że nie ma powodu do tego typu ocen.
No,
ale jeśli związaliśmy się z ideami strategii lizbońskiej
i
w edukacji, i w badaniach naukowych, i w poszukiwaniu
wzrostu
gospodarczego, i w skłonności do
przestawienia
się na innowacyjny charakter rozwoju
i
postępu, to musi nas obchodzić, czy te zamysły
Wspólnoty,
w której jesteśmy, zawarte w strategii lizbońskiej,
tak
jak politycy i publicyści głoszą, są przegrane
już
w 2005 r., czy my jednak jako kraj wierzymy,
że
w ramach strategii lizbońskiej można jeszcze wiele
dokonać.
A jeśli nie, to warto, żeby Polska miała propozycje
i
pomysły, jak restytuować założenia generalne
strategii
lizbońskiej, żebyśmy mogli w nich widzieć
także
własne cele rozwojowe dla kraju.
Nie
chcąc przedłużać, koledzy z klubu będą jeszcze
się
wypowiadać w zupełnie konkretnych już sprawach,
chcę
podkreślić, że nigdy za dużo wypowiedzi
na
temat możliwej roli Polski w przywracaniu jedności
euroatlantyckiej,
w znajdywaniu tej równowagi, która
mogłaby
wynikać z faktu, że świetne polsko-amerykańskie
stosunki
nie są już dwustronną tylko kategorią,
ale
mogą być wartością dla całej Europy. Tylko to my
musimy
powiedzieć, jak moglibyśmy przemieniać tę
dwustronną
wartość polsko-amerykańskich stosunków
na
kategorie poprawiania stosunków wewnętrznych
w
Europie i euroatlantyckich. Myślę, że dla nikogo
wśród
polskich elit nie może być wątpliwością, że relacje
transatlantyckie
to jest sprawa, w której Polska
może
odegrać ważną rolę.
Zgadzam
się z tezą rządową o potrzebie redefinicji
globalnego
ładu. Dziś już o tym wszyscy mówią,
ale
chcę to widzieć troszkę szerzej. Otóż w naszych
dyskusjach
w Polsce, i przy okazji polityki zagranicznej,
i
przy innych okazjach, wciąż nieobecny jest kontekst
globalny.
My go pozostawiamy niejako jako coś
z
zewnątrz, coś, co dopiero kiedyś, kiedyś może nas
dotyczyć.
I to nie jest dobrze. Globalizacji – wszyscy
wiemy
– nie można ani uniknąć, ani przeczekać. Globalizacja
dziś
oznacza konkretny pakiet zjawisk, które
w
Polsce już występują. A więc pytania o ład globalny
to
pytania o bezpieczeństwo globalne, o system bezpieczeństwa
globalnego,
o sprawność czy niesprawność
instytucji,
nie tylko ONZ-tu, gdzie jakże długo ślimaczy
się
reforma, ale także globalny system obsługi fi-
nansów
gospodarki światowej, także problem sprzeczności
pomiędzy
globalizacją gospodarki a demokracją,
która
generuje regulacje. Dziś nie ma światowej demokracji,
która
by wytwarzała regulacje dające ramy
dla
tego żywiołu globalizacji. To jest przecież kwestia
naszej
dyskusji o tym, jak na Polskę może oddziaływać
strumień
kapitału spekulacyjnego w świecie, co
z
inwestycjami bezpośrednimi, jaka jest w Polsce taktyka
i
strategia korporacji transnarodowych, na ile tu
mogą
zbiegać się intencje i dążenia do zysku korporacji
transnarodowych
i naszych planów. To jest sprawa
zmiany
mentalności kadr menedżerskich i zarządzających,
umiejętności
zarządzania wiedzą i informacją
w
ujęciu globalnym, umiejętności zarządzania ryzykiem,
bo
nowa sytuacja otwartego kraju to także nowy
charakter
ryzyk, którymi trzeba zarządzać, to wreszcie
obecność
wyobrażeń o świecie współczesnym w całości
w
edukacji od wczesnych etapów świadomości
dziecka
po wykształcone kadry menedżerskie i utytułowane
naukowe,
i inne. Więc trochę tracimy na rzecz
doraźności.
Bardzo często zarządzamy doraźnością
w
Polsce w toku konfliktów i sporów i umyka nam to
strategiczne
odniesienie, którym Europa i Unia dawno
zajmują
się. Nasze tęgie polskie głowy mogłyby tu
wiele
wnosić, ale zaprzątnięte są zbyt często waśniami
o
to, co kto robił w przeszłości, zaprzątnięte są rewizją
Trzeciej
Rzeczypospolitej, złowróżbnymi rzekomo
skutkami
okrągłego stołu, skłonnościami do powściągania
demokracji
i rewidowania wszystkiego ku rzekomo
skutecznej
autorytarności rządzenia. To jest zła
optyka
i w takiej optyce będziemy się tylko zamykać
bez
komunikacji i z myśleniem o demokracji w innych
krajach,
a to jest niemałe wyzwanie.
Chcę
więc zakończyć takim apelem do nas wszystkich
i
deklaracją gotowości Sojuszu Lewicy Demokratycznej
jako
partii wyraźnie propaństwowej i uczciwie
proeuropejskiej,
czego nikt chyba nawet z najbardziej
nas
nielubiejącej opozycji nie zakwestionuje, żeby
właśnie
podjąć sprawę dyskusji, jak Polska jest w stanie
być
obecna i zaradzać sobie i we Wspólnocie tym
wyzwaniom,
które są niekorzystne, stawiają nas pod
pręgierzem
nowego standardu konkurencyjności, do
której
nie jesteśmy przygotowani, i stawiają nas wobec
pytania,
czy budujemy na pożytek stosunków z innymi
krajami
dobry rodzimy potencjał, którego moglibyśmy
użyć
w tym podnoszeniu konkurencyjności.
Ogólnie
chcę powiedzieć, że wielką wartością naszej
polityki
zagranicznej jest jej ciągłość, jest wkład
prezydenta
Kwaśniewskiego i warto tej wartości bronić,
wszystko
co sporne załatwiając na roboczo, bez
wielkiego
okrzyku bojowego, który bardzo często na
tej
sali się rozlega. Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi.
Proszę
o zabranie głosu pana marszałka Donalda
Tuska
występującego w imieniu Platformy Obywatelskiej.
Poseł
Donald Tusk:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Było do przewidzenia,
że
zarówno pan minister spraw zagranicznych, jak
i
pierwszy mówca w tej debacie, a sądzę, że nie będzie
błędem
stwierdzenie, że także następni mówcy w tej
debacie
będą sporo mówili o racji stanu i o wspólnym
pojęciu
Polaków, czym jest nasza narodowa racja stanu.
Nie
ulega też wątpliwości, zgodzę się tu ze słowami pana
ministra,
że przez 15 lat dochodziliśmy coraz mądrzej
i
coraz skuteczniej do właśnie możliwie powszechnego
rozumienia,
na czym racja stanu Polski polega. Dochodziliśmy
czasami
w sporze, prawie zawsze wtedy, kiedy
rzeczy
ważne i ciekawe działy się w Polsce i poza
naszymi
granicami w takim dynamicznym procesie,
w
którym na szczęście nie brakowało liderów i jak
zawsze
bywali maruderzy. Z roku na rok, i to jest zasługa
nas
wszystkich, na szczęście coraz mniej tych,
którzy
chcieli przeszkadzać w tworzeniu nie tylko
wspólnego
rozumienia, ale także później realizacji
polskiej
racji stanu. Ale mówię o tym także dlatego,
aby
uświadomić tym, którzy chcieliby roztoczyć taką
optymistyczną
kiczowatą wizję powszechnego pełnego
porozumienia
co do pryncypiów polskiej polityki
zagranicznej,
że ona będzie dynamiczna, także
w
przyszłych latach. Będzie się ona wykuwać w sporze
pomiędzy
partiami politycznymi, politykami o wizję
przyszłości
Polski, Europy i świata.
Tak
przecież było – i tu spojrzę w stronę mojego
przedmówcy
– choćby w sprawie, która ożywia nasze
emocje
jeszcze dzisiaj, sprawie bardzo ważnej dla Polski.
Mówię
o wydarzeniach na Ukrainie. Każdy, kto ma
pamięć,
która sięga wstecz nie tydzień, ale – zgódźmy
się,
panie marszałku Oleksy – chociaż miesiąc, będzie
pamiętał,
że wsparcie ze strony Polski dla pomarańczowej
rewolucji
na Ukrainie wymagało determinacji
niektórych,
by inni także w końcu zrozumieli, co dzieje
się
na Ukrainie. Pamiętam, jak poważny bój trzeba
było
stoczyć choćby o tak symboliczne sprawy, jak
możliwość
wystąpienia na tej sali przedstawiciela pomarańczowej
rewolucji.
I
nie uważam, by debata na temat polityki zagranicznej
była
dobrym pretekstem do prawienia
złośliwości
konkurencyjnym partiom politycznym
lub
konkurencyjnym politykom. Mówię o tym tylko
dlatego,
żeby uświadomić – także marszałkowi Oleksemu
– że
zasób takich uzasadnionych złośliwości
miałbym
duży, gdyby tylko powodowała mną taka
intencja.
Nie ulega zatem wątpliwości, że szczególnie
w
trudnych momentach… Sprawa ukraińska jest bardzo
wrażliwa,
bo Ukraina leży w bardzo szczególnym
– delikatnym
i trudnym czasami dla Polski – miejscu
świata,
tam gdzie spotykają się nasze granice, głównie
ze
względu na sąsiedztwo Rosji, o czym przekonaliśmy
się
w ostatnich tygodniach. Ta sprawa wymagała
nie
tylko rozwagi, ale i odwagi. Wydaje się zatem,
że
nasza polityka zagraniczna – co udowadnia przypadek
Ukrainy,
te słowa dedykuję panu ministrowi,
ale
przede wszystkim mojemu przedmówcy – wymaga
odwagi
i wyobraźni, czasami nawet w takiej skali,
jakiej
wymagały nasze wewnętrzne polskie sprawy
w
roku 1980, 1981 czy 1989.
W
mojej ocenie nie ma przypadku… To chciałbym
z
kolei zadedykować tym wszystkim, którzy nie
mają
okazji przemawiać w salach sejmowych, którzy
długie
lata płacili poważną daninę, a wykazywali się
odwagą
i wyobraźnią, dzięki czemu dziś dochodzimy
do
idei wolności, idei obecności Polski we wspólnocie
zachodniej,
w Unii Europejskiej, w NATO, idei Polski,
która
pomaga innym krajom, które chcą osiągnąć
prawdziwą
demokrację i prawdziwą niepodległość.
W
dzisiejszych wystąpieniach przydałby się hołd bezimiennym
ludziom,
także ze strony tych, którym nie
zawsze
starczało refleksu...
Chciałbym
również zwrócić uwagę na to, co dzisiaj
wszyscy
uznajemy za polską rację stanu, to, czego
dzisiaj
nikt rozważny w Polsce nie kwestionuje – nie
mówię
o marginesach, o radykalnych odłamach polskiej
polityki,
ale o bardzo szeroko pojętym trzonie
polskiej
polityki. Nikt ani w wizjach, ani w praktyce
politycznej
nie kwestionuje tego, o czym przed chwilą
mówiłem,
czyli naszej obecności w świecie Zachodu,
naszej
aktywnej obecności wszędzie tam, gdzie możemy
pomóc
ludziom działającym na rzecz demokracji,
praw
człowieka, wolności. To jest i było możliwe
dzięki
pewnemu dziedzictwu, które trzeba chronić. To
nie
jest tak, że to powszechne wyobrażenie… Śmiem
twierdzić,
że środowiska, które tworzą Platformę Obywatelską,
mają
swój zasadniczy udział w tym, że tak
dzisiaj
wygląda wyobrażenie polskiej racji stanu. Ono
wymaga
nieustannej pieczołowitości.
W
mojej ocenie wydarzenia ostatnich tygodni w sprawie
ukraińskiej
pokazują, że taka pozycja Polski w świecie,
taki
sposób patrzenia przez Polskę na najbliższą okolicę,
Europę
i cały świat wymaga nieustannego napięcia,
nie
tylko merytorycznego, kompetencyjnego, ale także
etycznego
i historycznego. Bez pamięci historycznej,
bez
autentycznej wrażliwości moralnej i etycznej
– jakkolwiek
znawcy nie lekceważą czasami moralności
i
etyki w polityce – nie będzie mądrej, rozważnej i odważnej
polskiej
polityki.
Nieprzypadkowo
w tych słowach jako pierwsze
państwo
pojawiła się Ukraina. Nie tylko dlatego, że
przynajmniej
część z nas ma jeszcze w sobie emocje,
jakie
wywołały zdarzenia na Ukrainie, ale przecież także
dlatego,
że nie mamy wątpliwości, iż to, co zdarzyło
się
na Ukrainie, jest przełomem i w relacjach polsko-
-ukraińskich,
i – co dla nas bardzo ważne – w pozycji
Polski
w tej części świata. Bo ważniejsze być może
nawet
od rozstrzygnięć formalnych, od inicjatyw politycznych,
które
– i dobrze, że tak było – wypływały
z
różnych obozów politycznych w Polsce, są sytuacje,
o
których wspominali polscy obserwatorzy, uczestnicy
tamtych
zdarzeń, mający pełną świadomość, chyba
uprawnioną,
że przełamano 400 lat fatalnych zdarzeń
pomiędzy
Polską a Ukrainą i że to, co zdarzyło się
w
umysłach i sercach Ukraińców i Polaków, jest bezcenne
i
wykracza poza doraźną ocenę polityczną.
(Głos
z sali: Złudzenia…)
Jednak
nie wzgląd na emocje, ale bardzo poważny
interes
polityczny, już racjonalnie i chłodno oceniany,
każe
nam kontynuować te prace, co oznacza – i tutaj
Platforma
Obywatelska nie ma wątpliwości – że Polska
powinna
być konsekwentnym, pomysłowym i stanowczym
sprzymierzeńcem
aspiracji euroatlantyckich
Ukrainy.
Oznacza to w rozumieniu Platformy Obywatelskiej,
tak
czy inaczej, szczęśliwy finał tych aspiracji,
czyli
pełnoprawną obecność Ukrainy w Unii Europejskiej,
a
należy sądzić, że dużo szybciej – obecność
Ukrainy
w NATO. (Oklaski)
Dlatego
Polska jako sprzymierzeniec marzeń i aspiracji
ukraińskich
jest jednocześnie państwem, które racjonalnie
dba
o swoje strategiczne i bardzo perspektywiczne
bezpieczeństwo.
Kiedy mówimy tak mocno
o
Ukrainie, to nie dlatego, żebyśmy zapominali o innych
wschodnich
sąsiadach. Dzisiaj warto zwrócić
uwagę
– i dziękuję panu ministrowi, że także ten temat
wywołał
– na kraje, o których czasami zapominamy
w
ferworze wielkich zdarzeń; myślę tu o Mołdowie,
a
także o Białorusi. Tak czy inaczej, Polska powinna
pamiętać
o tym, że w perspektywie – nie my ją dzisiaj
precyzyjnie
określimy – także Mołdowa i Białoruś
mogą
się stać uczestnikami europejskiej wspólnoty.
I
rzeczywiście oznacza to być może odważniejsze,
chociaż
nie mnie tutaj definiować, na czym ta odwaga
miałaby
polegać, działania świata zachodniego, jeśli
chodzi
o problemy nad Dniestrem.
Od
tematu najtrudniejszego, kiedy rozmawiamy
o
wschodniej granicy, czyli od relacji polsko-rosyjskich,
nikt
nie może uciec. Mam wrażenie, że dzisiaj
trzeba
bardzo stanowczo i twardo to powiedzieć,
dlatego
że czasami odczuwamy niepokój, iż nie
wszystko
jest tak, jak powinno być, po to by ten niepokój
nie
zbudował w kimkolwiek pokusy odejścia
od
tego, co w ostatnim czasie budowaliśmy wspólnie
z
takim trudem. Mówię tu o pełnej samodzielności
i
całkowitej precyzji w definiowaniu polskich interesów
w
relacjach z Rosją.
Trzeba
zrobić wszystko, żeby relacje polsko-rosyjskie
były
relacjami przyjaznymi i żeby te relacje zawsze
w
sposób autonomiczny uwzględniały polską rację
stanu
i polski interes. Mówiąc wprost, Polska wybiła się
na
pełną samodzielność i to w relacjach z niektórymi
państwami
musi powodować napięcia i kłopoty – o tym
później
powiem jeszcze parę słów – ale jako Polacy musimy
się
także do tego przyzwyczaić. Samodzielność,
pewien
wymiar wielkości wynikający z odwagi do
samodzielnej
polityki zagranicznej skutkuje brakiem
komfortu.
Nie obawiajmy się sytuacji, opisywanej
przez
niektórych w czarnych barwach, kiedy w naszych
relacjach
z sąsiadami nie wszystko gra, właśnie dlatego
że
jest to dzisiaj dowodem także na to, iż zdobyliśmy
się
jako państwo na samodzielną politykę zagraniczną.
W
relacjach z Rosją Polska musi nieustannie i bardzo
precyzyjnie
definiować własne interesy. To oznacza
także
– i proszę potraktować te słowa jako wskazanie
na
trochę dalszą przyszłość, dotyczącą może nie tego,
ale
raczej przyszłego roku – to oznacza absolutną potrzebę
tworzenia
tej polityki w relacji z Rosją przez polityków
i
ludzi, których stać, także mentalnie, na pełną
samodzielność
w działaniu. To szczególnie w relacjach
z
Rosją ma i będzie miało dla Polski pierwszorzędne
znaczenie,
zarówno w złym, jak i w dobrym tego słowa
znaczeniu.
Z całą pewnością w interesie Polski – tutaj
sukces
ukraiński pokazuje, że jest to możliwe, chociaż
czasami
wymaga niekonwencjonalnego myślenia
– jest
kształtowanie relacji polsko-rosyjskich poprzez
Unię
Europejską. To, co jest warunkiem skutecznej
i
bezpiecznej polityki polsko-rosyjskiej, to tak naprawdę
powinno
oznaczać politykę europejsko-rosyjską
z
istotnym – powiedzmy dzisiaj ambitnie – kluczowym
znaczeniem
polskiego stanowiska w kształtowaniu tej
polityki.
(Oklaski)
Będziemy mogli spokojnie myśleć
o
naszym sąsiedztwie z Rosją, o naszym największym
sąsiedzie
wtedy, kiedy będziemy mogli powiedzieć
sobie,
a także potomnym, że to Polska współdecyduje
w
sposób istotny o polityce europejsko-rosyjskiej,
a
dotyczy to także tak trudnych tematów, jak bezpieczeństwo
energetyczne.
Chciałbym dzisiaj powiedzieć,
że
warto, aby wreszcie Polska zaczęła mówić nie tylko
o
problemie własnego bezpieczeństwa energetycznego,
ale
żebyśmy powiedzieli to także w kontekście stosunków
polsko-rosyjskich
i europejsko-rosyjskich, że
o
bezpieczeństwie energetycznym trzeba rozmawiać
w
wymiarze kontynentalnym i unijnym. Brak bezpieczeństwa
energetycznego
Polski oznacza – i to Polacy
muszą
mówić głośno i stanowczo – brak bezpieczeństwa
energetycznego
Europy. Dlatego także tę sprawę powinniśmy
umiejętnie
starać się czynić sprawą do rozstrzygania
przez
naszych partnerów w Unii Europejskiej.
Drugi
sąsiad, z którym nasze relacje powinny być
przyjazne,
i przez ostatnie lata były przyjazne, ale mamy
poczucie,
że w ostatnim czasie doszło do zatarcia, sąsiad
kluczowy
dla mądrej obecności Polski w Europie,
czyli
Niemcy. Tu także uwaga do ludzi rządzących
dzisiaj
Polską. Uwaga pozbawiona złośliwości, bo
w
sprawie niemieckiej nie potrafię mówić podwójnym
językiem,
to jest zbyt ważna sprawa dla Polski, aby
pozwalać
sobie tutaj na polityczne wycieczki, trzeba
mówić
wprost i precyzyjnie. Otóż części kłopotów
w
relacjach polsko-niemieckich nie byłoby, gdyby ministrowie
odpowiedzialni
w ostatnich latach w Polsce
za
politykę zagraniczną byli bardziej wrażliwi na takie
problemy,
jak Centrum przeciw Wypędzeniom, Pruskie
Powiernictwo,
2 lata temu, a nie przez ostatnie miesiące.
Bardzo
dużo złych rzeczy zdarzyło się w relacjach
polsko-niemieckich,
dlatego że polska władza 3–4 lata
temu
nie była wrażliwa, jeśli chodzi o te tematy. Mówię
to
jako świadek i uczestnik wielu rozmów, jako osoba,
która
3 lata temu starała się uwrażliwić osoby odpowiedzialne
w
państwie polskim za te kwestie, wówczas
bezskutecznie.
Często pojawiały się, i do dzisiaj
się
pojawiają, opinie, że obawy Polaków związane z tą
zmianą
nastrojów, a także zmianą pewnej politycznej
praktyki
w Niemczech, są przesadzone i że w związku
z
tym nie warto się tym zajmować na serio. Otóż nie
może
pretendować do roli przywódcy polityk, partia
polityczna,
urzędnik państwowy, do roli przywódcy
lub
wyznaczającego praktykę w polityce zagranicznej,
który
lekceważy polskie obawy. Obawy mogą być na
wyrost,
chociaż nie znam miary, która dzisiaj precyzyjnie
zmierzyłaby,
co jest na wyrost, a co nie w tych obawach
dotyczących
roszczeń niemieckich. Wiem jedno:
Polską
mogą rządzić ludzie, którzy rozumieją obawy
Polaków
i współczują z nimi. Jeśli Polacy – a mieliśmy
tego
dziesiątki dowodów – odczuwali zagrożenie, jeśli
Polacy
odczuwali poważny dyskomfort w związku
z
działalnością niektórych niemieckich kręgów,
'7Awiązanych
głównie
z akcją roszczeniową przeciwko Polsce
i
Polakom, to zadaniem tego i przyszłego rządu
polskiego
jest je uwzględniać i skutecznie im zapobiegać,
i
to wtedy, kiedy mamy do czynienia z sytuacją już
bardzo,
bardzo nabrzmiałą. Cieszę się jednak, że po raz
pierwszy
tak naprawdę od lat usłyszałem z ust ministra
spraw
zagranicznych tego rządu tak twarde słowa
dotyczące
prawdy historycznej, fałszowania historii
w
kontekście choćby obozów śmierci i mam nadzieję,
że
ta tonacja w najbliższych miesiącach, a wydaje
się,
iż mogę zapewnić, że w przyszłości także będzie
oddawała
prawdziwie przyjazną, stanowczą i czasami
twardą
politykę polsko-niemiecką w wykonaniu naszej
strony.
Stany
Zjednoczone. Kiedy dzisiaj mówimy o Stanach
Zjednoczonych,
nie możemy nie mówić o Iraku,
ale
uważam, że to jedno zdanie trzeba powiedzieć bardzo
głośno,
to też jest ten zasób wspólny dla polskich
polityków,
dla polskich partii politycznych i dobrze,
znaczy
nie dla wszystkich, ale dla wielu, to stanowcze
opowiadanie
się za dobrymi relacjami ze Stanami
Zjednoczonymi
Polski jako państwa i Europy, Unii Europejskiej.
Polska
nie musi, nie powinna i nie musi ścigać
się
w jakimś wyimaginowanym rankingu państw
najbardziej
proamerykańskich, ale Polska powinna
w
Unii Europejskiej stanowczo działać na rzecz redukcji
niemądrych
nastrojów antyamerykańskich. My musimy
być,
tu przepraszam za analogizm, anty-antyamerykańscy,
to
z całą pewnością, nie tylko dlatego, że Polacy
trafnie
odczytują w Stanach Zjednoczonych sojusznika
najskuteczniej
gwarantującego Polsce bezpieczeństwo,
ale
również dlatego, że nie ma bezpiecznej i skutecznie
działającej
Unii Europejskiej bez jak najściślejszego
i
takiego naturalnego związku ze Stanami Zjednoczonymi.
Nawet
jeśli będą pojawiały się i różnice interesów,
i
różnice zdań co do poszczególnych zdarzeń, to nikt
mądry
i odpowiedzialny na pewno w Polsce nie może
kwestionować
zasadniczego dla przyszłości znaczenia
dobrych,
przyjaznych, najgłębszych z możliwych relacji
europejsko-amerykańskich,
a co za tym idzie, a czasami
przed
tym, także relacji polsko-amerykańskich.
I
dobrze się dzieje, nie musimy się tego wstydzić, że
my,
Polacy być może dzisiaj lepiej, z większą wrażliwością
odczuwamy
kryzys wspólnoty Zachodu, tej
wspólnoty
euroatlantyckiej, a nie tylko europejskiej.
Jest
coś znamiennego i nie wiem, czy państwo to
zauważyli,
jak skutecznie Stany Zjednoczone i u siebie,
i
na świecie wskazały na zdarzenie z 11 września
jako
atak na naszą cywilizacyjną wspólnotę i jak źle
zareagowała,
bo właściwie w ogóle nie zareagowała,
Europa
na atak w Madrycie. Jeśli porównamy te dwa
zdarzenia,
to zrozumiemy jak wiele spraw w Europie
musi
ulec naprawie, żebyśmy rzeczywiście poczuli się
wspólnotą.
Atak terrorystyczny w Madrycie dla innych
państw
europejskich nie był atakiem na ich państwa,
nie
było poczucia wspólnoty, jeśli chodzi o ten atak,
może
dlatego też tak niewielu Europejczyków dziś
rozumie,
albo udaje, że nie rozumie, że ewentualna
porażka
amerykańskiej misji w Iraku, jakkolwiek krytycznie
będą
ją oceniać różni politycy, jest też porażką
Europy
i całej naszej wspólnoty cywilizacyjnej, porażką
i
w Iraku, i w skali globalnej. Każdy, kto życzy
Amerykanom
niepowodzenia w Iraku, życzy fatalnego
w
skutkach niepowodzenia Europy, Polski, każdego
państwa
europejskiego z osobna i Europy jako całości,
całej
naszej cywilizacji euroatlantyckiej. Kto tego nie
rozumie,
podważa istotę nie tylko relacji europejsko-
-amerykańskich,
ale jakby istotę bezpieczeństwa naszej
cywilizacji,
dlatego niezależnie od ocen, co można
poprawić,
jak korygować np. naszą obecność w Iraku,
Polacy
powinni solidarnie dopominać się w Europie,
i
to bardzo twardym i poważnym głosem, o jak najlepsze
relacje
europejsko-amerykańskie. Co do tego
nie
powinno być w Polsce także zasadniczego sporu
w
obrębie ugrupowań, które podzielają to wspólnotowe
myślenie
o polskiej racji stanu.
Oczywiście
marszałek Oleksy nie podarowałby
przedstawicielowi
Platformy pominięcia tak ważnej
sprawy,
jak traktat konstytucyjny. Dzisiaj jeszcze jest
czas,
żeby tych wszystkich, którzy proponują możliwie
szybki
termin traktatu konstytucyjnego, bezre-
fleksyjnie,
poważnie zapytać, po pierwsze – i o to my,
Platforma
Obywatelska, przez te dni i miesiące do referendum,
kiedykolwiek
miałoby ono być, będziemy
pytali
każdego, kto proponuje szybkie i pozytywne
rozpatrzenie
traktatu konstytucyjnego w referendum
– żeby
precyzyjnie i z cywilną i polityczną '6Fdwagą
powiedział,
precyzyjnie, w czym sytuacja Polski poprawi
się
w Europie po przyjęciu traktatu konstytucyjnego.
Sytuacja
Polski w Europie. Apeluję do polskich
polityków,
aby w debacie nad traktatem konstytucyjnym
odłożyli
na razie na bok oczywiste komunały tak
naprawdę,
że Europa jako Wspólnota potrzebuje tego
traktatu.
Niech każdy, kto w tej sprawie zabiera głos,
skupi
się nad precyzyjną informacją: co Polska zyskuje,
a
co traci przez wejście lub niewejście traktatu konstytucyjnego.
Pan
marszałek twierdzi, że Platforma Obywatelska
ma
w tej kwestii dylemat. Tak, oczywiście, mamy dylemat.
Każdy
rzetelnie opisujący tę sprawę Polak, rozumiejący,
o
co chodzi w traktacie konstytucyjnym, ma
oczywisty
dylemat, co zrobić, wspólnie, a nie korzystając
z
politycznej okazji. Zarzucanie tego Platformie jest
nieporozumieniem.
Wszyscy w Polsce wiedzą, także
w
tym gmachu wszyscy wiedzą, kto ma interes polityczny
w
tym, żeby równocześnie odbywało się referendum
z
wyborami. I po co mamy udawać, że nie wiemy?
(Poseł
Tadeusz Iwiński: Polacy!)
Ale
kluczowe dzisiaj wydaje się to, żebyśmy wspólnie
– wspólnie,
odpowiedzialnie – powiedzieli Polakom,
informując
ich, bo przecież Polacy nie przeczytają
tych
kilkuset stron, jak będzie się różniła sytuacja
Polski,
jeśli traktat nie wejdzie w życie, od tej, kiedy
wejdzie
w życie, i co oznaczają terminy: późniejsze
i
wcześniejsze referendum.
Co
do terminu referendum według mojej oceny nie
może
być sporu. Każdy, kto ma dobrą wolę i nie ma
partykularnego
interesu politycznego, a także rozumie,
na
czym polegają skutki traktatu, musi rozumieć, że im
później
do tego Polacy się zabiorą, tym lepiej, niezależnie
od
tego, komu to sprzyja, komu to szkodzi.
Dlatego
także od pana ministra oczekiwalibyśmy,
tak
sądzę, może nie dzisiaj, ale w przyszłości, aby
oprócz
tej magicznej formuły, że Europa potrzebuje
traktatu
konstytucyjnego, żeby bardzo precyzyjnie
– a
to i tak będzie obowiązek wobec Polaków przed referendum
– wskazywał
na praktyczne, polityczne skutki
wejścia
w życie traktatu. I dobrze byłoby, bo przecież
nikt
nie jest bezbłędny, abyśmy przed referendum,
także
my, ludzie Platformy, wiedzieli czy może błądzimy,
sądząc,
że pozycja polityczna Polski osłabnie, jeśli
traktat
konstytucyjny wejdzie w życie. Chociaż jak
na
razie najprostsze rachunki wskazują na to, że jeśli
traktat
nie wejdzie, to pozycja Polski będzie silniejsza.
Mówię
o pozycji politycznej.
Chciałbym
na koniec odwołać się do słów pana ministra
– bo
tych nie zrozumiałem i wydają mi się one
niezwykle
istotne – dotyczących ewentualnej pozycji
Polski
jako lidera regionalnego. Usłyszałem, że Polska
nie
powinna aspirować do roli lidera regionalnego.
I
zabrzmiała mi tu fałszywa nuta. Znaczy, po pierwsze,
obiektywnie,
bez bufonady, ale obiektywnie Polska jest
liderem
regionalnym. Co więcej, w interesie Polski jest
nie
tylko to, żeby utrzymywać, ale i wzmacniać swoją
pozycję
także w polityce regionalnej w Unii Europejskiej.
I
zdaje się, że pan minister, ale także mój przedmówca
reprezentujący
SLD z dumą mówili o polskiej
roli
na Ukrainie w ostatnich wydarzeniach – roli klasycznego
lidera
w tych zdarzeniach.
Dlaczego
Polska ma redukować swoje znaczenie?
Dlaczego
nie mamy wreszcie uwierzyć we własne siły,
oczywiście
nie przeceniając ich? Dlaczego mielibyśmy
nie
uznać rzeczy tak naprawdę oczywistej – a także ci,
którzy
obserwują nas z zewnątrz – że Polska to jeden
z
największych narodów europejskich, że Polska to
klucz
do przyszłości tej części Europy, tego regionu,
że
Polska nie powinna przesadnie angażować swoich
wysiłków,
emocji w organizowanie takich instytucji
międzynarodowych,
które pięknie się nazywają, dają
pretekst
do wielu zjazdów, konferencji, ale nie są prawdziwą,
czasami
twardą, częściej przyjazną polityką?
Skoro
zgodzimy się z tezą wygłoszoną przez przedmówcę,
że
Europa to także teatr interesów, czasami
brutalnych,
że nic się nie zmieniło przez 2000 lat, to
powiedzmy
sobie dzisiaj, że Polskę stać na polityczną
wielkość,
w ramach naszych możliwości, która wymaga
pełnej
samodzielności, która wymaga poczucia
siły,
dumy narodowej, która wymaga także rzeczy najtrudniejszej
dzisiaj
– i to ostatnie zdanie – tego, abyśmy
przede
wszystkim mieli uzasadnione prawo czuć
się
dumni z własnego państwa. Nie odegramy roli, do
której
jesteśmy naturalnie predestynowani, nie osiągniemy
tego
wielkiego sukcesu wybicia się Polski
już
nie tylko na niepodległość, ale i na samodzielność
i
wielkie znaczenie w tej części świata, jeśli nie będziemy
odczuwali
dumy z własnego państwa. A dzisiaj nie
sposób
tej dumy odczuwać.
I
dlatego być może – a nie jest to oczywiście zadanie
pana
ministra Rotfelda – najtrudniejszą i najważniejszą
drogą
do sukcesu międzynarodowego jest droga, która
biegnie
przez Polskę. To jest przede wszystkim droga
walki
z szeroko pojętą korupcją i z nieudolnością, ze
słabym
państwem, z państwem zadłużonym. Jeśli uporamy
się
z naszymi wewnętrznymi problemami, co pozwoli
zbudować
prawdziwy, autentyczny status Polski,
także
ze względu na kryteria wewnętrzne, to będziemy
mogli
z dumą powiedzieć, że Polska wygrywa także
te
najważniejsze batalie o naszą pozycję międzynarodową.
Ale
to już jest temat na inne wystąpienie, to
już
jest pewnie temat na inny czas. Mam nadzieję, że
szczególnie
moi przyjaciele z Platformy Obywatelskiej
wierzą
w to, że ten czas bardzo, bardzo szybko nastąpi.
Dziękuję
bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu marszałkowi.
Proszę
o zabranie głosu pana marszałka Kazimierza
Ujazdowskiego
występującego w imieniu Klubu Parlamentarnego
Prawo
i Sprawiedliwość.
Poseł
Kazimierz Michał Ujazdowski:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
Rozmawiamy
w sytuacji, w której pojawia się pewna
trudność,
dlatego że właściwie mamy do czynienia
jednocześnie
ze sprawozdaniem z rocznej działalności
ministra
spraw zagranicznych – szerzej: z polskiej polityki
zagranicznej
– zaprezentowanym przez nowego
ministra,
który nie odpowiada za całokształt polityki
realizowanej
w roku ubiegłym i który w swoim przemówieniu
wyraził
także pewne idee, poglądy nieobecne
czy
też słabo obecne w dotychczasowej polityce
rządu.
Zresztą to są te akcenty, który sobie wysoko cenimy.
Chcę
też powiedzieć, że mamy wysokie zaufanie
do
pana ministra jako osoby i cenimy sobie doświadczenie
i
dorobek ekspercki. I bez względu na krytyczną
i
surową ocenę tego, co rząd robił w roku 2004, proszę
traktować
to jako kredyt zaufania.
Otóż
w naszym przekonaniu można mówić o jednym
wyraźnym
sukcesie polskiej polityki, sukcesie,
który
stał się udziałem byłego ministra i obecnego
ministra
pana Adama Rotfelda. To jest kwestia bardzo
wyraźnego
i jednoznacznego poparcia sił patriotycznych
i
niepodległościowych na Ukrainie. To jest kwestia
jednoznacznego
poparcia tego wielkiego wysiłku,
który
przejawił się na Ukrainie, wysiłku zbliżenia tego
kraju
do świata instytucji zachodnich. To jest jeden widoczny
sukces
i bardzo się cieszymy, że było to jednocześnie
przedmiotem
wielkiej akcji obywatelskiej,
powszechnego
w Polsce zrozumienia dla tego procesu
– dlatego
również, iż silna i związana z Zachodem
Ukraina
jest po prostu czynnikiem wzmacniającym
pozycję
Rzeczypospolitej i polskie bezpieczeństwo narodowe.
To
jest sukces.
Ale
w pozostałych kwestiach, a szczególnie w dwóch
najistotniejszych
kwestiach, w kwestii sojuszu ze Stanami
Zjednoczonymi
i w materii europejskiej mieliśmy
mnóstwo
wtórności, pasywności i niezdecydowania.
I
mam takie wrażenie, że przedstawiona informacja nie
dotyka
istoty rzeczy. Mianowicie Polska jest sojusznikiem
Stanów
Zjednoczonych i Prawo i Sprawiedliwość
traktuje
ten sojusz jako sojusz niekoniunkturalny,
który
powinien być trwały, powinien być umacniany.
Ale
nie możemy zapomnieć o tych wypowiedziach
i
tych deklaracjach, które robiły wrażenie bardzo chaotyczne,
przede
wszystkim o wypowiedziach pana
prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego w czasie
kampanii
wyborczej w Stanach Zjednoczonych, które
wskazywały
na pewną reorientację polityczną czy nawet
pewną
możliwość reorientacji politycznej, krótko
mówiąc,
na przeniesienie głównego punktu ciężkości
na
współpracę z Niemcami i Francją. To były wypowiedzi
nie
do końca poważne, za które prezydenta nie
można
w żadnym wypadku chwalić. Towarzyszyły
temu
dość późno wypowiedziane pretensje do naszego
amerykańskiego
partnera w kwestii gospodarczej
i
wizowej. W tych sprawach mamy absolutną rację, ale
to
jednak rząd i prezydent ponoszą odpowiedzialność
za
to, że nie były one bardzo wyraźnie postawione
w
pierwszej fazie zawiązania koalicji irackiej z udziałem
Rzeczypospolitej.
Lepiej byłoby, gdyby polskie
cele
definiowane były zawczasu.
Poza
tym uważamy, że Rzeczpospolita nie tylko powinna
wytrwać
w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi,
ale
i powinna ten sojusz umocnić oraz poszukiwać wyróżnionych
form
współpracy. I konkluzje pana ministra
Rotfelda
traktujemy jako konkluzje bardzo bliskie
w
tym zakresie stanowisku Prawa i Sprawiedliwości.
Mamy
nadzieję, że słowa będą odpowiadać czynom, że
za
tymi słowami będą szły czyny.
W
sprawie europejskiej w pierwszej połowie roku
2004
mieliśmy właściwie do czynienia z porzuceniem
stanowiska
polskiego w kwestii traktatu konstytucyjnego.
W
sprawozdaniu pochwalono się tym, iż Polska
ociepliła
relacje z Niemcami i z Francją. Być może
tak
dzieje się w rzeczy samej, ale to ocieplenie następuje
w
sytuacji całkowitego porzucenia dotychczasowego
stanowiska
Polski w sprawie traktatu konstytucyjnego
i
właściwie w sytuacji uchylenia sporu tam,
gdzie
spór powinien się toczyć, i tam, gdzie spór jest
oczywisty.
Chcę
również podziękować za te bardzo wyraźne
i
niewypowiadane dotychczas słowa w kwestii prawdy
historycznej
i w kwestii odpowiedzialności Niemiec
za
zbrodnie popełnione w czasie drugiej wojny światowej.
W
istocie gdyby te słowa były wypowiadane regularnie
i
z taką siłą stanowczości, to być może część
problemów
polsko-niemieckich nie byłaby aktualna.
Niemniej
jednak mam wrażenie, że mamy do czynienia
z
taką oto wersją polityki, w której rząd podąża dość
biernie
za wysiłkiem dyplomacji niemieckiej i francuskiej,
nie
definiując własnej wizji miejsca Rzeczypospolitej
w
Unii Europejskiej i roli Unii Europejskiej na
arenie
międzynarodowej. Tutaj oczekiwalibyśmy słów
bardzo
precyzyjnych i bardzo jasnych.
Polska
powinna traktować Wspólnotę Europejską
jako
drugi filar bezpieczeństwa Zachodu, jako związek
państw,
który będzie kooperował ze Stanami Zjednoczonymi,
i
to w każdej sprawie, także w kwestii bardzo
praktycznych
i ważnych decyzji. Polska nie powinna
na
przykład godzić się z głosami przemawiającymi
za
uchyleniem embarga na handel bronią z Chinami,
embarga,
które było właściwą i zrozumiałą reakcją Zachodu
na
politykę chińską i na łamanie praw człowieka
w
tym kraju. (Oklaski)
Ta
kwestia będzie szerzej rozwinięta przez pana
posła
Marka Jurka. Podaję ją jako przykład, dlatego
że
polityka polska stoi przed koniecznością systematycznego
dokonywania
bardzo trudnych wyborów.
Jeśli
chodzi o tęsknotę za pierwszym okresem po
1989
r., kiedy dostosowywanie się czy dochodzenie
do
instytucji świata zachodniego było głównym celem,
wokół
którego istniał konsensus różnych ugrupowań
politycznych,
to ta epoka minęła. Zresztą
typowym
modelem relacji międzynarodowych jest
trudny
wybór, a nie wygoda i jednokierunkowość
polityki
zagranicznej.
W
sprawie traktatu właściwie też mamy do czynienia
z
wycofaniem się z polskiego stanowiska i z czymś
bardziej
niebezpiecznym – z brakiem polskiego głosu
i
głosu polskiego rządu w sprawie przyszłości Unii Europejskiej.
Prawo
i Sprawiedliwość broni poglądu, iż
traktat
jest niekorzystny dla Polski, ale także jest ryzykowny
dla
całej Wspólnoty Europejskiej.
Traktat
uchyla konstytucyjny sprawdzian suwerenności
państw,
jakim jest nadrzędność konstytucji
narodowej
nad prawem europejskim; traktat wprowadza
zasadę
elastyczności, o której prezes Sądu Konstytucyjnego
Republiki
Federalnej Niemiec powiada,
iż
stanowi zagrożenie z punktu widzenia tradycyjnie
pojmowanej
suwerenności – no oczekiwalibyśmy tak
poważnej
dyskusji ze strony polskiego rządu; traktat
uchyla
mechanizm nicejski – i tutaj rzecz jest jasna:
my
dostajemy słabszy instrument uczestnictwa
w
Unii Europejskiej i perspektywę trudnego weta, tzn.
perspektywę
izolacji bądź szarpania się w sprawach,
w
których będziemy w mniejszości; wreszcie traktat
jest
też pewnym zamysłem centralistycznym, ryzykownym
z
punktu widzenia wolności gospodarczej
w
Polsce i rozwoju polskiej przedsiębiorczości, dlatego
że
pomysły, by wśród kompetencji i zadań różnych
znajdowała
się
również koordynacja polityki gospodarczej,
to
są pomysły, które wystawiają polską przedsiębiorczość
na
bardzo poważne ryzyko.
My,
będąc z punktu widzenia obecności Polski w Unii
Europejskiej
surowymi krytykami traktatu konstytucyjnego,
bronimy
nie tylko polskiej pozycji, ale także przyszłości
Europy,
bo Europa nie będzie silnym uczestnikiem
życia
międzynarodowego jako twór niepartnerski,
zdominowany
przez kraje, które zbyt często nie mają
poczucia
więzi transatlantyckiej, i jako kontynent centralistyczny,
przeładowany
pod względem socjalnym,
dławiący
wolność gospodarczą. My bronimy Europy
partnerskiej,
zachodniej, chrześcijańskiej i konkurencyjnej
i
jesteśmy przekonani, że bronimy Europy przyszłości
przeciwko
Europie defensywnej.
Pan
minister powiedział o apolityczności polityki
zagranicznej
i tutaj też chcielibyśmy pana ministra
trzymać
za słowo, dlatego że pomysł przeprowadzenia
referendum
wraz z wyborami parlamentarnymi, tak jak
chce
SdPl, czy prezydenckimi, tak jak chce SLD, to jest
pomysł
nieznany, powiedziałbym, w Unii Europejskiej
i
obniżający rangę takiej decyzji, jaką jest referendum.
Nie
znam przypadku, by w Unii Europejskiej przeprowadzono
referendum
wraz z wyborami wewnętrznymi.
To
jest potraktowanie tej kwestii...
(Poseł
Tadeusz Iwiński: Włochy, 11
referendów
było
razem.)
...instrumentalnie,
także najbliższe referenda w Europie
nie
będą połączone z wyborami wewnętrznymi.
Mamy
też zawinione, rażące błędy nie w tłumaczeniu
traktatu,
tylko w polskiej podpisanej wersji traktatu,
które
powinny być wcześniej usunięte. Pośpiech
w
tej sprawie jest bardzo złym doradcą. Ja nie wiem,
czy
on wpłynął na powstanie owych błędów, ale jeśli
ta
decyzja ma być potraktowana jako decyzja ważna,
strategiczna
na lata, to wymaga po prostu odrębnego
głosowania.
I
na koniec bardzo krótko: Polska polityka zagraniczna
jest
w stanie dekompozycji. Życzymy panu
ministrowi,
by zrealizował zasadę spójności polityki
zagranicznej.
Prowadzą ją różne instytucje. Minister
obrony
narodowej częstokroć zgłasza inicjatywy, które
we
wszystkich krajach dojrzałych może zgłosić tylko
minister
spraw zagranicznych – tak jak zaproszenie
Niemiec
do udziału w działaniach w Iraku. Służby
promocji
gospodarczej nie podlegają ministrowi spraw
zagranicznych.
Stąd idea ekonomizacji polityki zagranicznej
jest
ideą do zrealizowania, jest postulatem.
Samo
ministerstwo nie znajduje się w awangardzie
instytucji
nowoczesnych polskiego państwa. Mówię
to
jak najkrócej, bo chcę mówić bardzo skrótowo. To
są
rzeczy do zrobienia, wymagające dłuższego czasu.
Oczekiwalibyśmy
w tej kwestii realnego wysiłku
i
realnych skutków. Ale przede wszystkim polityka
polska
musi się przyzwyczaić do definiowania celów
i
ich realizowania w zmieniających się, częstokroć
niekorzystnych
warunkach, odejść od optyki dostosowawczej,
optyki
podążania za innymi, zrezygnować
z
tej wygody, w ramach której nie można osiągać celów
Rzeczypospolitej.
Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu marszałkowi.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Waldemara
Pawlaka
występującego w imieniu Klubu Parlamentarnego
Polskiego
Stronnictwa Ludowego.
Poseł
Waldemar Pawlak:
Panie
Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!
Klub
Polskiego Stronnictwa Ludowego odnosi się
z
uznaniem do zaprezentowanych przez ministra spraw
zagranicznych
pana prof. Adama Rotfelda priorytetów
polskiej
polityki zagranicznej. Doceniamy kompetentne
i
całościowe przedstawienie zagadnień.
W
rozumieniu Polskiego Stronnictwa Ludowego
głównym
celem polskiej polityki zagranicznej jest zapewnienie
godnego,
bezpiecznego miejsca w rodzinie
wolnych
narodów. Bezpieczeństwo jest, godne miejsce
możemy
zapewnić, budując partnerstwo dla rozwoju,
budując
swego rodzaju partnership for prosperity.
Sprawa
bezpieczeństwa została zapewniona poprzez
członkostwo
w NATO, członkostwo w NATO przed
członkostwem
w Unii Europejskiej. Jest to pewnego rodzaju
symbol
współczesnych procesów historycznych.
Stało
się to dzięki staraniom wielu rządów, bo wokół tej
sprawy
było porozumienie ponad podziałami, ale była
też
determinacja w polityce Stanów Zjednoczonych.
To
zdecydowane stanowisko USA za członkostwem
Polski
w NATO, niezależnie od problemów
technicznych,
organizacyjnych, jest tu, nad Wisłą, bardzo
cenione.
Tego sentymentu nie rozumieją politycy
w
krajach Unii Europejskiej, w Republice Federalnej
Niemiec
czy we Francji.
Dla
Polski i dla Polaków zapewnienie bezpieczeństwa
poprzez
NATO, a dopiero potem członkostwo
w
Unii Europejskiej na warunkach gorszych niż poprzednie
rozszerzenia
się odbywały, oznacza, że politycy
amerykańscy,
inspirowani także przez środowiska
Polonii,
lepiej chyba czują Polskę niż politycy Unii
Europejskiej.
Spoglądając
dziś na Polskę i na politykę zagraniczną,
proponujemy,
aby nieco zmienić hierarchię na liście
spraw
wymienionych przez pana ministra spraw
zagranicznych.
Na pierwsze miejsce przesunęlibyśmy
działania
sprzyjające rozwojowi Polski w wymiarze intelektualnym,
społecznym,
gospodarczym.
Poszukujmy
partnerów dla rozwoju. Kluczową rolę
mają
tu nasi sąsiedzi. Pierwsze miejsce zajmuje tu Unia
Europejska.
Współpraca gospodarcza z krajami Unii
Europejskiej
obejmuje około 3/4 naszej wymiany gospodarczej,
wymiany
handlowej.
Swoją
drogą pod adresem Stanów Zjednoczonych
też
można postawić pytanie, czy ten sentyment i dobrą
współpracę
polityczną uda się przełożyć na współpracę
gospodarczą,
czy będzie też możliwe, aby ta współpraca
polityczna
przełożyła się na relacje odczuwalne
przez
ludzi, bo sprawa wiz ma dla Polaków i symboliczny,
i
bardzo praktyczny wyraz.
Tu,
w Europie, potrzebujemy współpracy naszej
dyplomacji
z Polakami, którzy ruszają na podbój Unii
Europejskiej,
wsparcia dla przedsiębiorców, aby lepiej
mogli
zdobywać rynki europejskie, pomocy dla Polaków,
którzy
wyjeżdżają studiować, pracować, tak aby
dobrze
się czuli we wspólnej Europie.
Bardzo
ważne jest, abyśmy także poprzez działania
dyplomacji
wspierali możliwości pozyskania środków
z
programów europejskich, tak jak to rolnicy mówią
barwnie,
abyśmy się nauczyli „wyciskać brukselkę”.
Ważne
jest jednak, żeby nasza dyplomacja mogła też
uczestniczyć
aktywnie w kształtowaniu programów
i
projektów Unii Europejskiej.
W
tym miejscu warto odnieść się do traktatu konstytucyjnego,
bo
chyba nie ma potrzeby zagłębiać się
bardzo
w szczegóły. W ekspertyzie prof. Błażeja Wierzbowskiego,
sędziego
Trybunału Konstytucyjnego, mogliśmy
przeczytać,
że w zasadzie traktat konstytucyjny
powiela
rozwiązania przyjęte w Konstytucji Rzeczypospolitej
Polskiej
co do podstawowych wartości. Jest
pewnie
napisany trochę bardziej ogólnie, mniej precyzyjnie
i
przez to jest o wiele obszerniejszy. Ale to, co
Polacy
mają ocenić i rozstrzygnąć, to są właściwie dwa
dylematy.
Jaka jest siła Polski w Unii Europejskiej?
I
to się wiąże z naszymi możliwościami pozytywnego
wpływania
na Unię. Naszym zdaniem traktat z Nicei
daje
nam więcej głosów pozytywnych. Traktat konstytucyjny
wyznacza
nam bardziej rolę hamulcowego niż
kreatora.
I druga sprawa, którą Polacy też powinni ocenić
przy
traktacie konstytucyjnym, to relacje do naszej
suwerenności.
Czy poddając się tym rozwiązaniom,
które
określa traktat konstytucyjny dla Unii Europejskiej,
Polska
nie traci zbyt wiele ze swej suwerenności?
To
są – w naszym przekonaniu – dwa podstawowe
dylematy.
Dlatego też odnosimy się krytycznie do tego
traktatu,
bo wydaje nam się, że warto będzie do sprawy
wrócić,
kiedy zobaczymy, jak funkcjonuje system
nicejski.
Może bowiem okazać się, że ten system jest
całkiem
sprawny, jeśli chodzi o funkcjonowanie i zarządzanie
Unią
Europejską.
Na
zakończenie kilka krótkich odniesień, posłużę się
pewnymi
skrótami z uwagi na czas. Relacje z Niemcami
warto
też chyba przesunąć nieco wyżej w hierarchii, na
pewno
wyżej niż sprawy dotyczące Iraku. W relacjach
z
Niemcami – naszym zdaniem – mamy sytuację, która
wymknęła
się z uporządkowanych traktatowych ram.
Zdominowana
została przez sensacyjne informacje
w
mediach i radykalne wystąpienia niektórych ugrupowań.
W
naszej ocenie potrzeba poważnej inicjatywy
dyplomatycznej,
aby uporządkować sprawy z Niemcami.
Na
pewno o traktacie konstytucyjnym musimy mówić
dopiero
po zamknięciu choćby takich spraw, jak
problem
Konstytucji Republiki Federalnej Niemiec,
do
którego zresztą RFN zobowiązała się już dawno
odnieść,
bo w porozumieniu „2 plus 4”, a dotyczący
granic.
Wydaje się, że ta sprawa powinna być jednoznacznie
uregulowana.
Istotne jest, abyśmy powrócili
do
poważnej dyskusji z naszym najbliższym sąsiadem,
aby
dyplomacja i relacje polityczne wyprzedzały relacje
w
mediach.
Mówiąc
o sprawach europejskich, chciałbym się
też
odnieść do bardzo może szczegółowej, ale bliskiej
mi
sprawy – do problemów, które się ostatnio
pojawiły
i
z inicjatywy Polski zostały – myślę – rozsądnie
skorygowane.
Chodzi
o dyrektywę dotyczącą patentów na
oprogramowanie.
Dla rozwoju takiego kraju jak Polska
ważne
jest, aby patenty nie obejmowały wszystkich
elementów
związanych z technikami informacyjnymi,
bo
trudno będzie mówić o społeczeństwie informacyjnym,
o
rozwoju naszego kraju, jeśli będziemy musieli
kupować
bardzo dużo drogiego oprogramowania. I to
poddaję
pod rozwagę panu ministrowi spraw zagranicznych,
choć
pewnie inne resorty są wiodące w tym
zakresie.
Warto jednak, aby nie było tak, że Komisja
Europejska
z jednej strony wymierza karę jednemu
z
gigantów na rynku informatycznym, a z drugiej strony
daje
mu możliwość patentowania wszystkiego, co
się
rusza w komputerze.
Panie
Marszałku! Szanowni Państwo! Relacje ze
Wschodem.
Ważne tu będzie przede wszystkim rzeczowe
ułożenie
spraw z Rosją, bo o ile, dla pewnego
porównania,
ze Stanami Zjednoczonymi mamy bardzo
dobre
relacje polityczne, które się nie przekładają
na
wymianę gospodarczą, bo ona jest mniejsza niż
z
Rosją, to w przypadku Rosji mamy sporą wymianę
gospodarczą,
ale w relacjach politycznych mamy taką
sytuację,
że lewica ma stracha przed poważnym dialogiem
z
Rosją, żeby nie być posądzana… (Oklaski),
a
prawica z kolei stawia się bardzo mocno, tak jakbyśmy
mogli
Rosji podyktować wszelkie warunki. (Oklaski)
Potrzebne
jest rzeczowe postawienie tych relacji
ze
Wschodem. Rosja jest tu tym krajem największym,
ale
to samo dotyczy innych krajów.
Myślę,
że w wypadku Ukrainy mamy swego rodzaju
paradoks.
Polska zaangażowała się bardzo mocno,
ale
jeśli chodzi o wzajemność, jest trochę słabiej, bo
możemy
powiedzieć, że, symbolicznie, na liście miast,
które
pan prezydent Juszczenko będzie odwiedzał,
Warszawy
jeszcze nie ma. Sądzę, że warto, abyśmy ten
dialog
prowadzili też w sposób bardzo rzeczowy.
Niewątpliwie
nie sposób ominąć w tych relacjach
takiego
kraju, jak Chiny. Jest pewna bardzo ciekawa
inicjatywa,
może trochę poza głównym nurtem dyplomacji,
ale
warto, żeby także uzyskiwała wsparcie. Mam
na
myśli budowanie transkontynentalnego połączenia
kolejowego
z zachodnimi i północnymi regionami
Chin,
tak aby wykorzystać szeroki tor od północnych
prowincji
Chin przez terytorium Rosji i Ukrainy do
terytorium
Polski. Dzięki temu czas transportu wielu
towarów
do Unii Europejskiej skróciłby się z siedemdziesięciu
kilku
dni do czternastu dni. Sądzę, że Polska
w
takiej sytuacji też będzie odgrywała znaczną rolę,
jeśli
wziąć pod uwagę to, że Unia Europejska na Chiny
się
bardzo otwiera.
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Jeszcze raz z uznaniem
odnosząc
się do przedstawionych przez ministra
spraw
zagranicznych priorytetów polskiej polityki zagranicznej,
życzymy
panu ministrowi, aby potrafił pan
znajdować
partnerów, którzy będą się przyczyniali do
rozwoju
Polski, aby mógł pan budować partnerstwo
dla
rozwoju. Dziękuję. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Marka Borowskiego
występującego
w imieniu Klubu Parlamentarnego
Socjaldemokracji
Polskiej.
Poseł
Marek Borowski:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
Przysłuchując
się wystąpieniu pana ministra Rotfelda,
a
także wystąpieniom niektórych moich przedmówców,
stwierdziłem,
choć bez zaskoczenia, że wiele
tez
czy nawet sformułowań jest identycznych z tymi,
które
przygotowałem przed tym wystąpieniem i które
w
nim zawarłem. Mogłoby to sprawiać wrażenie plagiatu,
ale
doszedłem do wniosku, że nie będę dokonywał
żadnych
zmian, ponieważ tego rodzaju zbieżności,
tego
rodzaju identyczne sformułowania świadczą tylko
o
tym, iż o pewnych sprawach myślimy tak samo. A w
polityce
zagranicznej, tej specyficznej dziedzinie polityki,
jeśli
wielu ludzi, zwłaszcza z różnych ugrupowań,
myśli
tak samo, to tym lepiej dla kraju.
Rok
2005 to rok szczególny dla naszego kraju. Odbędą
się
wybory parlamentarne i prezydenckie. Politykę
zagraniczną
będą prowadziły po sobie dwa kolejne
rządy.
Jest sprawą najwyższej wagi, aby główne linie
i
kierunki polskiej polityki zagranicznej nie uległy
zachwianiu,
aby proces umacniania pozycji Polski w
świecie,
który niewątpliwie dokonywał się w 2004 r.,
był
kontynuowany.
Wiele
ważnych zadań stoi przed polską dyplomacją
w
2005 r. Mówił o nich szczegółowo pan minister Rotfeld.
Przemawiając
w imieniu SdPl, chciałbym przedstawić
nasze
stanowisko w sprawach, które uważamy
za
kluczowe dla narodowego interesu Polaków.
Do
głównych zadań polskiej polityki zagranicznej
w
2005 r. zaliczamy:
— umocnienie
naszej pozycji w Unii Europejskiej,
w
tym wypracowanie unijnej polityki wschodniej,
— działanie
na rzecz umocnienia stosunków transatlantyckich,
— doprowadzenie
do opuszczenia bądź zmiany
charakteru
obecności wojsk polskich w Iraku,
— wykorzystanie
dobrego klimatu w stosunkach
z
Ukrainą dla rozbudowy wzajemnej współpracy.
Dyskutując
o tych wszystkich sprawach, powinniśmy
brać
pod uwagę, że polska polityka zagraniczna
wkroczyła
już nie tylko na salony, ale nawet pod
strzechy.
Tego nie było od lat. W polskich domach
dyskutuje
się już nie tylko o cenach, nieobyczajnych
zachowaniach
posłów, komisjach śledczych i różnych
mniej
czy bardziej sensownych pomysłach rządu, ale
także
o tym, czy bliższa jest nam Europa, czy Stany
Zjednoczone,
co powiedział Chirac, a co Borrell, czy
Unia
Europejska daje, czy zabiera, a także po co i jak
długo
jeszcze będziemy w Iraku. Wielu Polaków żywo
interesuje
się przebiegiem zdarzeń na Ukrainie, wielu
wyraża
swój niepokój stanem stosunków
polsko-rosyjskich.
Możemy
i powinniśmy z tego zainteresowania
się
cieszyć.
Dziś,
w czasach wszechobecnej globalizacji, gdy
nie
ma barier między krajami ani dla kontaktów międzyludzkich,
ani
niestety dla terrorystów i organizacji
przestępczych,
a jednocześnie, gdy gospodarki wszystkich
krajów
są ze sobą ściśle powiązane, nie ma już
miejsca
dla prowadzenia polityki z gatunku „moja chata
z
kraja”. W szczególności dotyczy to Polski, którą
szczególne
położenie geograficzne i narodowe ambicje
lokują
w grupie tych państw, dla których sensowna
i
aktywna polityka zagraniczna ma ogromne znaczenie
dla
stosunków wewnętrznych, dla rozwoju gospodarczego
i
społecznego kraju.
Przed
rokiem 1989 polska polityka zagraniczna nie
była
suwerenna, nie mogła więc interesować praktycznie
nikogo.
Po 1989 r. przez dobrych kilka lat jej cele
były
tak oczywiste, że stanowiła przedmiot konsensusu
narodowego
i partyjnego, a więc także nie prowokowała
do
wielkich dyskusji. Dopiero od momentu, gdy cele
te
zostały osiągnięte, sytuacja zmieniła się radykalnie.
Dlaczego
tak się stało? Otóż dlatego, że po zrealizowaniu
głównych
celów, jakimi było wejście do NATO
i
do Unii Europejskiej, Polska awansowała, z roli statysty
przeszła
na etat aktora. Nie jesteśmy może aktorem
pierwszoplanowym,
ale figurujemy na afiszu i z nami
sztuka
jest lepsza niż bez nas.
(Głos
z sali: Dobrego aktora.)
To
wejście do gry ma jednak swoje konsekwencje.
Zaczynamy
nareszcie wywierać wpływ na bieg wydarzeń
na
świecie. Zawsze o tym marzyliśmy, ale nie do
końca
zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie tylko splendor,
ale
też przede wszystkim wielka odpowiedzialność.
Ze
swej postawy i działalności trzeba bowiem
zdawać
sprawę nie tylko przed Polakami, ale i przed
znacznie
mniej wyrozumiałą międzynarodową opinią
publiczną.
Broniąc
swoich interesów narodowych, musimy pamiętać,
że
inni też mają do takiej obrony prawo, a zatem
że
konsensus jest naturalnym sposobem uprawiania
polityki
zagranicznej, a nie zdradą, jak to nierzadko
słyszymy
z ust niektórych zacietrzewionych polityków
(Oklaski),
że nieustępliwość w obronie własnych racji
tylko
do pewnego momentu jest godną pochwały
pryncypialnością,
ale po przekroczeniu przysłowiowej
cienkiej
czerwonej linii zamienia się w ośli upór, szkodliwy
dla
interesów kraju i obywateli.
Taki
właśnie charakter ma nasza polska dyskusja
o
konstytucji europejskiej. Nie chodzi oczywiście
tylko
o samą konstytucję, ale o miejsce i rolę Polski
w
Unii Europejskiej. Oto pierwsze z wielkich wyzwań,
jakie
stoją przed polską polityką zagraniczną, ba, przed
polską
polityką w ogóle. Przeżywaliśmy i nadal przeżywamy
3
najważniejsze lata, które można oznaczyć
kryptonimem
„3A”: rok 2003 – rok akceptacji, rok
2004
– rok akcesji, wreszcie rok 2005 – rok adaptacji.
Musimy
jak najszybciej nauczyć się dyskutować o naszych
wzajemnych
relacjach z Unią Europejską, dokonywać
w
tym zakresie stosownych ocen i analiz.
SdPl
postuluje ustanowienie na bazie proponowanego
Narodowego
Centrum Studiów Strategicznych
instytucję
niezależnej od rządu i presji politycznych
Krajowej
Rady Europejskiej (Oklaski)
celem prowadzenia
debat
o stanie realizacji celów Narodowego
Planu
Rozwoju oraz efektywności bieżącego wykorzystania
funduszy
europejskich i krajowych dla tych
celów.
Krajowa Rada Europejska współpracowałaby
w
kraju z resortami rządowymi, komisjami sejmowymi,
środowiskami
naukowymi i eksperckimi, instytucjami
samorządu
terytorialnego i gospodarczego, związkami
zawodowymi
i organizacjami pozarządowymi. Impuls,
można
powiedzieć, inaugurację takiego właśnie działania
oglądaliśmy
wczoraj na Zamku Królewskim z inicjatywy
prezydenta,
ale przecież prezydent nie może
być
stale organizatorem tego rodzaju dyskusji, dlatego
potrzebne
jest właśnie takie ciało jak Krajowa Rada
Europejska.
Musimy
zaadaptować nasze krajowe struktury do
wszystkich
możliwości, które stwarza Unia – to oczywiście
zadanie
polityki wewnętrznej – ale musimy także
rozepchać
się nieco w samej Unii, dotrzeć do miejsca,
gdzie
powstają koncepcje, i brać udział w procesie
decyzyjnym.
Jeśli się nam nie uda, skażemy się na wykonywanie
tego,
co wymyślą inni.
Polska
ma odpowiedni potencjał ludnościowy, kulturowy
i
rozwojowy, aby aspirować do roli jednego
z
rozgrywających. Nasi politycy muszą jednak zrozumieć
– oczywiście
mówię do tych, którzy tego nie rozumieją
– że
nie ma niczego na piękne oczy, żeby wziąć,
trzeba
także coś z siebie dać. (Oklaski)
Historia
Europy powojennej to historia stopniowego
jednoczenia
i integracji. Konstytucja europejska
jest
kolejnym krokiem na tej drodze i w tej sztafecie
pokoleń.
Trzeba pamiętać, że daleko już odeszliśmy
od
sześciopaństwowej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.
Dziś
jest to 25, a jutro będzie 28 krajów.
Taką
strukturą nie da się kierować po staremu. Traktat
porządkuje
tę kwestię.
Pan
marszałek Donald Tusk pytał tutaj, zwracał się
z
apelem, aby powiedzieć, w czym Polska będzie miała
się
lepiej po przyjęciu konstytucji. Żeby odpowiedzieć
mu
na to pytanie, żeby wyjaśnić to przeciętnemu Polakowi,
to
trzeba zaznaczyć, że podejście, które zaprezentował
tutaj
przed nami, jest całkowicie połowiczne,
bowiem
z jednej strony chodzi o to, ile bezpośrednio
jako
kraj skorzystamy na tym, ale z drugiej strony
trzeba
pamiętać o tym, że weszliśmy do Unii Europejskiej
po
coś. Weszliśmy, bo uznaliśmy, że integracja
europejska,
ujednolicanie prawa, Wspólna Polityka
Zagraniczna
i Bezpieczeństwa, krótko mówiąc, wspólne
działania
na wielu odcinkach, to jest to, co będzie
dobre
dla Europy i Polski. A zatem to, co jest dobre dla
Europy,
jest także dobre dla Polski. (Oklaski)
Po
pierwsze, traktat rozdziela kompetencje Unii
i
państw członkowskich, określa rodzaje europejskich
decyzji,
upraszcza tryb ich podejmowania. Nie daje
żadnych
podstaw do obaw o dominację jednych nad
drugimi.
Przeciwnie, umacnia konsensus jako metodę
podejmowania
decyzji.
Po
drugie, zwiększa możliwości prowadzenia Wspólnej
Polityki
Zagranicznej i Bezpieczeństwa. SdPl opowiada
się
za taką polityką z wielu powodów, o których
powiem
jeszcze przy okazji omawiania stosunków
transatlantyckich
– tu chciałbym wymienić tylko jeden.
Chodzi
o stosunki Polski z jej wschodnimi sąsiadami,
a
zwłaszcza o stosunki polsko-rosyjskie. Wielu mówców
odnosiło
się do tego. Polska nie jest w stanie samodzielnie
prowadzić
skutecznej polityki wschodniej.
Rosja
wykazuje stałą tendencję do pomijania Polski
w
swoich rachubach politycznych i gospodarczych, do
rozmawiania
ponad naszymi głowami z zachodnioeuropejskimi
partnerami.
Nie szczędzi nam mniejszych
i
większych złośliwości, a także przejawów lekceważenia.
Czasami
zdarzają się działania niebezpieczne,
jak
słynne zakręcenie kurka z gazem.
(Głos
z sali: I z ropą!)
Mamy
za mało możliwości, aby się temu przeciwstawić
w
pojedynkę. Tylko wspólna polityka zagraniczna
Unii
Europejskiej, w tym polityka wschodnia,
stwarza
nam szansę, po pierwsze, na współkształtowanie
stosunków
Unia – Wschód, a po drugie, na skuteczniejsze
reprezentowanie
naszych interesów w stosunkach
z
Rosją. Konieczność prowadzenia wspólnej
polityki
zagranicznej znakomicie potwierdziły wydarzenia
na
Ukrainie, kiedy mimo naszego ogromnego
zaangażowania
bez włączenia się do akcji Unii, to
jest
zresztą także naszą zasługą, sprawy mogły potoczyć
się
zupełnie inaczej, a negatywne konsekwencje
przede
wszystkim odczulibyśmy właśnie my jako państwo
sąsiadujące.
Wróćmy
jednak na chwilę do Rosji. Nie pozwalając
jeździć
sobie po głowie, podkreślam, nie pozwalając
jeździć
sobie po głowie, nie musimy dodatkowo
szarpać
niedźwiedzia za wąsy. Ciągłe podkreślanie, że
jedynym
celem Rosji jest działanie na szkodę Polski,
że
każdy kapitał rosyjski ma korzenie mafijne, a każdy
znaczniejszy
Rosjanin to kolejne wydanie Ałganowa
i
kontakt z nim prowadzi wprost przed oblicze
komisji
śledczej być może zaspokaja czyjąś potrzebę
brylowania
w mediach, ale w stosunkach z Rosją na
pewno
nie pomaga. (Oklaski)
Szanując siebie, szanujmy
też
partnera.
Po
trzecie, dzięki traktatowi konstytucyjnemu maleje
tzw.
deficyt demokratyczny w Europie, gdyż wzrasta
rola
parlamentów narodowych w opracowywaniu
nowych
praw europejskich. Nasz Sejm po prostu będzie
miał
więcej do powiedzenia niż obecnie. Trzeba
więc
ten traktat przyjąć, a jeśli tak, to na co czekać?
Nie
rozumiem kunktatorskiej postawy ugrupowań podobno
proeuropejskich,
a zwłaszcza Platformy Obywatelskiej,
które
chcą odwlec referendum w nadziei,
że
kto inny odrzuci traktat wcześniej. Jednocześnie
panowie
przewodniczący Rokita i Tusk stwierdzają, że
gdyby
wszyscy przed nami traktat przyjęli, to i my powinniśmy
go
przyjąć. To już nie jest stanie w rozkroku.
(Oklaski)
Donald
Tusk prosił, żeby unikać złośliwości. Staram
się,
staram się. Debata ma jednak swoje prawa
i
proszę potraktować to jako złośliwość serdeczną,
która
zmierza do tego, abyście zeszli z błędnej drogi.
(Oklaski,
wesołość na sali)
Otóż
to nie jest już stanie w rozkroku, to jakaś przedziwna
figura
akrobatyczna, którą Aleksander Kwaśniewski
określił
niegdyś jako „stójka na dwunastnicy”.
(Wesołość
na sali) Nie bardzo
wiadomo, co to za
figura,
chcę jasno powiedzieć, ale widać, że wyjątkowo pokręcona.
Oczywiście
jest wytłumaczenie dla tej
postawy,
tyle że dla Platformy Obywatelskiej niezbyt
łatwe
do zaprezentowania. Platforma nie wie po prostu
jak
wywikłać się z populistycznego hasła wzniesionego
przez
przewodniczącego Rokitę: Nicea albo śmierć.
Wymyślono
więc, że najlepiej schować się za innymi.
Może
traktat odrzuci Dania, a może Wielka Brytania,
i
wtedy nie trzeba będzie się wstydzić za swoje zachowanie.
Problem
w tym, że takie postępowanie w istocie
rzeczy
zwiększa ryzyko, że traktat w końcu nie wejdzie
w
życie. Niech się koledzy z Platformy Obywatelskiej
nie
obrażą, ale to są podwórkowe gry i zabawy, niegodne
poważnej
partii i jej kandydatów na premiera i na
prezydenta.
(Oklaski)
Nieprzyjęcie
traktatu nie spowoduje bynajmniej
nowych
negocjacji, o których mówią liderzy Platformy
Obywatelskiej,
w trakcie których Polska dostanie
to,
co chce, ale prawie na pewno wywoła wewnętrzny
kryzys
w Unii. Większość państw, z Francją i Niemcami
na
czele, odkurzy koncepcję Europy dwóch prędkości
i
doprowadzi do utworzenia tzw. twardego rdzenia
integrującego
się szybciej niż inni. Będzie to musiało
osłabić
więzi wspólnotowe, a zwłaszcza tak ważną dla
Polski
zasadę solidarności. Jest to więc plan nie tylko
kunktatorski,
ale i szkodliwy dla naszych narodowych
interesów.
Apeluję
do odpowiedzialnych polityków, zarówno
z
prawej, jak i z lewej strony, zarówno zasiadających
w
parlamencie, jak i działających poza Sejmem, do organizacji
pozarządowych,
które tak chlubnie zapisały
się
przed referendum akcesyjnym, o połączenie wysiłków
i
stworzenie ruchu na rzecz referendum i ratyfikacji
traktatu
konstytucyjnego w 2005 r. Naszym hasłem
powinno
być: Konstytucja – teraz! Mamy prawo głosu.
Polacy
nie po to przez wiele lat dobijali się o prawo
głosu
w sprawach europejskich, aby teraz z niego nie
korzystać
i oglądać się na innych.
SdPl
uważa, że jeżeli mamy szansę znaleźć się w grupie
tych
krajów, które dyktują tempo integracji, to trzeba
tę
szansę wykorzystać. Tak więc pierwszy ważny cel:
umocnienie
pozycji Polski w Unii Europejskiej wymaga
naszej
aktywności w kwestii traktatu konstytucyjnego.
Zwlekanie
czy wręcz odrzucania traktatu nie będzie
sprzyjać
realizacji tego zadania.
Rzecz
jasna, silna pozycja Polski w Unii nie zależy
tylko
od tej kwestii. Musimy być także aktywni na innych
polach,
a że jest to właściwa droga, pokazał przykład
ukraiński.
Z
uznaniem odnotowujemy również starania naszej
dyplomacji,
znajdujące zresztą odzew drugiej strony,
o
poprawienie i zacieśnienie stosunków z Niemcami
i
Francją. Trudne sprawy z historii stosunków polsko-
-niemieckich,
które niespodziewanie i nie z naszej
winy
pojawiły się na porządku dnia, powinniśmy rozwiązywać
w
dialogu i z zaufaniem do intencji drugiej
strony,
broniąc jednakże twardo naszych racji.
Po
okresie napięć spowodowanych iskrzeniem na
linii
Europa – Stany Zjednoczone nasze stosunku powracają
do
bardzo dobrego poziomu, co daje szansę na
ożywienie
trójkąta weimarskiego. Warto o to zabiegać.
W
ten sposób doszliśmy do drugiego ważnego zadania
polskiej
polityki zagranicznej, jakim jest działanie
na
rzecz poprawy i umocnienia stosunków transatlantyckich.
Jako
odpowiedzialny i aktywny sojusznik
Stanów
Zjednoczonych, a jednocześnie kraj silnie
osadzony
w Europie, powiązany z nią tysiącami nici,
źle
czujemy się w sytuacji, gdy stawia się nas przed
dylematem:
z Unią czy z USA? Dlatego, na miarę naszych
możliwości,
powinniśmy wspomagać wszystko
to,
co umocni wspólnotę transatlantycką. Oznacza to
jednak
także konieczność mówienia gorzkich prawd
prosto
w oczy. Niektórym krajom europejskim trzeba
powiedzieć,
że antyamerykanizm to postawa zarówno
szkodliwa,
jak i niesłuszna, zwłaszcza gdy jednocześnie
oczekuje
się, że to właśnie Stany Zjednoczone
powinny
brać na siebie największe ciężary związane
z
zapewnieniem bezpieczeństwa światowego, a często
i
regionalnego, a zdarzało się, że i pod naszym bokiem
w
Europie.
Naszych
amerykańskich przyjaciół z kolei powinniśmy
przekonywać,
że nie jest tak, iż niewdzięczna
Europa
nie rozumie Ameryki i jej problemów. Przecież
po
ataku terrorystycznym na Nowy Jork Europa okazała
daleko
idącą solidarność z Ameryką, czego dowody
dała
i nadal daje w Afganistanie. Napięcia powstały
po
amerykańskich decyzjach dotyczących Iraku. Sedno
tego
problemu trafnie ujął Zbigniew Brzeziński
w
tytule swojej ostatniej książki „Wybór. Dominacja
czy
przywództwo” – krótko i celnie. Przechył w
kierunku
dominacji
już doprowadził i będzie prowadził do
napięć
i szkód w stosunkach transatlantyckich. Przywództwo
natomiast
wymaga stałego dialogu z głównymi
sojusznikami
co do oceny danej sytuacji oraz
adekwatnych
działań. W przypadku Iraku tego dialogu
było
zdecydowanie za mało. Odbiło się to negatywnie
na
przebiegu procesów stabilizacyjnych w tym kraju
i
nadal tę stabilizację utrudnia. W sposób oczywisty
określone
koszty braku tego dialogu poniósł i ponosi
także
nasz kraj jako sojusznik Stanów Zjednoczonych.
Przygotowywana
podróż Busha do Europy i pozytywne
sygnały
wysyłane przez Francję i Niemcy dają nadzieję,
że
wzajemne stosunki wrócą do normy. Polska
może
się z tego tylko cieszyć. Europa bardzo potrzebuje
wspólnej
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.
Stanie
się wtedy mocniejszym i bardziej przydatnym
partnerem
dla Stanów Zjednoczonych, a właśnie otwierają
się
nowe możliwości wspólnego działania Europy
i
Ameryki na Bliskim Wschodzie, gdzie po zmianie
przywództwa
w Palestynie i powstaniu koalicyjnego
rządu
w Izraelu pojawiła się szansa na stopniową normalizację.
Z
punktu widzenia bezpieczeństwa światowego
nie
ma ważniejszego zadania niż uśmierzenie tej
wiecznej,
zdawałoby się, wojny. Polska, mając dobre
stosunki
z obiema stronami konfliktu, może także odegrać
swoją
rolę.
Pan
marszałek pozwoli, troszeczkę przedłużę.
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Proszę.
Poseł
Marek Borowski:
Dziękuję.
Trzecim
ważnym celem, jaki powinien zostać zrealizowany
w
2005 r., jest wycofanie albo zmiana charakteru
obecności
polskich wojsk w Iraku. (Oklaski)
Polska
odpowiedziała pozytywnie na apel Stanów Zjednoczonych
o
pomoc i współdziałanie w zlikwidowaniu
zagrożenia,
jakie niósł ze sobą zbrodniczy reżim Saddama
Husajna.
Polscy żołnierze po raz pierwszy na tak
wielką
skalę wzięli udział w misji stabilizacyjnej poza
granicami
kraju. Zadeklarowanymi celami tej misji było
zapewnienie
porządku i bezpieczeństwa Irakijczykom,
pomoc
w odbudowie kraju, przekazanie władzy w ręce
narodu
irackiego. To słuszne i godne cele. Niestety, po
półtorarocznym
pobycie polskich wojsk w Iraku cele
te
nie zostały jeszcze zrealizowane. Warunki, w jakich
przychodzi
działać żołnierzom międzynarodowego kontyngentu,
są
radykalnie odmienne od zakładanych. Nasi
żołnierze
spisują się w tych warunkach znakomicie,
wykazując
odwagę, odpowiedzialność i profesjonalizm.
Robiono
to już wielokrotnie, ale myślę, że jeszcze raz
warto
podziękować i przekazać wyrazy uznania wszystkim,
którzy
pełnili lub pełnią służbę w Iraku. Nie zmienia
to
faktu, że nie tak wyobrażaliśmy sobie misję stabilizacyjną
naszych
żołnierzy. Pytania o jej sens, długość
trwania
i warunki zakończenia nie są bezzasadne. Wszyscy
czekamy
na irackie wybory. Istnieje spora szansa,
że
za niespełna dwa tygodnie, mimo zamachów terrorystycznych
i
niesnasek wewnętrznych, Irakijczycy wyłonią
wreszcie
władzę pochodzącą z wyboru. W takim
przypadku,
naszym zdaniem, formuła dalszej obecności
obcych
wojsk w Iraku musi zostać uzależniona od woli
rządu
irackiego. Trzeba także podjąć próbę poszerzenia
koalicji
stanowiącej wsparcie dla odbudowy i stabilizacji
Iraku.
Decyzja polskiego rządu w tej sprawie powinna
zostać
podjęta po konsultacji z Sejmem. Z lekcji irackiej
trzeba
także wyciągnąć liczne wnioski. Jeden z nich
to
taki, że Polska jako członek ONZ, Unii Europejskiej
i
NATO powinna brać udział w akcjach wojskowych
poza
granicami naszego kraju tylko w ramach i z upoważnienia
jednej
z wymienionych organizacji. Motywowane
terrorystycznym
zagrożeniem oraz osiami zła
działania
jednostronne nie stwarzają bowiem wielkich
szans
na stabilne, zrównoważone i sprawiedliwe rozwiązania.
Z
Iraku wróćmy teraz na grunt europejski. Czwarte
zadanie
polskiej polityki zagranicznej (ale i krajowej)
to
wykorzystanie bardzo dobrego klimatu w stosunkach
z
Ukrainą dla zacieśnienia wzajemnych więzi,
zwłaszcza
gospodarczych. Wiele tu o tym mówiono,
skupię
się tylko na jednej sprawie. Szybko rozwijająca
się
gospodarka 50-milionowej Ukrainy to wielka szansa
dla
naszych przedsiębiorców, i to na długie lata. Polska
powinna
oczywiście w dalszym ciągu pełnić rolę
adwokata
Ukrainy, zwłaszcza w Unii Europejskiej.
Rezolucja
Parlamentu Europejskiego wzywająca do
stworzenia
Ukrainie europejskiej perspektywy stwarza
Polsce
nowe możliwości działania. Pożądane byłoby,
aby
Unia przeznaczyła pewne kwoty na wsparcie finansowe
dla
Ukrainy, na staże, studia i wyjazdy szkoleniowe
dla
ukraińskiej młodzieży, zwłaszcza z regionów
wschodnich.
W naszym Narodowym Planie Rozwoju
warto
umieścić budowę '64obrych połączeń drogowych
i
kolejowych z Kijowem, bo takowych nie ma.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Tych kilka tematów
– Unia
Europejska, Stany Zjednoczone, Rosja, Irak,
Ukraina
– nie wyczerpuje oczywiście bogatej problematyki
polskiej
polityki zagranicznej. Z konieczności
pominąłem
tak istotne kwestie, jak stosunki z krajami
Azji,
Afryki, Ameryki Łacińskiej, kontakty z Polonią,
czy
bardzo ważną problematykę reformy ONZ. O tym
wszystkim
pan minister mówił i jest tu pełna zgodność
z
tym, co pan minister przedstawił. O jednej tylko sprawie
chciałbym
jeszcze krótko powiedzieć słów kilka,
a
mianowicie o tzw. ekonomizacji polskiej polityki zagranicznej.
Od
wielu lat słyszymy słuszne wywody, że
minął
już czas dyplomacji frakowej czy tajnej, że rządy
krajów
lepiej od nas rozwiniętych od swoich ambasadorów
oczekują
przede wszystkim wspierania ekspansji
gospodarczej
swoich przedsiębiorców na obcy rynek
i
że tak właśnie powinno być u nas, ale niestety nie
jest.
Padają pomysły, aby ambasadorów rozliczać nie z
liczby
depesz i clarisów, ale z tempa wzrostu naszego
eksportu
do kraju, w którym tenże ambasador reprezentuje
Polskę.
To wszystko jest bardzo słuszne i nawet da
się
zrealizować, wszakże pod jednym warunkiem, że
damy
ambasadorom instrumenty do takiej działalności.
Tymczasem
od wielu lat trwa chocholi taniec wokół biur
radców
handlowych albo wydziałów ekonomiczno-handlowych,
różnie
się te komórki nazywały, ale łączy je
od
lat jedno: ani ambasador, ani minister spraw zagranicznych
nie
dysponują ich personelem. Tę prerogatywę
ma
ministerstwo gospodarki. Jest to wyjątkowo długo
utrzymujący
się relikt odległej przeszłości i jak dotąd,
nie
udało się tego zmienić. Apeluję do pana premiera
Belki,
aby wykazał w tej kwestii odwagę i konsekwencję
i
wreszcie zlikwidował ten szkodliwy dualizm. (Oklaski)
To
się jeszcze nikomu nie udało. Pan premier może być
pierwszy
i w ten sposób przejść do historii.
Wysoka
Izbo! Socjaldemokracja Polska dobrze
ocenia
polską politykę zagraniczną w 2004 r. i z aprobatą
przyjmuje
przedstawione przez ministra Rotfelda
kierunki
tej polityki na rok 2005. Do tej oceny dołączamy
nasze
przemyślenia i sugestie z nadzieją, że zostaną
one
pozytywnie przyjęte.
Rok
2005 to nie tylko rok podwójnych wyborów; na
ten
rok przypada 60-lecie zakończenia II wojny światowej
i
25-lecie porozumień sierpniowych. Na tle tych
dat
widać wyraźnie, jak daleką i trudną drogę przeszliśmy
– drogę
ku lepszemu. Postarajmy się, aby w wirze
przedwyborczych
walk i emocji nie zgubić tego, co
w
polityce zagranicznej każdego kraju najważniejsze:
porozumienia
ponad podziałami. Dziękuję. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu marszałkowi.
Proszę
o zabranie głosu panią poseł Wandę Łyżwińską
występującą
w imieniu Klubu Parlamentarnego
Samoobrona.
Poseł
Wanda Łyżwińska:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
W
imieniu Klubu Parlamentarnego Samoobrona Rzeczypospolitej
Polskiej
mam zaszczyt przedstawić stanowisko
w
sprawie informacji ministra spraw zagranicznych
o
zadaniach polskiej polityki zagranicznej.
Tradycyjnie
już każdego roku w styczniu omawiamy
w
Sejmie politykę zagraniczną i oceniamy przedłożone
przez
rząd założenia tej polityki na rok bieżący.
Słuszna
jest wygłoszona tu opinia, że polityka zagraniczna
państwa
powinna być oparta na polskiej racji
stanu.
Powinna ona stawiać sobie za cel rozwijanie jak
najkorzystniejszych
dla Polski wszechstronnych kontaktów
z
partnerami zewnętrznymi. Niestety, z każdym
rokiem
coraz trudniej jest utrzymać konsensus jeśli
chodzi
o reprezentowane w Sejmie stanowiska odnośnie
do
węzłowych spraw związanych ze stosunkami
zewnętrznymi.
Świadczy to o pogłębiających się rozbieżnościach
w
ocenach, a także o odmiennym rozumieniu
i
definiowaniu polskiej racji stanu.
Z
uwagą wysłuchałam prezentacji wygłoszonej
przez
nowego ministra spraw zagranicznych pana prof.
Adama
Rotfelda, pamiętając, że dyplomacja jest sztuką
wymagającą
szczególnych predyspozycji i umiejętności
od
osób w nią zaangażowanych. Trzeba przyznać,
że
pan minister spełnia te wymogi kwalifikacyjne. Pan
minister
zapowiedział kontynuowanie polityki swego
poprzednika
w zasadniczych sprawach merytorycznych,
przy
jednoczesnym wprowadzaniu zmian organizacyjno-
technicznych.
Można więc założyć, że w
kwestiach
zasadniczych wszystko będzie się toczyć,
jak
dotychczas, i nadal nie będzie możliwy konsensus,
a
różne ugrupowania polityczne wciąż będą odmiennie
akcentowały
poszczególne fragmenty polskiej polityki
zagranicznej.
Wszystko tak się dzieje – wbrew zapewnieniom
byłego
ministra Cimoszewicza o istnieniu
solidnego
i trwałego konsensusu wewnętrznego odnośnie
do
strategicznych celów polityki zagranicznej III
Rzeczypospolitej
– dlatego że prowadzona przez rząd
polityka
nie ma poparcia większości społeczeństwa.
Rozbieżności
jeśli chodzi o udział polskich jednostek
wojskowych
w konflikcie w Iraku są tego ewidentnym
dowodem.
Samoobrona
Rzeczypospolitej Polskiej jest jedną z
czołowych
sił politycznych w Polsce, zdolną do przejęcia
władzy
i pokierowania odpowiedzialnie sprawami
państwa.
Wychodząc z tych założeń, chciałabym odnieść
się
pokrótce do węzłowych problemów naszej
polityki
zagranicznej.
Trzeba
uwzględnić, że Polska ma korzystną pozycję
geopolityczną.
Spełniamy dziś w Europie rolę pomostu
współpracy,
a nie, jak to było do niedawna, przedmurza
przyjmującego
pierwsze ciosy. Mamy zupełnie nowych
sąsiadów
na wszystkich granicach, mamy możliwość
ułożenia
z każdym z nich poprawnych i przyjaznych
stosunków.
Po wstąpieniu do NATO i Unii Europejskiej
jako
kraj średni naszego kontynentu mamy szansę
stać
się znaczącym partnerem w rodzinie krajów europejskich.
Dlatego
jedną z czołowych zasad polskiej
polityki
zagranicznej powinno być szukanie przyjaciół
przede
wszystkim blisko. Nie znaczy to, że nie mamy
i
nie powinniśmy mieć przyjaciół daleko. Mamy i takich,
i
takich, również w Stanach Zjednoczonych,
i
przyjaźń ta wielokrotnie się sprawdziła, chociaż przy
okazji
pełnego wsparcia udzielonego Stanom Zjednoczonym
przez
Polskę w konflikcie irackim przyjaźń ta
okazała
się bardzo szorstka.
Chciałabym
w tym kontekście poruszyć sprawę
wycofania
polskiego kontyngentu wojskowego z Iraku.
Domaga
się tego ponad 70% polskiego społeczeństwa.
Nie
można tego ignorować i utrzymywać, że nasza polityka
zagraniczna
cieszy się, jak napisał w czerwcu
ub.
r. minister Cimoszewicz, silnym poparciem społeczeństwa,
bo
tak nie jest.
Uwzględniając
rzeczywiste nastroje społeczne, Samoobrona
Rzeczypospolitej
Polskiej przedłożyła w Sejmie
i
w Senacie projekt uchwały w sprawie wycofania
polskich
sił zbrojnych z Iraku. Projekt nasz jest bardzo
wyważony,
uwzględnia zarówno realia sytuacji w Iraku,
jak
i wymóg zachowania prestiżu Polski na arenie
międzynarodowej.
Stanowisko Samoobrony nie oznacza
jakiejkolwiek
niechęci do kontynuowania współpracy
wojskowej
ze Stanami Zjednoczonymi w Iraku.
Wręcz
przeciwnie, w ramach sił stabilizacyjnych wykonywane
są
wspólne zadania, ale ten okres się kończy
w
związku ze zbliżającymi się w Iraku wyborami
powszechnymi.
Chciałabym
przy tej okazji przypomnieć, że zgodnie
z
rezolucją Rady Bezpieczeństwa nr 1546 z dnia
8
czerwca 2004 r. tymczasowy rząd w Iraku przejął pełnię
władzy
z dniem 30 czerwca ub. r. Tego samego dnia
zakończona
została okupacja Iraku i przywrócona jego
pełna
suwerenność. Tak postanowiła Rada Bezpieczeństwa
ONZ.
Natomiast już 30 stycznia br. mają się odbyć
wybory
demokratycznego irackiego zgromadzenia
narodowego.
Jest więc teraz stosowny czas, aby podjąć
niezwłocznie
rozmowy z kompetentnymi władzami
Stanów
Zjednoczonych i tymczasowego rządu Iraku
w
sprawie ustalenia bliskiego terminu wyprowadzenia
z
Iraku polskich wojsk i zakończenia ich misji wkrótce
po
przeprowadzonych wyborach. Wiązałoby się to
z
koniecznością przeprowadzenia szerokich konsultacji
oraz
koordynacji działań także z państwami koalicji,
mającymi
jednostki wojskowe pod polskim dowództwem,
celem
przygotowania decyzji o rozformowaniu
i
zakończeniu działania Wielonarodowej Dywizji Centrum–
Południe.
Taka decyzja wydaje się konieczna,
tym
bardziej że kontyngent węgierski, newralgiczny
dla
funkcjonowania dywizji wewnątrz strefy, będzie
wycofany
do końca marca br. Kontyngent bułgarski
będzie
znacząco zmniejszony. Kontyngent ukraiński
w
sile 1400 żołnierzy ma się wycofać w połowie bieżącego
roku.
W tej sytuacji obszar działania dywizji pod
polskim
dowództwem został już zmniejszony, a w dalszej
perspektywie,
wobec zapowiedzianych wycofań,
wykonywanie
przez dywizję odpowiedzialnych planowanych
działań
w strefie Centrum–Południe stanie się
niemożliwe
i dywizja w okrojonym składzie faktycznie
przestanie
istnieć. Rysuje się zatem konieczność przejęcia
odpowiedzialności
za całą strefę przez wojska
amerykańskie
lub przez władze irackie, z pomocą pozostających
w
Iraku wojsk koalicji.
Rozmowy
o wycofaniu polskich wojsk można podjąć
niezwłocznie,
a ustalenie konkretnych terminów
pozostawić
do czasu uzgodnień z nowymi władzami
irackimi.
Naszym zdaniem misja stabilizacyjna dywizji
pod
polskim dowództwem mogłaby trwać do dnia
31
marca br., a pozostały miesiąc czy dwa można by
przeznaczyć
na zamykanie spraw dowodzenia dywizją,
przekazywanie
kompetencji następcom oraz likwidację
bazy
pobytowej i stopniowy powrót wszystkich pododdziałów
do
kraju.
Wycofanie
polskich wojsk z Iraku nie może być w żadnym
wypadku
traktowane jako rejterada. Byłby to powrót
po
dobrym i godnym wykonaniu zadania w Iraku. Jako
kraj
kojarzony z uczestnictwem w licznych operacjach
pokojowych
ONZ, mamy dobrą opinię w świecie i nie
nadajemy
się na agresora i okupanta. Trzeba, aby z Polską
kojarzył
się kraj przyjazny i pokojowy, a nie cierpienia
i
krzywdy związane z okupacją. Temu będzie sprzyjać
szybkie
wycofanie naszych wojsk.
Niestety
budowanie demokracji w Iraku napotyka
przeszkody.
Nie potwierdził się powód inwazji na Irak,
którym
był zarzut dotyczący posiadania przez Saddama
Husajna
broni masowego rażenia. Nie potwierdziła
się
też teoria o decydującej roli siły militarnej. W Iraku
narasta
opór przeciwko obcej obecności. Wyjściem
z
sytuacji może być budowanie władzy na fundamencie
wolnej
woli ludności. Dopiero na bazie własnej
organizacji
państwa, w oparciu o własne organy władzy
i
porządku publicznego, będzie można kształtować
świadomość
społeczeństwa irackiego i stopniowo
przekonywać
je do zasad obowiązujących w demokratycznym
państwie
oraz do przestrzegania porządku
i
poszanowania prawa.
W
tym procesie nasze wojska spełniły już swoją
rolę.
Możemy jednak dalej być pomocni w szkoleniu
kadry
mundurowej, możemy być otwarci na udział
w
operacjach w ramach ONZ, jeżeli takie będą decyzje,
czy
to w składzie „niebieskich hełmów”, czy
w
ramach akcji gospodarczych lub humanitarnych,
ale
z roli okupanta Iraku powinniśmy się jak najszybciej
wycofać
i zaraz po wyborach w Iraku będzie na
to
odpowiedni czas.
Rozmaite
napięcia w ramach polityczno-wojskowego
sojuszu
transatlantyckiego, szczególnie między
Stanami
Zjednoczonymi a Francją i Niemcami, a także
w
obrębie Unii Europejskiej, powstałe z powodu
odmiennego
podejścia do konfliktu w Iraku, uległy
znacznemu
zmniejszeniu. Na tle tych rozbieżności
wielu
polityków zastanawia się, czy powinniśmy być
bardziej
proamerykańscy, czy bardziej proeuropejscy.
Chciałabym
powiedzieć, że dla Samoobrony nie jest
to
dylemat. Uważamy, że występując i działając na
arenie
międzynarodowej, nasi przedstawiciele powinni
przede
wszystkim troszczyć się o polskie interesy,
o
dobro naszego kraju i przez pryzmat tych interesów,
traktowanych
jako nadrzędne, rozwiązywać konkretne
dylematy
w stosunkach międzynarodowych.
Wracam
do zaprezentowanej wcześniej tezy, że
wszędzie
dbając o przyjaciół, powinniśmy zabiegać
szczególnie
o dobre relacje z najbliższymi sąsiadami.
Tworzenie
Europy scentralizowanej, jako silnego
związku
gospodarczego, ale także politycznego, niesie
w
sobie potencjalne zarzewie rywalizacji między
potęgami
gospodarczymi i może prowadzić do postępującego
rozpadu
jedności transatlantyckiej. Dlatego
Polska
będzie musiała w przyszłości bardziej wywarzać
zakres
swojego politycznego i wojskowego
wsparcia
pomiędzy Wspólnotą Europejską a Stanami
Zjednoczonymi,
dbając jednocześnie o dobre stosunki
ze
wszystkimi partnerami, myśląc przede wszystkim
o
szerszym interesie naszego kraju, i to w długiej perspektywie
czasowej.
Samoobrona
Rzeczypospolitej nie jest i nigdy nie
była
przeciwna współpracy ogólnoeuropejskiej, nie
jest
przeciwna Unii Europejskiej, natomiast nie akceptuje
wynegocjowanych
przez rząd Leszka Millera ostatecznych
warunków
naszego członkostwa, ponieważ są
one
nierównoprawne. I chociaż zarzuca się Samoobronie,
że
mimo jej ostrzeżeń dochody rolników są teraz
znacznie
wyższe, to proponowalibyśmy zachowanie
spokoju
i zaczekanie, aż rolnicy otrzymają zapłatę za
zboże
z tegorocznych plonów, aż kupią po wyższych
obecnie
cenach środki produkcji rolnej. Dopiero wtedy
będziemy
mogli w pełni ocenić wysokość przychodów
wsi,
a perspektywy przychodów wsi w dłuższym okresie
będzie
można ocenić po przyjęciu przez Unię nowego
budżetu
na lata 2007–2013 oraz wprowadzeniu
w
życie strategii lizbońskiej.
Wracając
do pozycji Polski w Europie, trzeba powiedzieć,
że
bardzo ona podupadła, chociaż ostatnio
dochodzi
do ożywienia kontaktów z poważnymi partnerami,
jak
chociażby Francja czy Niemcy. Polska
straciła
pozycję w trójkącie weimarskim, w grupie wyszehradzkiej
i
jest wypychana z grupy sześciu najważniejszych
państw
Unii Europejskiej. Teraz widać, jak
brak
twardego stanowiska w negocjacjach przedakcesyjnych
rzutuje
na nasze miejsce we Wspólnocie Europejskiej.
Nie
pomagają wysuwane w obronie słusznych
spraw
mało dyplomatyczne hasła, jak „Nicea albo
śmierć”,
czy demonstracyjne happeningi w Parlamencie
Europejskim
w wykonaniu niektórych polskich eurodeputowanych.
Proszę
zwrócić uwagę, że czterech eurodeputowanych
z
Samoobrony wstrzymało się w głosowaniu nad
projektem
traktatu konstytucyjnego, mimo że mamy do
niego
sporo zastrzeżeń. Była to nie tylko manifestacja dobrej
woli,
ale potwierdzenie żądania, żeby renegocjować
traktat
konstytucyjny w tych sprawach, które wywołują poważny
sprzeciw.
Nie możemy bowiem zrozumieć, dlaczego
jest
taki opór przeciwko wpisaniu do konstytucji oczywistego
faktu
o chrześcijańskich wartościach Europy.
Kolejnym
spornym tematem jest system głosowania,
ale
o tym już wielokrotnie mówiono z tej trybuny.
Niepokój
i zastrzeżenia wywołują też przepisy art. 10
traktatu
konstytucyjnego, które przewidują nadrzędność
prawa
unijnego nad prawem każdego z państw
członkowskich,
a więc również nad naszą konstytucją,
która
jest dla nas najważniejszym aktem prawnym
Rzeczypospolitej.
Przy
okazji ratyfikacji przez Polskę nowych umów
międzynarodowych
można zauważyć, że nasze członkostwo
w
Unii Europejskiej zmienia w wielu przypadkach
zakres
i charakter naszych zobowiązań prawno-międzynarodowych
i
powoduje, że określone dziedziny współpracy
międzynarodowej
zostają oddane do wyłącznej
kompetencji
Unii. Stawia to przed nami wymóg przekazywania
naszych
dotychczasowych uprawnień w niektórych
zakresach
i związanego z tym procesu decyzyjnego
na
szczebel wspólnotowy. Do tego procesu wyzbywania
się
kompetencji państwa Samoobrona Rzeczypospolitej
nie
może się przyzwyczaić.
Uważamy,
że referendum w sprawie przyjęcia traktatu
konstytucyjnego
musi być poprzedzone szeroką
akcją
informacyjną, aby każdy obywatel miał czas na
zapoznanie
się z treścią tego dokumentu oraz argumentami
za
i przeciw jego przyjęciu, aby więc miał możliwość
dokonania
świadomego wyboru. Wymaga to
przesunięcia
terminu referendum na termin możliwie
najpóźniejszy.
Z
niepokojem przyjmujemy optymizm pana ministra
Rotfelda
odnośnie do stanu stosunków Polski z sąsiadami.
O
ile bowiem można mówić o rzeczywistych
postępach,
a nawet pojednaniu francusko-niemieckim,
o
tyle działania na rzecz ułożenia stosunków dwustronnych
i
doprowadzenia do pojednania Polski z Niemcami,
Ukrainą
i Litwą przechodzą jeszcze różne fazy. Są
to,
przykładowo, kwestie roszczeń odszkodowawczych
obywateli
Niemiec, konfliktów ludnościowych i ochrony
miejsc
pamięci na Ukrainie czy praw mniejszości
polskiej
na Litwie. Są duże perspektywy, jeśli chodzi
o
postęp w tych sprawach, na przykład w relacjach
z
Ukrainą po ostatnich wyborach prezydenckich, ale
czeka
nas jeszcze wiele intensywnych prac i zabiegów,
zwłaszcza
w sferze gospodarczej i politycznej, aby to
wszystko
pozałatwiać.
Chciałabym
podkreślić, że zdaniem Samoobrony
stosunki
polsko-niemieckie rozwijają się dobrze w sferze
gospodarczej.
Podważyło je odmienne podejście do
konfliktu
w Iraku. I dopiero roszczenia odszkodowawcze
za
skutki II wojny światowej stały się powodem powstania
pewnych
zakłóceń. W tej sytuacji przyjęliśmy
z
uwagą, że rząd Republiki Federalnej Niemiec odniósł
się
życzliwie i ze zrozumieniem do polskich obaw i uznał
sprawę
odszkodowań za ostatecznie zamkniętą. Niestety,
nie
jest to kwestia całkowicie zamknięta w świadomości
obu
narodów. Są w Niemczech środowiska, które wysuwają
roszczenia,
pomijając kwestię winy. Doktryna wypędzenia,
za
którą kryje się niewątpliwie dramat tysięcy
niemieckich
rodzin, przedstawiana jest wyłącznie jako
rezultat
prześladowań ze strony Polski i Czech, przy
zafałszowywaniu
historii i zamazywaniu różnic między
przyczynami
i skutkami. To prawda, że wszystkie ofiary
przemocy
i cierpień zasługują na pamięć potomnych, ale
na
szczególną europejską pamięć zasługują zwłaszcza
ci,
którzy zostali zaatakowani, zagazowani i rozstrzelani
w
wyniku obcego barbarzyństwa. Dlatego nie należy się
dziwić,
że roszczenia niektórych środowisk niemieckich
wywołały
w Polsce falę oburzenia i inicjatywę sporządzenia
polskich
strat wojennych, dokonania bilansu strat
po
obu stronach i na tej bazie szukania trwałego uregulowania
stosunków
polsko-niemieckich.
Chciałabym
teraz, panie marszałku, zwrócić się do
pana
ministra Rotfelda. Samoobrona nie zgadza się z panem
w
uszeregowaniu niektórych priorytetów w polskiej
polityce
zagranicznej, ale z jednym zgadzamy się na
pewno
– z zapewnieniem, które złożył pan w Warszawie
w
czasie pobytu ministra spraw zagranicznych Francji
Michela
Barniera, gdy stwierdził pan w wypowiedzi dla
telewizji:
„Nam nie zabraknie woli ani aktywności, aby
poprawiać
stosunki polsko-francuskie”.
Polska
nie powinna zapominać, że to Francja, wyciągając
wnioski
z II wojny światowej, postanowiła zapobiec
przyszłym
kataklizmom wynikającym z różnic
w
potencjale ekonomicznym krajów europejskich. To
politycy
francuscy Jean Monnet i Robert Schumann
wysunęli
ideę, a następnie doprowadzili do powołania
Europejskiej
Wspólnoty Węgla i Stali, a potem,
w
1957 r., Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Polska
jako
pierwsza ofiara agresji hitlerowskiej stała się
naturalnym
sojusznikiem Francji. Stąd generał de Gaulle
jako
pierwszy przywódca Zachodu uznał polską granicę
z
Niemcami. Francja zawsze chciała mieć w Polsce
najważniejszego
sojusznika na Wschodzie i tylko w wyniku
naszych
błędów, w których udział miał także pan
minister
Cimoszewicz, zmuszona jest zabiegać czasami
ponad
naszymi głowami o zbliżenie z innymi krajami.
Proszę
zwrócić uwagę, że Francja, która zapewniła sobie
w
Nicei taką samą ilość głosów jak Niemcy, zgodziła
się
w traktacie konstytucyjnym odstąpić od tych korzystnych
dla
siebie zapisów i uznać przewagę liczebną
ludności
Niemiec. To ustępstwo, a tym samym dalsze
zbliżenie
do Niemiec stanowi teraz jej atut w nowym
podejściu
do relacji transatlantyckiej.
Panie
marszałku, dosłownie minutę.
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Proszę
bardzo.
Poseł
Wanda Łyżwińska:
Wejście
Polski do Unii Europejskiej spowoduje
wzrost
roli i znaczenia stosunków z Rosją, gdyż mają
one
dla polskich interesów wymiar strategiczny. Istnieje
więc
szansa, aby stopniowo malał polski deficyt
w
obrotach handlowych z Rosją. Ale kluczem do otwarcia
rynków
wschodnich dla polskich towarów i usług
jest
poprawa stosunków politycznych. Rząd powinien
odciąć
się od wrzaskliwej grupki rusofobów, którzy
wsłuchują
się w koncepcję prof. Zbigniewa Brzezińskiego,
aby
oddziaływać na naszych bliskich wschodnich
sąsiadów,
dla osłabienia tam wpływów Rosji.
Takiemu
kierunkowi polityki wobec Rosji Samoobrona
Rzeczypospolitej
jest przeciwna. Uważamy,
że
pora już zaniechać nieprzyjaznych gestów wobec
Rosji
i zatroszczyć się o zbudowanie solidnych podstaw
współpracy
z tym krajem, przede wszystkim gospodarczej.
Temu
celowi służyłoby wynegocjowanie
z
Rosją nowej umowy handlowej, która doprowadziłaby
wreszcie
do znaczącej poprawy wskaźników
polskiego
eksportu, ułatwiłaby rosyjskie inwestycje
w
Polsce i zapewniła funkcjonowanie instytucji i infrastruktury
finansowej
wspierającej wzajemny handel
i
współpracę gospodarczą.
Polska
jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy
i
konsekwentnie wspiera jej interesy na arenie międzynarodowej.
Wybory
prezydenckie na Ukrainie i rola
mediacyjna
w nich Polski jeszcze bardziej umocniły
te
stosunki. Procesy przemian, jakie tam następują, są
wyrazem
dążeń i aspiracji narodu ukraińskiego. I miejmy
nadzieję,
że będą służyć dobremu ułożeniu stosunków
polsko-ukraińskich
i stabilizacji w Europie.
Samoobrona
uwzględnia to, że w naszym Sejmie
reprezentowane
są różne opinie na temat oceny sytuacji
wewnętrznej
na Białorusi i że jest dużo sympatii,
a
nawet czynnego wsparcia dla białoruskiej opozycji
antyrządowej.
Chcemy jednak odróżnić interesowanie
się
sytuacją wewnętrzną sąsiadów od wpływania na
kształtowanie
tej sytuacji i określanie tego działania
jako
celów strategicznych naszej polityki zagranicznej.
To
nie znaczy, że nie mamy się interesować rozwojem
sytuacji
na Białorusi. Sympatia dla opozycji nie może
zastąpić
stosunków z państwem i narodem białoruskim.
Dlatego
akcent w stanowisku pana ministra oceniam
jako
nieadekwatny do jednego z naszych najbliższych
sąsiadów.
Samoobrona
ocenia, że rozwijając kontakty międzynarodowe,
należy
doceniać wagę Chin, jedno z pięciu wielkich
mocarstw,
kolebkę kulturalno-cywilizacyjną ludzkości,
kraj
szybko rozwijającej się gospodarki. Dla Unii
Europejskiej
Chiny są drugim partnerem po USA. Polskę
i
Chiny zbliżyć może nie tylko współpraca handlowa, ale
interesy
społeczno-ekonomiczne związane z procesami
wewnętrznych
reform, a także podobieństwo sytuacji politycznej
wynikające
z geostrategicznego usytuowania obu
krajów.
Przekonała się o tym delegacja Samoobrony, która
na
początku grudnia ub. r. odwiedziła Chiny.
Z
pewnym niepokojem obserwujemy zbyt powolne
odbudowywanie
naszych dobrych stosunków z krajami
arabskimi.
Wizyta premiera Marka Belki w Libii to
wciąż
o wiele za mało.
I
na koniec kilka słów o ekonomizacji polityki zagranicznej,
zapowiedzianej,
ale dotąd nieprzeprowadzonej.
Reorganizacja
służby zagranicznej w kierunku scalania
wszystkich
działań za granicą na rzecz polskiej gospodarki
wydaje
się konieczna i pilna. Utrzymanie w strukturze
MSZ
stanowiska wicepremiera od tych spraw zapowiada
dalsze
negocjacje z ministerstwem gospodarki.
Oby
zostały one jak najszybciej zakończone.
Naszym
zdaniem obiektywną miarą skuteczności
i
kompetencji polskich służb zagranicznych jest wynik
w
bilansie handlu zagranicznego i w bilansie obrotów
bieżących.
Inne miary są tylko pomocnicze.
Klub
Parlamentarny Samoobrony Rzeczypospolitej
odniósł
się w tej debacie tylko do niektórych tematów
poruszonych
w informacji przez pana ministra. Niestety,
nie
podzielamy wielu zaprezentowanych opinii
ani
zamierzeń odnośnie do sposobów i środków prowadzenia
polskiej
polityki zagranicznej w roku 2005,
co
wykazałam w swoim wystąpieniu. W takiej sytuacji
nie
możemy udzielić poparcia przedłożonej informacji.
Dziękuję
bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję,
pani poseł.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Janusza Dobrosza
występującego
w imieniu Ligi Polskich Rodzin.
Poseł
Janusz Dobrosz:
Panie
Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!
Gdy
omawiamy dziś główne kierunki i zadania polskiej
polityki
zagranicznej, Klub Parlamentarny Ligi Polskich
Rodzin
z troską i niepokojem odnotowuje, iż kierujące
nią
od lat elity, bez względu na oficjalną przynależność
polityczną,
czy do prawicy, czy do lewicy, nie zawsze
potrafią
trafnie zidentyfikować, gdzie tkwią realne interesy
narodu
i państwa polskiego. Niestety nie jest to wyłącznie
przywara
naszych czasów. Za błędy i brak zrozumienia
zdarzeń
politycznych, za złe sojusze, za naiwną
politykę
zagraniczną Polska i Polacy od wieków płacili
bardzo
słone rachunki, włącznie z utratą niepodległości
i
własnego państwa.
Dla
polityków obozu narodowego, którego współczesną
częścią
jest Liga Polskich Rodzin, istnieje tylko
jeden
kierunek – jest nim i powinien być zawsze interes
narodowy
i takie rozumienie procesów i zdarzeń
politycznych,
które stawia naszą rację stanu na pierwszym
miejscu.
Mamy
nieodparte wrażenie, że chorobliwą tendencją
polskiej
polityki zagranicznej jest unikanie wypowiedzi
w
najistotniejszych tematach, chętnie zaś rozprawia
się
o pewnych iluzjach, marzeniach i baśniach.
Taka
powszechna praktyka przynosi niekiedy szkody,
zupełnie
zaciemnia widzenie przyszłości i wykoleja
narodowe
myślenie.
Nieodżałowanej
pamięci Kabaret Starszych Panów
śpiewał
niegdyś, że „piosenka jest dobra na wszystko”.
Kabaretowi
politycy od lat to samo mówią o Unii Europejskiej
i
o konstytucji europejskiej. Jakby wobec niej
Polska,
kraj o ponadtysiącletniej tradycji, kraj, który
wielokrotnie
odzyskiwał niepodległość, nie miała innej
alternatywy
– nie wchodząc oczywiście w konflikt
z
Unią Europejską i współpracując z nią.
Ostatnie
zamieszanie wokół oświadczenia przewodniczącego
Parlamentu
Europejskiego pana Josepa
Borrella,
jakiekowiek by ono było, czy w prawdziwym
brzmieniu
zostało przekazane, czy nie, mówi myślącemu
Polakowi
wprost: w Unii Europejskiej nie ma miejsca
na
w pełni suwerenną politykę zagraniczną, a o jej
głównych
kierunkach decydują najsilniejsi w Brukseli.
Polska
jest tylko pewną wykładnią tej polityki, a jeżeli
się
sprzeciwia tej głównej polityce i strategii, to wcześniej
czy
później musi otrzymać reprymendę. Dzieje
się
tak, kiedy jeszcze nie obowiązuje konstytucja europejska,
a
co będzie, nie daj Boże, jeżeli ona wejdzie
w
życie, skoro istnieje w tej konstytucji zapis o ministrze
spraw
zagranicznych Unii Europejskiej? Ileż minister
spraw
zagranicznych naszego kraju będzie miał
do
powiedzenia wtedy?
Jest
jakiś swoisty chichot historii. No, Leonid Breżniew
staje
się znowu wiecznie żywy, bo jego doktryna
o
ograniczonej suwerenności jakby tutaj zaczyna powracać
na
arenę międzynarodową. Czy tak powinno
być,
czy tak być musi?
Klub
Parlamentarny Ligi Polskich Rodzin szanuje
wolę
narodu wyrażoną w referendum, ale wyraźnie
stwierdzamy,
że wszelkimi dostępnymi środkami, legalnymi
środkami,
będziemy dążyć do tego, żeby Polska
uzyskała
ponownie pełną suwerenność, a przy tym
również
pełną suwerenność, jeśli chodzi o politykę zagraniczną.
Za
śmiertelne zagrożenie uważamy właśnie tę
konstytucję,
nawet może bardziej od samego wejścia
Polski
do Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do posła
Jana
Marii Rokity, który z tej trybuny oświadczał:
Nicea
albo śmierć!, po czym, depcząc nicejskie ustalenia,
niektórzy
uważają, że można się na konstytucję
zgodzić,
my – powtarzam, w przeciwieństwie do pana
Jana
Marii Rokity – wołamy: Śmierć tej europejskiej
konstytucji,
bo to śmierć dla niezależnego państwa
polskiego!
(Oklaski)
Żadne pokrętne tłumaczenia ekspertów
na
zamówienie nie zmienią faktu, że jest ona
sprzeczna
z obowiązującą polską konstytucją, a nawet
z
tą przysięgą, którą my tu składamy jako parlamentarzyści,
kiedy
rozpoczyna się kolejna kadencja Sejmu
– że
będziemy strzec niepodległości Polski i jej suwerenności.
Panie
Marszałku! Wysoki Sejmie! Doświadczenia
smutne
i bolesne, które dotykały naszą ojczyznę, winny
nas
nauczyć, że na politycznej szachownicy przed
Polską
rysuje się największe zagrożenie wtedy, gdy
następuje
strategiczny sojusz Niemiec i Rosji, a jesteśmy
stosunkowo
w lepszej sytuacji, kiedy Stany Zjednoczone
i
Rosja mają lepsze stosunki bezpośrednie niż
Rosja
i Niemcy.
Spotkanie
w Soczi prezydentów Rosji, Niemiec
i
Francji, przyjemne może dla niektórych, jeśli chodzi
o
estetyczne wrażenia, ale u Polaków zapala się
czerwone
światełko. I czy my na tej sali dyskutujemy,
jak
stworzyć przeciwwagę dla tego rodzaju działania.
Dlatego
że wiemy, jak wielką rolę Stany Zjednoczone
odgrywają
na arenie międzynarodowej, Klub Parlamentarny
Ligi
Polskich Rodzin w pełni zgadza się
z
tezą, że jest to dla nas strategiczny sojusz, że gdyby
nie
prezydent Wilson, sytuacja Polski w 1918 r. byłaby
znacznie
trudniejsza, nie mielibyśmy prawdopodobnie
dostępu
do morza. Ale też zdajemy sobie sprawę, że
Stany
Zjednoczone popełniają błędy i wszędzie tam,
gdzie
je popełniają, jak prawdziwi przyjaciele nie przytakujemy,
tylko
ostrzegamy. Ojciec Święty Jan Paweł
II
też ostrzega. Stany Zjednoczone nie powinny się angażować
w
takim układzie, w jakim się zaangażowały,
w
konflikt iracki. Było do przewidzenia, że łatwiej
będzie
do Iraku wejść, niż z niego wyjść. I niestety,
ten
scenariusz się dalej dzisiaj realizuje. Uważamy, że
prawdziwy
przyjaciel nie tylko potakuje. Jeszcze raz to
stwierdzam.
A nawet spójrzmy na to z punktu widzenia
naszego
interesu narodowego. Czy leży w naszym
polskim
interesie narodowym, żeby Stany Zjednoczone
rozpraszały
swoje siły i gasiły konflikty wszędzie?
Naszym
interesem jest, żeby Stany Zjednoczone twardo,
jednoznacznie
militarnie były obecne w Europie.
A
jeżeli będą się rozpraszać, to czy w tej Europie będą?
Mamy
co do tego bardzo poważne wątpliwości. I dlatego
też
co do konfliktu irackiego uważaliśmy, że Polska
jest
sojusznikiem, ale w tamtym czasie błędem było
popieranie
tejże interwencji, a paradoks obecnej sytuacji
polega
na tym, że dobrego wyjścia z niej nie ma.
Z
jednej strony bowiem, wyjście z Iraku to z humanitarnego
punktu
widzenia ochrona naszych żołnierzy, to
też
nieuczestniczenie w działaniach tworzących dwuznaczną
sytuację
międzynarodową, a z drugiej strony,
to
woda na młyn Francuzów, Niemców, którzy będą
sobie
z Polski pokpiwać. Czy to znaczy, że my jako
Liga
Polskich Rodzin nie wyrażamy wielkiego szacunku
dla
naszych żołnierzy? Nie, wyrażamy olbrzymi
szacunek
dla naszych polskich żołnierzy, którzy przecież
tam
giną. Z ich punktu widzenia działają w dobrej
wierze.
Ale tak naprawdę to został zawiązany węzeł
gordyjski,
i przypominam, uczyniono to na podstawie
decyzji
pana prezydenta i premiera, a Sejm dopiero
post
factum o wszystkim się dowiadywał. Tak się polityki
prowadzić
nie powinno. W Kortezach, we wszystkich
parlamentach
tych krajów, które się zdecydowały
na
interwencję w Iraku, była dyskusja i była decyzja
parlamentów.
U nas takiej decyzji w parlamencie niestety
nie
było. Oczywiście można by było dużo mówić
na
temat tego, że nie zawsze nas sojusznik traktuje tak,
jak
powinien traktować, ale to tak szeroka kwestia, że
lepiej
nie psuć atmosfery w i tak nieraz nadwerężonych
stosunkach
polsko-amerykańskich. Ale prosiłbym pana
ministra,
żeby wreszcie do końca załatwić jedną rzecz.
Naprawdę
dla amerykańskiego partnera, wielkiego, potężnego,
bogatego,
nie jest aż tak konieczne to, żeby od
polskiego
obywatela, który notabene potem wizy nie
otrzymuje,
pobierać 100-dolarowe myto. To jest rzecz
niedopuszczalna
pod każdym względem.
Wracając
do sprawy interwencji, to też, cokolwiek
byśmy
powiedzieli, te wszystkie głosy, które się w Europie
pojawiają,
o Polsce jako o koniu trojańskim wynikły
z
tej decyzji. Natomiast, powtarzam, żołnierze są
wspaniali,
a jak byłem niedawno w Płowdiw, to bułgarscy
przyjaciele
mówili, że z polskimi żołnierzami się
jak
najlepiej współdziała. Tylko żeby ci nasi żołnierze
nie
zostali tam ostatni. Hiszpanie wyszli, Ukraińcy mają
wyjść.
Sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.
Od
lat towarzyszy debacie nad polską polityką zagraniczną,
tak
jakby na poboczu, pojawia się temat tego,
co
się dzieje z prawem międzynarodowym, że dzisiaj
prawa
człowieka często są wykorzystywane przeciwko
czemuś,
co zawsze stanowiło podstawę stosunków
międzynarodowych,
tzn. prawu suwerennych państw.
I
trzeba było się z tym zgodzić. Jest taka pani Julie Zem
z
Niemiec, która jest specjalistką od prawa międzynarodowego,
ale
również znaną literatką. Ona wyraźnie pokazuje,
że
Europa, świat powinny znaleźć inną formułę.
Oczywiście
nie jest tak, że nie należy interweniować,
kiedy
faktycznie dzieją się straszne rzeczy. Ale też nie
znaczy
to, że zawsze to ma być pretekst. Bo pewien system
został
stworzony, potem naruszony i teraz nie stworzono
zupełnie
nowego.
Trzeba
by było się zastanowić, jak polska dyplomacja
w
tej sytuacji ma się zachowywać, bo ta pani
twierdzi
wyraźnie, że po takich interwencjach, często
w
dobrej wierze podejmowanych, następuje anarchia.
I
my widzimy wyraźnie, że w Serbii tak się stało. Na
początku
był pretekst: prawa człowieka i Albańczycy,
a
dzisiaj rękoma Amerykanów, dzisiaj rękoma Europejczyków
niszczy
się ostatnich Serbów w Kosowie,
a
to kraina stara jak świat dla Serbów. A z drugiej strony,
proszę
państwa, tam rodzi się zupełnie niewyobrażalny
dla
Europy system rodowy, problem narkotyków
– to
wszystko nie zostało przewidziane, a powinno zostać
przewidziane.
Klub Parlamentarny Ligi Polskich
Rodzin
wzywa polską dyplomację, żeby tutaj coś znaleźć.
Wiem,
że byłyby tutaj próby reformy Organizacji
Narodów
Zjednoczonych, ale powinniśmy prowadzić
szerszą
dyskusję na ten temat. Jeszcze raz powtarzam:
nie
można burzyć czegoś, kiedy się nie zastępuje tego
określonym
systemem.
Bez
wątpienia najważniejsze dla polskiej racji stanu
wobec
znaczących zmian, jakie zachodzą w układzie sił
i
charakterze Unii Europejskiej, stają się stosunki polsko-
niemieckie.
Od wielu lat ostrzegaliśmy, iż cukierkowe
traktowanie
przez większość tzw. elit naszego
zachodniego
sąsiada prowadzi Polskę w ślepą uliczkę.
I
niestety pojawia się jednak to zasadnicze pytanie, czy
winniśmy
byli wtedy – a tutaj wielu z nas protestowało
– przyjmować
formułę, według której naszym adwokatem
w
sprawie wstąpienia do Unii Europejskiej miało
być
tylko państwo niemieckie. Dzisiaj widzimy wyraźnie,
jaki
to był błąd, że można było nawet w ramach
Unii
Europejskiej znaleźć inne rozwiązania. (Oklaski)
I
teraz, proszę państwa, Wysoka Izbo, popatrzmy na
ten
bilans. Otóż dobrze się stało – dzisiaj chciałem
panu
ministrowi tutaj za to podziękować, pan minister
twardo
tę sprawę postawił – ale nie może być tak, że
Wysoka
Izba zastępuje rząd, podejmuje dwie uchwały
bardzo
ważne w tej kwestii: o reparacjach wojennych
i
o zupełnym braku podstaw prawnych roszczeń niemieckich,
a
potem premier czy minister spraw zagranicznych
to
dyskredytuje. Przecież to była amunicja,
którą
my jako Wysoka Izba daliśmy rządowi. (Oklaski)
Trzeba
było z tego skorzystać. Bo, proszę państwa,
właśnie
w Komisji Spraw Zagranicznych, wspólnej
komisji
z parlamentarzystami niemieckiego Bundestagu,
wychodzi
ta podwójna gra strony niemieckiej. Otóż
wszyscy
powiedzieli, co myślą, każde z ugrupowań w
niemieckim
Bundestagu, wszyscy się zadeklarowali,
że
są przeciwko roszczeniom, a potem ja zadałem im
takie
pytanie: Szanowni panowie, skoro tak, to niech
przemówi
wasz klasyk, Karol – zawiesiłem głos i powiedziałem:
May,
bo każdy z nas jako chłopiec czytał
„Winnetou”,
a tam jest napisane, Winnetou tak mówi:
„Niech
przemówią czyny”. Panowie, jesteście parlamentarzystami,
jesteście
posłami do Bundestagu, wy
macie
siłę sprawczą, zmieńcie 116 artykuł konstytucji,
który
zakłada istnienie Niemiec w granicach z 1937 r.,
jeśli
chodzi o prawa obywatelskie, zmieńcie prawo cywilne,
które
daje doktrynę prawną Niemcom do roszczeń.
Wtedy
uznam, że strona niemiecka wypełnia to,
co
deklaruje (Oklaski),
a za deklaracjami pana kanclerza
Schroedera,
pięknymi w słowach – ja nie twierdzę,
że
były podyktowane złymi intencjami – musi pójść
prawo,
bo amunicję będzie miał pan Pawelka, będą
mieli
inni.
Prosiłbym
o to, żądam tego w imieniu Ligi Polskich
Rodzin,
żeby tych kwestii tutaj dopilnować, bo nawet
te
dokumenty, które tutaj PISM nam przygotował, zbiór
dokumentów
dotyczących kwestii odszkodowawczych
między
polską stroną a niemiecką, to wreszcie krok naprzód.
Dotychczas
było tak, że był to temat tabu, a jak
się
o tym mówiło, to się było oszołomem, to się nie
znało
prawa, a teraz się okazuje, kto był oszołomem
i
kto nie znał prawa. (Oklaski)
Tak że wszędzie tam,
gdzie
można to powiedzieć, to trzeba to powiedzieć.
I
też tym razem będę może dość oryginalny, bo zawsze
Liga
jest poczytywana tylko za takie krytykujące ugrupowanie,
i
podziękuję panu ministrowi Rotfeldowi
– pan
wreszcie powiedział to, co się powinno mówić
w
tej sprawie. Jest 60-lecie powrotu Ziem Zachodnich
do
macierzy. Dlaczego my mamy zawsze się
z
tym chować, mówić: 50 lat od zakończenia wojny. Ta
decyzja
Poczdamu to nie była tylko rekompensata za
utracone
ziemie wschodnie, ale pewna dziejowa, historyczna
prawidłowość
i sprawiedliwość. I dlatego nie
wstydźmy
się, bo skoro naród żydowski po 2 tysiącach
lat
mógł wrócić do Izraela, to tak samo Polacy po 300,
po
400, po 500, po 100 latach mogli wrócić do piastowskiego
gniazda.
I tego się nie wstydźmy. (Oklaski)
Szanowni
Państwo! Jeśli chodzi o Rosję, o stosunki
z
Rosją – pan poseł Chaładaj chyba czytał wcześniej
moje
wystąpienie, ale od ręki napisane – w każdym razie
jeśli
chodzi o Rosję, to też jakoś jesteśmy zdominowani
dziwaczną
polityką wobec Rosji. My cały czas uważaliśmy,
że
Rosję trzeba traktować po partnersku, choć
pomiędzy
Rosją a Polską są historyczne zaszłości trudne
do
pogodzenia. Uważamy, że trzeba – tak jak z Niemcami
– pewien
bilans zamknąć. To i Rosja wobec Polski
jest
odpowiedzialna za zbrodnie na Wschodzie – i trzeba
o
tym rozmawiać – ale też musimy sobie zdawać sprawę
z
pozycji Rosji na świecie. Rosja to kolos i trzeba z tym
kolosem
dobrze żyć i znajdować takie punkty, zwłaszcza
w
sprawach gospodarczych, ekonomicznych szerzej,
w
kwestiach związanych z kulturą, wymianą młodzieży,
żeby
doprowadzić wreszcie do pełnej normalizacji.
Bardzo
przepraszam, panie marszałku, może jeszcze
troszeczkę
przedłużę, bo to jest dość poważna debata.
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Proszę
bardzo.
Poseł
Janusz Dobrosz:
Wysoki
Sejmie! Chciałbym też powiedzieć, że w Polsce
– i
to z naszej strony właśnie, chcemy to wyraźnie
powiedzieć
– jest troszeczkę takie zawieszenie w stosunku
do
Czech. My uważamy, że dla Polski, jeśli chodzi
o
strategicznego partnera, może bardziej niż Ukraina tym
strategicznym
partnerem powinny być Czechy. Pomiędzy
naszymi
narodami jest przeróżna zaszłość historyczna.
Trochę
lekceważymy Czechów, trzeba powiedzieć szczerze,
z
kolei Czesi nie zawsze mają do nas zaufanie, nie
zawsze
mają rację, bo to nie tak jest w historii, że tylko
my
byliśmy winni, ale naszym dziejowym posłannictwem
jest
stworzenie naprawdę modelowej współpracy
pomiędzy
naszymi państwami. Zarówno pozytywny
rozwój
w Europie i na świecie, jak i pewne zagrożenia
nas
wspólnie łączą – Czechy i Polskę – i czas naprawdę
w
tym kierunku zintensyfikować działania, choć wiem, że
są
podejmowane.
Natomiast
co do kwestii ukraińskich chcę powiedzieć,
że
my nie jesteśmy rusofilami, co nam tutaj
wielu
zarzucało, lecz na kwestię Ukrainy patrzymy,
uwzględniając
dość skomplikowane problemy, które
tam
się pojawiają. Teraz można mieć dobre intencje,
dobrze,
że demokracja na Ukrainie wygrała, ale już
ktoś
dzisiaj tu zapytał: gdzie przewidziana jest pierwsza
wizyta
pana prezydenta Juszczenki? Zastanówmy
się.
Popatrzmy też na to, że zaplecze prezydenta Juszczenki
często
może budzić w polskich obywatelach
strach
i jeżenie się włosów. A UPA, a OUN? Na litość
Boga,
przecież to są zbrodniarze. Naprawdę mam nadzieję,
że
Juszczenko ich pogoni, ale pewne zagrożenie
istnieje.
Na tej szachownicy – powtarzam – może się
wydarzyć,
że przy dobrej uwerturze na samym początku
dojdzie
do pewnego rozpadu, dekompozycji ukraińskiego
państwa.
A czy to będzie w polskim interesie
narodowym?
Bardzo w to wątpię.
Wysoka
Izbo! Chciałbym też potwierdzić słuszność
– tak
uważam, tak nasz klub uważa – kierunku zakładającego
bardziej
intensywną współpracę z Wielką Brytanią.
Szkoda,
że dopiero teraz. Wcześniej nie było tak
wyraźnego
trendu. Wielka Brytania w wielu kwestiach
podobnie
patrzy na kwestie europejskie. Wiem, że są
z
Churchillem różne konotacje historyczne, ale my chyba,
nauczeni
przez historię, będziemy umieli wyczuć,
kiedy
jesteśmy przedmiotem gry wielkich, a kiedy umiemy
jako
podmiot w tym wszystkim znaleźć się.
W
ostatnim momencie chciałbym, panie marszałku,
Wysoki
Sejmie, powiedzieć o kwestii antypolonizmu.
Bardzo
się cieszę, że pan minister po raz pierwszy
w
tej sali tak twardo postawił sprawę. Wara wszystkim,
którzy
haniebnie oskarżają Polskę o antysemityzm
i
nas o współudział w mordowaniu narodu żydowskiego.
Tych
wszystkich ludzi trzeba odesłać do konkretnej
wiedzy,
ale też od czasu do czasu pozwy sądowe im
wytoczyć,
bo to, co się stało ostatnio w Norwegii, czy
to,
co się dzieje we Włoszech, to nie jest przypadek. To
nie
jest tak, że ci ludzie nie znają historii, to jest atak na
Polskę.
Nie chcę być złośliwy, bo uważam, że wśród
Norwegów
jest wielu naszych przyjaciół, ale Polska
Quislinga
nie stworzyła. W Polsce były zupełnie inne
przepisy,
które dotyczyły narodowości żydowskiej,
a
inaczej u nas. Ten proces trzeba raz na zawsze przerwać
(Oklaski),
bo to godzi w nasze interesy narodowe.
I
dobrze, że tutaj pan minister o tym mówi. A przecież
możemy
się posiłkować też wieloma ekspertyzami
osób,
którym nikt nie zarzuci braku wiarygodności, bo
pan
Finkelstein sam jest pochodzenia żydowskiego.
Jest
to Żyd, który pięknie pisze, w jaki sposób te kwestie
trzeba
rozwiązać, i nie, że zawsze jego rodacy są
w
tych kwestiach uczciwi wobec Polski i Polaków.
Reasumując,
panie marszałku, Wysoki Sejmie, dostrzegamy
w
tym wystąpieniu szereg nowych, pozytywnych
elementów,
ale uważamy, iż przyjęcie i podpisanie
się
polskiego rządu pod czymś takim jak konstytucja europejska
mimo
wszystko nie pozwala nam w pełni popierać
polityki
zagranicznej rządu, chociaż jeszcze raz
powtarzam:
staramy się w tych kwestiach i być krytyczni,
i
dostrzegać tam, gdzie można, pozytywy, w pełni je, że
tak
powiem, akceptować i w pełni popierać.
Nie
mamy czasu – bo czas na wystąpienie w imieniu
klubu
jest ograniczony – na dyskusję na temat naszej
współpracy
z Azją. Słuszna teza – powinniśmy
współpracę
z wielkim, potężnym państwem chińskim
intensyfikować.
I z Indiami, z Bliskim Wschodem,
z
krajami afrykańskimi. Ale też poza tym wyrażamy
wątpliwość,
czy świat dzisiaj, biorąc pod uwagę
charakter
tego wielkiego wydarzenia, charakter tych
wszystkich
tragedii, które były w Darfurze, udziela
poparcia
ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, bo
z
kolei jeśli chodzi o Azję, to widać, że świat, społeczność
międzynarodowa
wykazuje się tutaj pozytywnie,
pokazuje
solidarność wobec tej wielkiej tragedii.
Dziękuję
bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Marka Pola
w
imieniu Klubu Parlamentarnego Unii Pracy.
Poseł
Marek Pol:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Gdy pan poseł
Dobrosz
wymienił imię pewnego bliskiego mi wodza
indiańskiego,
myślałem, że jego wystąpienie dobiega
już
końca. Okazało się, że jednak nie. Oczywiście zgadzam
się
z wieloma tezami zawartymi w wystąpieniu
mojego
przedmówcy, postrzegam jednak, że odwołując
się
do tego, co wspólnie czytaliśmy, a więc do Karola
Maya,
czasem możemy popaść w pewne uproszczenia,
i
w związku z tym namawiam, abyśmy tego unikali.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Jest to jedna z ważniejszych
debat,
która odbywa się dorocznie w parlamencie,
debata
nad zadaniami polskiej polityki zagranicznej
na
rok przyszły. Rok 2004 w polskiej polityce zagranicznej
– nie
ma chyba co do tego żadnej wątpliwości
– był
bardzo ważny i dobry, ale był to też rok trudny.
W
dużym stopniu to, co działo się w roku 2004 w polskiej
polityce
zagranicznej, będzie wpływało na możliwości
realizowania
zadań w tym obszarze w roku 2005,
a
więc na moment cofnijmy się do tego roku. Był to niezwykle
ważny
rok dla polskiej polityki zagranicznej, dla
Polski
jako całości, bo weszliśmy do Unii Europejskiej,
co
do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jest to historyczna
data,
1 maja 2004 r. pozostanie w podręcznikach
historii
na wiele, wiele pokoleń Polaków i fakt wejścia
do
Unii Europejskiej zdeterminuje nasze życie w stopniu
znacznie
większym, niż nam się dzisiaj to wydaje.
Rok
ważny – mówię o roku 2004 – bo zakończyliśmy
trudny
proces dochodzenia do traktatu konstytucyjnego
w
Unii Europejskiej, rok ważny również dlatego, że
uczestniczyliśmy
jako Polska – uczestniczył prezydent,
minister
spraw zagranicznych – w ważnych dla Polski
i
w ogóle dla demokracji europejskiej wydarzeniach na
Ukrainie,
wydarzeniach zakończonych pomyślnie, zwycięsko
właśnie
dla demokracji.
Pomimo
jednak tych niewątpliwych sukcesów
polskiej
polityki zagranicznej mamy szereg zjawisk,
z
których nie możemy być zadowoleni. Mówił o tym
częściowo
pan minister Rotfeld. Na pewno nie poprawiły
się,
lecz raczej pogorszyły się nasze stosunki
z
Rosją. Lista obszarów potencjalnego konfliktu
z
Rosjanami jest coraz dłuższa, a nie coraz krótsza. Na
pewno
pomimo bardzo pozytywnego stanowiska rządu
niemieckiego
i starań ze strony rządu polskiego wzrosło
napięcie
pomiędzy Polakami i Niemcami, a w konsekwencji
między
Polską a Niemcami. Na pewno rok
2004
był trudny dlatego, że jesteśmy uwikłani w wojnę
iracką,
a nasza obecność w Iraku jest coraz poważniej
kwestionowana
przez większość społeczeństwa, a także
jesteśmy
coraz bardziej osamotnieni – nasi żołnierze
są
coraz bardziej osamotnieni, coraz mniej krajów
uczestniczy
wraz z nami w misji nazywanej przez nas
misją
stabilizacyjną, ale przez część Irakijczyków nazywanej
okupacją
– w tej misji w Iraku. Ten rok był
też
trudny dlatego, że nasze znakomite polityczne stosunku
z
USA, z których powinniśmy się cieszyć, nie
znajdowały
odbicia w efektach rzeczowych, w tych
kwestiach,
które są ważne dla Polaków, a więc w sprawach
gospodarczych
i w sprawach dostępności Stanów
Zjednoczonych
dla naszych obywateli.
Jedna
jeszcze kwestia ważna, o której wspomniał
pan
minister Rotfeld, za co mu dziękuję, bo znamienna.
Otóż
po raz pierwszy w roku 2004 w sprawach polityki
zagranicznej
doszło do dosyć ostrych politycznych
napięć
wewnątrz kraju. Partie polityczne przestały mówić
w
niektórych kwestiach, w tym w kwestii irackiej,
w
kwestii niemieckiej, trochę w kwestii rosyjskiej, jednym
głosem.
To nie jest dobre zjawisko, to jest coś,
czego
wystrzegaliśmy się do tej pory, niemniej ten rok,
rok
2004, przyniósł tę nowość i ta nowość może być
dalej
kontynuowana.
Podsumowując
ten rok, który jest podstawą zadań
dla
2005 r., możliwości w 2005 r., jakie rysują się
w
polityce zagranicznej, możemy powiedzieć, że jest
to
rok zdecydowanie pozytywny, pozytywy bowiem
zdecydowanie
przeważają nad negatywami w polskiej
polityce
zagranicznej.
Przechodząc
zaś do roku 2005, podzielę się pewną
refleksją
natury ogólnej. Otóż jestem przekonany – jest
to
zjawisko zupełnie naturalne – że większość obywateli
naszego
kraju, gdy słyszy o debacie, o polskiej polityce
zagranicznej,
o polskiej dyplomacji, w małym stopniu
zdaje
sobie sprawę ze związków tego, co się robi w polityce
zagranicznej,
z codziennym ich życiem, z możliwością
zdobycia
pracy, z możliwością zdobycia pieniędzy
na
życie, z poprawą swojego statusu, z większą dostępnością
świadczeń
ze strony państwa, a więc, krótko
mówiąc,
większą zamożnością państwa. Tego prostego
związku
nie ma.
To
widzenie polityki zagranicznej się zmienia
oczywiście,
bo wejście do Unii Europejskiej i pieniądze
stamtąd
płynące są dostrzegane. Wielu ludzi widzi,
że
dzięki naszemu członkostwu w Unii Europejskiej
mamy
pewne dodatkowe możliwości, ale to skojarzenie
jest
dość odległe. Wydaje się również, że takie
proste
skojarzenie, iż bardzo wiele w Polsce zależy od
tego,
jak nam się układa polityka zagraniczna, szeroko
rozumiana,
realizowana przez bardzo wiele podmiotów
tej
polityki ze strony polskiej, ta świadomość
też
nie została bardzo wyraźnie zarysowana w bardzo
oczywiście
profesjonalnie przygotowanym dokumencie,
prezentowanym
przez pana ministra Rotfelda.
Mając
świadomość tego, jakie to ma znaczenie,
i
przykładając ten 8-punktowy – myślałem, że to dekalog
będzie,
ale to jest 8 punktów – plan priorytetów, dopiero
wówczas
możemy dojść do wniosku, że rzeczywiście
polityka
zagraniczna ma ogromny wpływ na to, jak
żyjemy,
na to, czy mamy pracę, czy jej nie mamy, czy
mamy
możliwości lepszego życia, czy ich nie mamy.
Wszyscy
natomiast, którzy się zajmują zawodowo
polityką
zagraniczną, doskonale wiedzą, że Polska,
przede
wszystkim dzięki wejściu do Unii Europejskiej,
zyskała
absolutnie historyczną szansę, historyczną
możliwość
pokonania różnic i zapóźnień, szczególnie
różnic
w poziomie rozwoju gospodarczego, zapóźnień
i
słabości polskiej gospodarki, a także, przepraszam,
dość
wyraźnych różnic w poziomie życia społeczeństw,
polskiego
i rozwiniętych krajów „piętnastki”, należących
do
tej pory do Unii Europejskiej. Ta historyczna
szansa
będzie trwała około 10 lat, nie dłużej. Przez
ten
czas będziemy krajem, co do zasilania którego
w
środki europejskie opory nie będą zbyt wielkie. Będą
one
narastały wraz ze zwiększającą się liczbą członków
Unii
Europejskiej. Najbliższe lata, te, w których
będziemy
w Unii Europejskiej za obecnego budżetu
Unii,
i te lata, na które już dziś przygotowujemy Narodowy
Plan
Rozwoju, od 2007 r. do 2013 r., to są lata,
które
możemy i musimy spożytkować na to, by Polska
zrobiła
wielki skok gospodarczy, cywilizacyjny i społeczny.
Jeżeli
te lata przepuścimy, jeżeli rozmienimy
się
na drobne, to drugiej takiej szansy, jak sądzę, w tym
wieku
Polska mieć nie będzie. Temu właśnie celowi,
wyraźnemu
ruchowi do przodu polskiej gospodarki,
poziomu
życia ludzi, szans, jakie Polacy mogą zyskać
dopiero
dzięki otwarciu na Europę, temu muszą być
podporządkowane
wszelkie działania wszystkich organów
państwa,
w tym polska polityka zagraniczna. To
trzeba
jasno powiedzieć. Temu ona powinna służyć.
Jest
czasem tak, że polityka zagraniczna, dyplomacja
– mająca
dłuższy horyzont i myśląca nie tylko o bieżących
warunkach
życia obywatela – rozmija się nieco
z
tym, co buduje się wewnątrz kraju. Jest to kwestia bezpieczeństwa,
kwestia
przyszłych sojuszy. Dziś mamy
okazję,
aby zadania, które musimy realizować, by wykorzystać
swoją
szansę, łączyć z tymi, które są związane
z
naszym bezpieczeństwem, i tymi, które są związane
z
naszą strategią na długą przyszłość.
Budowa
silnej pozycji Polski, wykorzystanie tej
szansy
wymaga spełnienia kilku podstawowych warunków.
Po
pierwsze, musimy mieć silną pozycję w Unii
Europejskiej,
bo tylko taka pozycja daje nam szansę
w
walce o środki, w walce o nasze interesy wtedy, kiedy
podejmowane
są na forach Unii Europejskiej najważniejsze
dla
nas decyzje.
Oczywiście
dziś mówimy: Potrzebujemy jak najwięcej
pieniędzy.
I to jest prawda, bez pieniędzy nie
ma
szans na rozwój. Jednak po to, aby te pieniądze
uzyskać,
Polska musi jawić się jako partner silny, ale
przewidywalny,
taki, który jest gotów współpracować:
umie
powiedzieć „nie”, ale też potrafi znaleźć konsensus,
zrozumieć
partnera, to, że partner też ma swoje
oczekiwania
i swoje interesy.
Taką
postawę Polska zaprezentowała w pracach
nad
konstytucją europejską. Byliśmy nieomal jedynym
państwem,
który sprzeciwiał się przyjęciu konstytucji,
czyli
właściwie nie akceptowaliśmy konstytucji bardzo
długo,
jednak potrafiliśmy też w pewnym momencie,
po
odpowiednich korektach traktatu, powiedzieć „tak”
i
znaleźć możliwość konsensusu, porozumienia z innymi
krajami.
Unia
Pracy uważa, że w roku bieżącym dla znaczenia
Polski
w Europie, dla znaczenia Polski w Unii Europejskiej
akceptacja
traktatu konstytucyjnego Unii jest
nieodzowna.
Jesteśmy absolutnie przeciwni różnym
sztuczkom
i kombinacjom, które są proponowane, aby
decyzję
w tej sprawie odkładać na jak najpóźniej, aby
referendum
w tej sprawie odbyło się jak najpóźniej.
Bogiem
a prawdą, nigdy nie wiadomo, czy ci, którzy
mówią,
że chcą późniejszego referendum, tak naprawdę
chcą
referendum, czy chcą doprowadzić do sytuacji, że
ważne
referendum się nie odbędzie. Decyzję podejmie
przyszły
parlament, zdominowany, jak wszystko na to
wskazuje,
przez siły niezbyt przychylne naszej integracji
z
Unią Europejską. My członkowie, sympatycy Unii
Pracy
będziemy namawiali do tego, aby referendum odbyło
się
w tym roku. Apelujemy do polskiego rządu, do
ministra
spraw zagranicznych, do premiera, będziemy
wspierali
ze wszystkich swoich sił wszystkie działania
na
rzecz poparcia traktatu europejskiego.
Szybki
rozwój gospodarczy, a właściwie inaczej:
miejsca
pracy, bardziej dostatnie życie naszych obywateli,
lepsze
możliwości pomocy tym, którzy nie są
w
stanie zarobić na siebie, a więc summa summarum
szybszy
rozwój gospodarczy jest możliwy wtedy, kiedy
mamy
uspokojoną sytuację wokół. Oczywiście
pierwsza
i zasadnicza kwestia to nasze dobre stosunki
wewnątrz
Unii Europejskiej, ulokowanie się w centrum
wydarzeń,
ulokowanie się w tym obszarze, co do
którego
nie ma wątpliwości, że są najważniejsi w nim,
ale
niezwykle ważne są też nasze stosunki z naszymi
najbliższymi
sąsiadami, z tymi sąsiadami, z którymi
brak
dobrych stosunków może na tyle angażować nas
wszystkich,
iż z szansy rozwojowej nie skorzystamy.
Mówię
oczywiście o stosunkach z Rosją i stosunkach
z
Niemcami. Z Rosją stosunki polityczne układają
się
w ostatnim czasie nie najlepiej. Wydaje się, że wina
leży
po obu stronach i że trudno będzie przełamać pewne
uprzedzenia,
pewne fobie, pewne kompleksy, które
są
również u nas w kraju, ale trzeba starać się je przełamywać,
trzeba
starać się szukać w partnerach tego,
co
dobre, a nie wyłącznie tego, co złe, trzeba starać się
szukać
wspólnych możliwości znajdowania rozwiązań,
a
nie wyłącznie podejrzewania drugiej strony o złe zamiary
i
niechęć.
Podobnie
stosunki z Niemcami. Wbrew pozorom
i
wbrew deklaracjom władz obu krajów – w tym zakresie
jest
lepiej, władze deklarują absolutną współpracę
– niestety
lista problemów narasta. Ta narastająca lista
problemów
pojawia się najpierw chyba po stronie niemieckiej.
Są
to kwestie odszkodowań osób fizycznych,
które
co prawda nie są popierane przez rząd, ale grożą
naszym
właścicielom gruntów, ziemi, kamienic, domów,
gospodarstw.
Reakcja z naszej strony jest bardzo
zdecydowana.
Niektórzy namawiają do niezwykle ostrej
reakcji,
co moim zdaniem jest absolutnym błędem.
Wydaje
się, że problemy, które są między Polską
a
Niemcami, można załatwić dobrze tylko wtedy, kiedy
nie
będzie zamiatało się ich pod dywan, kiedy będzie
mówiło
się jasno i jednoznacznie, gdzie jest problem
odszkodowań
i reparacji, ale gdzie jest też problem od-
szkodowań
dla osób fizycznych np. wyjeżdżających do
Niemiec
po latach 50., w każdym razie nie bezpośrednio
w
wyniku przesunięcia granic.
I
jeszcze jeden obszar spraw – panie marszałku,
będę
się zbliżał do końca, ale proszę o pewną wyrozumiałość
– a
mianowicie kwestia naszego bezpieczeństwa.
Polska
jak rzadko który kraj, Polacy jak rzadko
który
naród wiedzą, co znaczy wojna, jakie nieszczęścia
ze
sobą niesie, jakie dramaty, ile zniszczonych planów,
ilu
zabitych i okaleczonych psychicznie i fizycznie
ludzi.
W związku z tym nie ma żadnej wątpliwości,
że
naszym nadrzędnym i strategicznym celem całej
polityki
zagranicznej, w tym realizowanej w tym roku,
jest
kwestia bezpieczeństwa Polski.
Chcąc
być bezpieczni, wstępujemy do Unii Europejskiej,
to
są gwarancje bezpieczeństwa, ale przede
wszystkim
chcąc być bezpieczni, staliśmy się członkiem
NATO.
Chcąc być bezpieczni, zdecydowaliśmy
się
na strategiczną współpracę, na strategiczne partnerstwo
ze
Stanami Zjednoczonymi. W ramach tego strategicznego
partnerstwa
zdecydowaliśmy się wesprzeć
naszego
partnera w wojnie irackiej, w wojnie, która
miała
wyeliminować kraj grożący bronią masowego
rażenia.
Okazuje się, że tej broni tam nie było. Unia
Pracy
miała spore wątpliwości, czy wysłanie polskich
wojsk
na tę wojnę jest słuszne. Dziś nie mamy żadnych
wątpliwości,
że trzeba polskie wojska stamtąd wycofywać.
Chcemy
podziękować panu premierowi Belce i polskiej
dyplomacji,
że twardo stali na stanowisku, że wybory
w
Iraku muszą odbyć się z końcem stycznia, tak jak zadeklarowano,
i
że władzę trzeba przekazać Irakijczykom.
To
było pierwsze zobowiązanie, które złożył pan premier
Belka
w rozmowach z Unią Pracy i jedna z pierwszych
deklaracji,
która spowodowała, że poparliśmy rząd pana
premiera
Belki. Drugie zobowiązanie było takie, że
niezwłocznie
po powołaniu rządu irackiego wybranego
w
demokratycznych wyborach polska dyplomacja podejmie
zdecydowane
kroki w kierunku wycofania polskich
wojsk,
a w każdym razie aby w jak najkrótszym czasie
dokonać
wyraźnej zmiany ich statusu na wojska pokojowe,
wojska
ONZ. Oczekujemy tego drugiego roku. Rok
2005
będzie wyjątkowym sprawdzianem dla Polski, dla
rządu
polskiego, dla premiera i zobowiązań, które składał
mojemu
klubowi, ale nie tylko, składał je również społeczeństwu.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Bardzo wysoko
oceniamy
funkcjonowanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych,
polskiej
służby dyplomatycznej oraz osobę
pana
ministra Rotfelda. Wydaje się, że trudno panu
ministrowi
gratulować tego stanowiska, gratulujemy
rządowi
Polski, że ma takiego ministra spraw zagranicznych.
Mogę
obiecać w imieniu Unii Pracy, że będziemy
wspierali
działania ministra spraw zagranicznych,
rządu
i prezydenta. Będziemy również starali się
działać
w parlamencie. Będziemy wspierali działania
służące
tym celom, o których i pan minister mówił,
i
my mówiliśmy, a mianowicie wykorzystania przez
Polskę
historycznej szansy i budowania warunków do
tego,
aby ta historyczna szansa była możliwa do wykorzystania
przez
Polskę. Dziękuję za uwagę. (Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Romana Jagielińskiego
występującego
w imieniu Partii Ludowo-Demokratycznej.
(Poseł
Gabriel Janowski: Partii
czy klubu?)
Tak,
w imieniu Partii Ludowo-Demokratycznej.
(Poseł
Gabriel Janowski: Myślałem,
że tu mówi się
w
imieniu klubu lub koła.)
Poseł
Roman Jagieliński:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Mogę tylko powiedzieć,
że
rok 2004 w polityce zagranicznej jest pewnym
ukoronowaniem
naszych dążeń do wspólnej Europy,
do
tego, czego nam bardzo brakowało, bo czuliśmy
się
jakby odgraniczeni Odrą od tej swobody obywateli,
przestrzegania
wszystkiego, co nazywa się wolnym
rynkiem,
swobodą działalności gospodarczej, a przede
wszystkim
mieliśmy inne przyzwyczajenia, jeśli chodzi
o
realizację pewnych polityk, nawet sektorowych.
1
maja jest sukcesem. Zawsze prezentowałem ten pogląd,
prezentuję
i będę prezentował, bo uważałem, że
przystąpienie
do Unii Europejskiej to nie tylko sukces
pod
względem bezpieczeństwa dla naszego państwa,
ale
przede wszystkim tej odradzającej się demokracji
jeszcze
nie do końca ustabilizowanej, w procesie transformacji
ustrojowej.
Te wzorce, które zostały wypracowane
przez
lata, mogą tylko dobrze służyć Polsce,
Polakom
i polskiej gospodarce – jeszcze dodatkowo
podkreślam
– polskiej wsi i polskiemu rolnictwu.
Przypominam
sobie wieloletnie spory, jaki ma mieć
kształt
polityka rolna, polityka wobec wsi. W latach 90.
tu
na tej sali stronnictwa reprezentujące polską wieś
niejednokrotnie
wadziły się. Zawsze stałem na stanowisku,
że
ta polityka nie może być inna niż w Unii
Europejskiej,
tylko jest kwestia tego, kiedy do tej Unii
dostaniemy
się. Jak już weszliśmy, to sporów nie ma.
Dzisiaj
wiemy o tym, że jest określony poziom dopłat
bezpośrednich,
są określone wzorce działalności rolniczej,
musimy
tylko dbać o rynki, musimy też w tych
sprawach
aktywizować środowisko. Nie ma też sporu,
jaka
jest powierzchnia gospodarstwa. Gdyby nie dzień,
w
którym podpisaliśmy w Atenach traktat o przystąpieniu
Polski
do Unii Europejskiej, to może jeszcze
wadzilibyśmy
się o ustrój rolny. Dzisiaj mamy ten
ustrój
i wszyscy cieszymy się z tego. Nie ma sporów,
gospodarstwo
rodzinne od 1 ha do 300 ha. Stawiamy
na
rolnictwo konkurencyjne. Nie ma też sporu, ilu tych
rolników
ma być, bo dla każdego jest miejsce, każdy
swoją
przedsiębiorczością może zapewnić dziś byt rodzinie,
a
może także stworzyć takie warunki, że jego
następcy
będą się cieszyć, że będą także rolnikami. I to
jako
przedstawiciela polskiej wsi mnie bardzo cieszy.
Rok
2004 to regulacja także pewnych problemów,
które
dotyczą roszczeń między Polską a Niemcami.
Jak
tamci podnieśli głos, to i my to zaakcentowaliśmy
też
w tym parlamencie, o czym zresztą moi przedmówcy
już
mówili. Też określiliśmy, jakie mogą być
warunki,
co i komu się należy. I wreszcie ten rząd,
a
to były przecież dwa rządy: Leszka Millera i Marka
Belki,
doprowadził do tego, że z tamtej strony też
następuje
wyspokojenie, tak to określam: wyspokojenie,
bo
nie twierdzę, że uspokojenie i zrezygnowanie
z
żądań. Jeśli jednak już adresują te żądania, to nie do
nas
Polaków, nie do naszego państwa, nie do naszego
budżetu,
tylko do swojego niemieckiego budżetu, że
jeśli
im się należą rekompensaty z tytułu wypędzenia,
jak
to jeszcze określają – a ja to określam, że przede
wszystkim
zmiany miejsca zamieszkania z terytorium
Rzeczypospolitej
Polskiej na terytorium Niemiec – to
niech
żądają od tych, którzy doprowadzili do wybuchu
II
wojny światowej, do zajęcia Rzeczypospolitej i do
tego,
że te ziemie zostały nam zwrócone.
Rok
2004 to też sprawa iracka, trudna, ale zachowujemy
się
tutaj niezwykle przyzwoicie. Postanowiliśmy,
że
będziemy wspierać demokratyzację w Iraku,
postanowiliśmy
być partnerami w ramach Paktu Północnoatlantyckiego,
a
przede wszystkim partnerami
dla
największego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone.
Myślę,
że potwierdziliśmy tu tę wolę wielkim
wysiłkiem
i także wysokimi wydatkami. Oczywiście
zgadzamy
się z tym, że naród iracki winien stanowić
o
sobie. Moment wyborów, moment utrwalenia tej demokracji,
nawet
niech to będzie na wzór iracki, winien
być
przyczyną, żeby jak najszybciej te wojska z Iraku
wyszły,
ale wtedy, kiedy wychodząc stamtąd, będziemy
mieli
gwarancję, że znów nie odrodzi się reżim
w
stylu Saddama Husajna.
Rok
2004, i także możemy tu mówić o roku 2005, to
czas,
gdy powinniśmy kontynuować nasze stanowisko
w
sprawie Ukrainy. Myślę, że możemy to odnotowywać
z
sukcesem. Jest to wielka sprawa, a jednocześnie
efektywne
zachowanie się prezydenta i naszych służb,
w
tym także dzisiejszego marszałka Włodzimierza Cimoszewicza,
a
wtedy ministra spraw zagranicznych.
Radziłbym
jednak przyglądać się temu, monitorować,
być
aktywnym, żeby to, co zostało wykształtowane
w
ramach tzw. pomarańczowej rewolucji, nie zostało
zaprzepaszczone,
żeby znów nie odrodził się klimat
antypolski,
a byłem niejednokrotnie świadkiem zachowań
na
terenie Ukrainy, gdzie kilkanaście czy kilka lat
temu
tę antypolskość jeszcze się wyczuwało. Myślę, że
jeśli
dzisiaj są te pewne przewartościowania, to wzajemnie
powinniśmy
to szczególnie szanować i utrwalać,
tak
aby ta nowa władza nie dopuściła znów do czynów
nieprzyjaznych
Polsce. Myślę, że to, iż możemy
naród
ukraiński wesprzeć w drodze do Unii Europejskiej,
jest
dla nas szczególnie korzystne.
Dziś
pan minister i także moi przedmówcy mówili
o
Mołdowie, mówili też o Białorusi. Uważam, że tych
państw
też nie możemy zostawiać samym sobie w ich
polityce
zagranicznej i powinniśmy stwarzać im klimat
przyłączenia
do wspólnej Europy.
Brakuje
mi na pewno w polityce europejskiej jednego
obszaru.
Nie ma odniesienia, panie ministrze,
do
sytuacji na Bałkanach. Słyszałem, przeglądałem
wystąpienie,
jest odniesienie tylko do Słowenii jako
kraju,
który przystąpił do Unii Europejskiej. Na pewno
jesteśmy
bliscy Chorwatom, winny odżyć stare przyjaźnie
do
Serbów, ale nie zapomnijmy, że mamy tam
Macedonię,
że mamy tam Albanię. Źle działoby się
w
przyszłości w polityce europejskiej, gdyby całość się
uładziła,
a zostałby ten jeden, bardzo trudny do rozwiązania
problem,
który mógłby znów się odrodzić
za
kilkanaście czy kilkadziesiąt lat tak straszną rzezią
wzajemną,
jak to było na początku lat 90. Tu musimy
zdecydowanie
także aktywizować wszystko to, co jest
związane
z Unią Europejską czy z Paktem Północnoatlantyckim,
żeby
do podobnej sytuacji u nam bliskich
narodów
nie doprowadzić. Przecież prawda jest taka,
że
z częścią z nich prawie możemy się w języku polskim
porozumiewać,
tym bardziej nas to zobowiązuje,
żeby
tą polityką bałkańską się zająć.
Z
wielką satysfakcją, to chcę podnieść szczególnie,
przyjąłem
to zadanie ósme. „Po ósme – chcę to
odczytać
z
tego pańskiego wystąpienia, panie ministrze – polska
polityka
zagraniczna ma osiągnąć cele służące polskiej
gospodarce
i polskim podmiotom gospodarczym,
przedsiębiorstwom”.
Zapewne działania są, ale one są
przez
przedsiębiorców uważane za niewystarczające.
Ma
nastąpić ekonomizacja służb i myślę, że to jest ten
dobry
kierunek. Na pewno ten wyjazd, bardzo potrzebny,
do
Japonii, do Wietnamu, do Sri Lanki, on pokazał,
że
możliwości są. Ale jeśli patrzy się na możliwości
handlu
z Wietnamczykami, z którymi przecież kiedyś
bardzo
owocnie współpracowaliśmy, że w stosunku do
potencjału
nasze możliwości są wykorzystywane w tak
ograniczony
sposób, to trzeba mówić, że należy jeszcze
bardziej
intensywnie na tym polu pracować, żeby
dla
przedsiębiorców, dla polskiej gospodarki te warunki
zmienić.
Moi
przedmówcy i pan też mówił dużo o stosunkach
z
Rosją, o tej wzajemnej winie nawet mówił tu
mój
przedmówca Marek Pol. Ja uważam, że w nas, Polakach,
i
myślę, że w służbie dyplomatycznej jest zbyt
dużo
czegoś, co wywołuje u nas obawę, że Rosjanie
a
to ograniczą nam bezpieczeństwo energetyczne, a to
w
ogóle bezpieczeństwo. I jak mogą, stawiam to pytanie,
Rosjanie
ciągle myśleć o Polakach, jeśli my ich do
Polski
w układ ochrony własnych interesów prawie nie
wpuszczamy?
Byłem świadkiem wieloletnich dyskusji,
czy
mamy wpuścić do polskiej bankowości kapitał
rosyjski
czy też nie. Do tej pory tak jest, że nie mamy
wspólnego
banku. Bardzo często obsługę przedsięwzięć
gospodarczych,
kontraktów prowadzimy za pośrednictwem
banków
zewnętrznych. A jak dyskutujemy
teraz
w sposób szczególny, bo w komisji śledczej,
o
problematyce prywatyzacji, że mogliby zainwestować
w
Grupę Lotos czy w rafinerię, wtedy gdańską nazywaną,
to
przecież niemalże jeszcze dzisiaj wywołuje
to
odreagowywanie: Jak to, rosyjski kapitał u nas?
Przecież
jeden jest wiązany z kapitałem mafijnym,
drugi
jest wiązany niemalże z kapitałem, który reprezentowany
jest
przez agentów wywiadu czy szpiegów.
Jeśli
nie stworzymy klimatu, że oni będą mieć
interesy
u nas i będą je chronić, to nie ma co myśleć
o
tym, że będzie wzajemność z tamtej strony, że będą
nas
wpuszczać. Oni wpuszczają nas na ten rynek na
tyle,
na ile jest to potrzebne, żeby zabezpieczyć swój
interes,
swoje bezpieczeństwo, w tym także bezpieczeństwo
żywnościowe,
a potencjał nasz jest niewykorzystywany.
I
to nie jest związane li tylko z polityką
prowadzoną
przez pana resort. To jest także związane
z
polityką, którą prowadzą minister gospodarki, minister
infrastruktury.
Musi być inne podejście kompleksowe
całego
rządu, bądź parlamentu, inny klimat, nie
tylko
kwestia pokazywania, że my jesteśmy wielcy,
bo
może kiedyś nasi przodkowie byli też w Moskwie,
a
tamci mówią, że my jesteśmy więksi, dlatego że dzisiaj
postanowiliśmy
świętować wtedy, kiedy Polaków
z
Moskwy wypędzono. I o to bym wnosił, żebyśmy
rozpoczęli
też debatę ogólnonarodową, wielowątkową,
ponadpartyjną,
jak przewartościować to, żeby Rosja
jako
nasz najpoważniejszy partner spoza Unii Europejskiej
była
jednak inaczej ułożona w układzie gospodarczym,
tak,
żeby to przyniosło pozytywne efekty
dla
polskich przedsiębiorstw, bo to jest naczelny cel.
Myślę,
że należy przyczynić się do tego, aby Rosja
jak
najszybciej stała się członkiem WTO, bo to nam
zagwarantuje
stabilny układ w handlu zagranicznym,
w
eksporcie do Rosji. W imieniu Koła Poselskiego Partii
Ludowo-Demokratycznej
stwierdzam, że to, co zostało
powiedziane
w podsumowaniu roku 2004, a także
założenia
polityki zagranicznej na 2005 r. są przez nas
w
całej rozciągłości akceptowane. Będziemy głosować
za
przyjęciem informacji rządu pana prof. Marka Belki.
Dziękuję
za uwagę.
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi. (Oklaski)
Proszę
o zabranie głosu pana posła Antoniego Macierewicza
występującego
w imieniu Ruchu Katolicko-
Narodowego.
Poseł
Antoni Macierewicz:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!
Ruch
Katolicko-Narodowy będzie głosował za odrzuceniem
pana
informacji, pana stanowiska. Będziemy
głosowali
za odrzuceniem, chociaż odmiennie niż
pan
poseł przewodniczący Jagieliński, który wyczytał
w
pana sprawozdaniu uznanie, że Rosja jest naszym
najpoważniejszym,
głównym partnerem spoza Unii
Europejskiej,
dostrzegliśmy hierarchizację, jaką pan
uczynił,
i zdajmy sobie sprawę z tego, że w tym, co
pan
przedstawia, mowa jest o tym, że jednak stosunki
transatlantyckie
są najważniejsze i że Stany Zjednoczone
są
głównym partnerem.
Aprobujemy
to w pełni, uważamy to za właściwe
ustrukturalizowanie
naszych stosunków. Po raz pierwszy
tak
jasno zostało to przedstawione. Cieszymy się
z
jednoznaczności w tej materii, witamy ją z zadowoleniem.
Chcę
również szczególnie podziękować panu ministrowi
za
coś, co w tradycji rządów postkomunistycznych
nigdy
jeszcze nie miało miejsca, mianowicie za tak
jednoznaczne,
stanowcze i zdecydowane wskazanie, że
w
stosunkach z Niemcami, w stosunkach z całym światem
musi
zostać wypowiedziana i przypominana prawda
o
genezie obozów śmierci, zagłady, zakładanych na terenie
Polski
przez okupantów niemieckich, hitlerowskich,
które
były niemieckimi obozami umiejscowionymi na
terenie
Polski. Szczególnie za to dziękuję, panie ministrze,
bo
ten obowiązek, który ciążył na Ministerstwie
Spraw
Zagranicznych, dotychczas był lekceważony,
a
pan go podjął. Dobrze, że tak się stało.
Równocześnie
jednak muszę powiedzieć, że w wielu
zupełnie
zasadniczych sprawach nie możemy wyrazić
zgody
na zaproponowane przez pana kierunki działań.
Zdajemy
sobie sprawę z tego, że wszedł pan w cudze
buty
– jeżeli tak można powiedzieć – że kontynuuje pan
pewną
rozwiniętą już linię polityczną i nie sposób dokonać
jednoznacznej
zmiany nagle, zwłaszcza że reprezentuje
pan
tę samą koalicję i ten sam rząd, który zainicjował
te
błędne kierunki.
Myślę
przede wszystkim o tym wszystkim, co wiąże
się
z przedstawieniem optyki związanej z Unią Europejską,
a
zwłaszcza z konstytucją Unii Europejskiej. Można
powiedzieć,
że pod tym względem rok 2004 – tu kieruję
uwagę
do posłów z SLD i SdPl – był rokiem kompromitacji
i
katastrofy. Nie było żadnej konieczności takiego
uzależniania
się od Unii Europejskiej, jak to uczyniono.
Rząd
miał jednoznaczne poparcie całego Sejmu Rzeczypospolitej,
by
nie podpisywać, nie aprobować traktatu
konstytucyjnego
Unii Europejskiej na tak upokarzających
i
negatywnych dla Polski warunkach. I nie chodzi
o
okrzyki: „Nicea albo śmierć”, bo nie chodzi mi o
demonstrację;
chodzi
o systematycznie wyrażaną wolę Sejmu
w
obronie polskiej racji stanu. Proszę nie tłumaczyć,
że
odrzucenie traktatu o Unii Europejskiej oznaczałoby
załamanie
polityki polskiej, oznaczałoby katastrofę, że
jest
jakimś wyrazem antyeuropeizmu. Jest wręcz odwrotnie.
Obrona
polskich interesów narodowych od kilkuset
przynajmniej
lat jest fundamentem europejskiego
sposobu
prowadzenia polityki. Tego, niestety, zabrakło.
Zapowiadane
w pana exposé dążenie do przeforsowania,
do
akceptacji konstytucji Unii Europejskiej jest jednym
z
fundamentów pana polityki, i uniemożliwia wsparcie
tej
polityki, bo jest to polityka błędna, pozostająca
w
strukturalnym konflikcie z tym, co pan sam, i słusznie,
zapowiada
jako najistotniejsze dla polskiej polityki:
z
umacnianiem więzów, z umacnianiem sojuszu, z oparciem
polskiej
polityki bezpieczeństwa na sojuszu ze
Stanami
Zjednoczonymi. Można oczywiście ze względów
dyplomatycznych
różnie to niuansować i różnie
to
opowiadać, ale faktycznie tak jest. Ta pomyłka pana
posła
Jagielińskiego nie jest żadnym przypadkiem. Jest
oczywistością,
że jeśli na pierwszym miejscu się podejmuje
i
stawia sprawę Unii Europejskiej, to z tyłu, za
rogiem,
nawiązując do znanego w tej sprawie felietonu
z
drugiej połowy lat pięćdziesiątych, stoi Rosja. Tak
rzeczywiście
jest. Rozumiem pana Jagielińskiego, że
głosuje
za takim ujęciem sprawy, ale z tego samego
powodu
my za tym głosować nie możemy.
Na
tym tle muszę powiedzieć o dwóch kwestiach
niesłychanie
istotnych. Sprawa pierwsza to stosunki
z
Rosją w aspekcie gospodarczym. Panie ministrze,
dzisiaj
jesteśmy świadkami wielkiej katastrofy polskiej
polityki
gospodarczej. I powiem szczerze, że z zażenowaniem
muszę
stwierdzić, że nikt tego słonia, który stoi
dzisiaj
w Polsce, nie chce dostrzec. Oto w ciągu ostatnich
godzin,
ostatnich dni przyszła do Polski wiadomość
o
zerwaniu kontraktu na dostawy 40% ropy naftowej do
Polski.
To dorobek tego rządu. To jest skutek nieodpowiedzialności,
jeśli
chodzi o prowadzenie polityki
wobec
Rosji, tego rządu, to skutek zerwania z tradycją
dotyczącą
znalezienia alternatywnych źródeł zasilania
energetycznego.
Rząd pana Millera i pana Pola – przepraszam,
chociaż
był wicepremierem; myślę oczywiście
o
panu Belce – a także pan Kwaśniewski wprowadzili
Polskę
w pułapkę, z której teraz rzeczywiście nie bardzo
jest
wyjście. Odłożono na lata, jeżeli nie zaprzestano
w
ogóle starań o uruchomienie rurociągu Odessa – Brody
– Gdańsk.
Uzależniono nas od jednej firmy, która nie
ma
żadnych bankowych zabezpieczeń, a która dzisiaj
jest
rosyjską firmą państwową, i pan prezydent Putin
szantażuje
de facto Polskę, mówiąc: Albo oddacie Ra-
finerię
Gdańską, albo kurek będzie zakręcony. Jest to
sytuacja,
do której doprowadziła polityka gospodarcza
wobec
Rosji. Nie jest to pana wina, mamy tego świadomość,
ale
pan nawet nie wskazał kierunków rozwiązania
w
przyszłości tej dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła
się
Polska. Nie sposób pominąć tej kwestii. Jestem
zawiedziony,
że ta sprawa w żaden sposób nie została
podniesiona.
I
druga sprawa to oczywiście kwestia niemiecka.
Jak
mówiłem na wstępie, cieszę się z takiego zasygnalizowania
kwestii
związanych z propagandą nienawiści
wobec
Polski, z jaką mamy do czynienia. Ale nie
mogę
nie zauważyć, że pominął pan zupełnie kwestie
należnych
Polsce reparacji i narastających ze strony
niemieckiej
żądań odszkodowań. W świetle przyrzeczeń
pana
poprzednika, pana Cimoszewicza, który
wprost
powiedział, że Polska będzie płaciła i będzie
zwracała
mienie tzw. późnym przesiedlonym, wymaga
to
deklaracji nowego ministra spraw zagranicznych. To
musi
tu paść nie tylko ze względu na stosunki międzynarodowe,
lecz
także ze względu na konsekwencje dla
budżetu
państwa i dla bezpieczeństwa wewnętrznego
Polski,
poczucia bezpieczeństwa wewnętrznego 1/3
ludności
Polski. Nie można nad tym przejść do porządku
dziennego
w żadnym wypadku.
I
ostatnia już kwestia, panie marszałku, naprawdę,
to
skandaliczne zupełnie niechlujstwo, błędy, jakaś nieprawdopodobna
arogancja
w prowadzeniu dotychczas
spraw
Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Kulminacją
tego
jest ten dokument kilkudziesięciu błędów,
niezgodności
– nawet byłbym gotów zastanawiać się
nad
tym, czy nie należy powiedzieć: fałszerstw – związanych
z
tłumaczeniem traktatu o Unii Europejskiej.
Mamy
tu do czynienia z dwiema sprawami. Po pierwsze,
jak
powiedział pan wiceminister Wolski na posiedzeniu
komisji,
sprawa ta znana była ministerstwu już
w
listopadzie. Prawda, panie ministrze? Tymczasem
termin
druku tego dokumentu to grudzień. Dlaczegóż
Ministerstwo
Spraw Zagranicznych dopuściło do tego,
że
wydrukowano taki dokument? Dlatego ośmieliłem
się
rozważyć, zaznaczyć, czy nie mamy do czynienia
z
działalnością intencjonalną, a nie tylko skandalicznym
i
karygodnym niechlujstwem. Tutaj, panie ministrze,
zapewne
pan to lepiej wie niż ja, bo myślę, że
pan
to analizował, są zmiany, których konsekwencje
są
nieprawdopodobne. Na przykład olbrzymie zwiększenie
roli
Banku Europejskiego i jeszcze większe
uzależnienie
finansów Polski niż wynika z traktatów.
Na
przykład konsekwencją tych zapisów, gdyby one
przeszły,
sfałszowanych, tylko tak mogę powiedzieć,
byłoby
po prostu zlikwidowanie polskiego przemysłu
zbrojeniowego,
nieuprawnione zwiększenie pozycji
przewodniczącego
Rady Europejskiej. Wymieniam
tylko
niektóre najbardziej skandaliczne konstytucyjne
rzeczy.
To są zmiany wobec i tak daleko idących,
jeśli
chodzi o zwiększenie tych uprawnień w traktacie
o
konstytucji Unii Europejskiej. A więc rodzi się pytanie,
czy
nie mieliśmy do czynienia z przyzwoleniem
przynajmniej
Ministerstwa Spraw Zagranicznych na
rzecz
zupełnego pozbawienia Polski suwerenności
finansowej
i gospodarczej. Dlatego, na koniec, panie
ministrze,
trzeba powiedzieć – i to też nie padło w pana
exposé,
a powinno jednak paść, jeżeli poważnie traktujemy
swoją
odpowiedzialność za reprezentację interesów
państwowych
i narodowych Polski – traktat o Unii
Europejskiej
pozbawia Polskę suwerenności państwowej.
Można,
wyobrażam sobie jako człowiek, choć już
nie
jako obywatel Polski, mieć stanowisko aprobujące
taki
stan rzeczy, ale nie wolno o tym nie powiedzieć,
przed
obywatelami, którzy będą musieli rozstrzygnąć,
czy
chcą zrezygnować z suwerenności, nie wolno tego
zatajać.
I właśnie dlatego będziemy głosowali przeciwko
temu
exposé, choć jego nowe elementy, nowe wartości
i
nowe kierunki naprawdę doceniamy. Dziękuję
bardzo.
(Oklaski)
Wicemarszałek
Tomasz Nałęcz:
Dziękuję
panu posłowi.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Jana Łopuszańskiego
występującego
w imieniu Koła Poselskiego Porozumienia
Polskiego.
Poseł
Jan Łopuszański:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze
Spraw
Zagranicznych! To prawda, że trwałość polityki
zagranicznej
w czasie i jej poparcie przez główne
siły
w państwie jest istotną przesłanką dobrych owoców
tej
polityki dla narodu i państwa, co pan podkreślił
w
swoim wystąpieniu, ale pod warunkiem, że założenia
tej
polityki są adekwatne do wyzwań, przed którymi
stoi
naród i jego państwo. Muszę przyznać, że pańskie
exposé
charakteryzuje ciągłość głównych założeń
w
stosunku do założeń poprzednich czy to lewicowych,
czy
prawicowych rządów. I po raz kolejny pragnę powiedzieć,
że
te założenia są u samych fundamentów
błędne
i źle służą Polsce.
Zanim
przystąpię do uzasadnienia tej tezy chciałbym
jednak,
wzorem kilku innych uczestników tej debaty,
podziękować
panu ministrowi za jedną nową rzecz
w
jego exposé, mianowicie za pierwszą tak jasną i tak
zdecydowaną
deklarację ministra spraw zagranicznych
obrony
dobrego imienia Polski przed oszczerstwami,
które
na Polskę, na naród polski są rzucane w świecie,
gwoli
przypomnienia tego, że byliśmy ofiarą hitlerowskiego
ludobójstwa,
a nie narodem za to ludobójstwo
współodpowiedzialnym.
Życzę skutecznej realizacji
tej
deklaracji.
Wysoka
Izbo! Zazwyczaj pierwsze słowa exposé ministra
spraw
zagranicznych, zresztą nie tylko w Polsce,
nawiązują
do określenia zasadniczego celu polityki zagranicznej
w
ogóle jako takiej. I zazwyczaj w związku
z
tym te słowa dotyczą bezpieczeństwa narodowego,
państwowego
danego państwa, które minister spraw
zagranicznych
reprezentuje. W wypadku Polski tak to
nawet
wynika z Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Pierwsze
słowa wystąpienia pana ministra spraw zagranicznych
tym
razem nie dotyczyły odpowiedzialności za
bezpieczeństwo
narodowe Polski, lecz odpowiedzialności
za
wspólną politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa
Unii
Europejskiej.
Przypominam
sobie, że kiedy prowadziliście państwo
Polskę
do Unii Europejskiej, z czym tak bardzo
głęboko
się nie zgadzałem, to zapewnialiście, że obecność
w
Unii zapewni Polsce wielorakie bezpieczeństwo.
Czyli
krótko mówiąc, że ma być narzędziem
polskiego
bezpieczeństwa. Ja się z tą tezą nie zgadzam,
ale
dziś wypada mi podkreślić, że obecnie poszliście
państwo
dalej. Mianowicie dbacie o bezpieczeństwo
Unii
i skuteczność jej polityki zagranicznej, a bezpieczeństwo
Polski
i kształt polskiej polityki zagranicznej
uzależniacie
od stanowiska Unii, czyli czynicie je
funkcją
polityki unijnej.
Jeden
z uczestników tej debaty, przedstawiciel SdPl,
nadał
temu nawet charakter pewnej doktryny, sformułował
zdanie:
„Co dobre dla Unii – dobre dla Polski”.
Mnie,
mimo wszystkich okoliczności, gdzie się powinienem
przestać
dziwić, nieustannie zaskakuje i dziwi
skłonność
do odgrzewania starych i smutnych haseł
z
polskiej przeszłości. Przecież kiedyś to hasło brzmiało:
„Co
dobre dla Związku Radzieckiego – jest dobre
dla
PRL”. Oczywiście to nie pan minister tego użył.
Mam
wrażenie – mówię to do pana, bo pan to exposé
przedstawiał,
mówię do pańskiego rządu, ale także
do
kolejnych rządów, które tę politykę prowadzą – że
chyba
państwo nie jesteście zdolni lub nie chcecie być
zdolni
do wyrażania samodzielnej polskiej myśli politycznej.
W
stosunkach wewnątrzunijnych nie jesteście
w
ogóle zdolni do określania rzeczywistych zagrożeń
Polski,
wewnątrz Unii. A w stosunkach z krajami spoza
Unii
nie jesteście zdolni do określania zagrożeń
i
stawiania propozycji w oderwaniu od propozycji, które
stawia
Bruksela czy główne unijne stolice. I to nawet
gdyby
ta polityka miała być w tym czy innym punkcie
w
sposób wyraźny niekorzystna dla Polski.
To
wasze stanowisko będzie jeszcze Polskę bardzo
dużo
kosztować, zwłaszcza gdy okaże się np., że nie
da
się odrodzić – tu używam pańskich słów – „ducha
transatlantyckiej
wspólnoty i przełamać urazów, które
narosły
w ostatnich dwóch latach”. Jestem bardzo
wdzięczny
za bardzo jasny język pańskiego dzisiejszego
exposé,
ale ten jasny język pański im jest jaśniejszy,
tym
bardziej pokazuje niespójność podstawowych
założeń
tej polityki. Unia, do której została wprowadzona
Polska,
przecież po to powstała, żeby zjednoczona
Europa
mogła – tu znowu użyję pańskich słów
– „zmierzyć
się ze Stanami Zjednoczonymi”. Jak pan
chce
w tych warunkach odrodzić ducha transatlantyckiej
współpracy,
zamówić jakąś stronę trzecią, która
będzie
chciała się zmierzyć jednocześnie z Unią i jednocześnie
ze
Stanami Zjednoczonymi?
Przyznaje
pan, że w sprawie współpracy atlantyckiej
mamy
stanowisko wspólne z Anglią, a rangę stosunków
z
Anglią lokuje pan daleko za rangą stosunków
z
Niemcami. Zauważa pan, że Unia, zwłaszcza Niemcy
i
Francja, podnoszą rangę swoich stosunków z Rosją.
Jako
człowiek zorientowany wie pan, co to oznacza
dla
perspektywy współpracy transatlantyckiej, a rozwój
stosunków
z Rosją – polskich stosunków z Rosją
– lokuje
pan bardzo daleko w hierarchii polskich celów
politycznych.
Wie pan, jako człowiek znający historię,
że
współpraca Moskwy i Berlina nigdy nie rodziła
skutków
korzystnych dla Polski – delikatnie to mówię.
A
jednocześnie rozwój stosunków polsko-rosyjskich
uzależnia
pan od wspólnej polityki zagranicznej Unii,
która
na kierunku wschodnim jest kierowana przez
Niemcy.
Tak
na marginesie tej debaty, tutaj padły sformułowania
o
gospodarczych stosunkach z Rosją i co to
oznacza.
Miałem także okazję uczestniczyć w rozmowach
z
Rosjanami. W Polsce inwestycja w dobre stosunki
z
Rosją, po doświadczeniach, które mamy, to jest
ryzyko.
Osobiście należę do tych polskich polityków,
którzy
gotowi są takie ryzyko ponosić, trzeba jednak
bardzo
wyraźnie jedno powiedzieć – na płaszczyźnie
jawnych
stosunków politycznych, stosunków między
rządami,
między państwami, a nie na zasadzie podskórnych
stosunków
agenturalnych, gospodarczych,
co
tutaj niektórzy postulowali, nie pan minister. Jednak
obecnie
rząd pański i elity polityczne, które pan
m.in.
przed nami tu reprezentuje, z powodu stabilizacji
stosunków
z Rosją właśnie podskórnie mają poważne
kłopoty
polityczne.
Mam
wrażenie, panie ministrze, iż pan nie rozumie
albo
udaje, że nie rozumie, jaką ogromną rangę
ma
w tej sytuacji możliwość maksymalnie swobodnej
polskiej
reakcji, reakcji polskiej polityki zagranicznej
na
kierunku wschodnim. Jednocześnie popiera pan
zmiany
ustrojowe wewnątrz Unii związane z konstytucją,
których
wprowadzenie jeszcze bardziej ograniczy
możliwość
swobodnej reakcji Polski. Argument, którego
pan
używa, chcąc nas do tego przekonać, jest argumentem
z
lęku: jeśli się nie zgodzimy na konstytucję,
to
będziemy izolowani, jeśli się nie zgodzimy na konstytucję,
to
grozi nam Europa dwóch prędkości. Panie
ministrze
spraw zagranicznych, nam grozi, że z nami
się
nie będą liczyć – z nami już się nie liczą, bo my
sami
z sobą się nie liczymy. W świecie, który ogranicza
prawa
narodów i który w sposób nieuczciwy dyskutuje
o
prerogatywach narodów, na przykład mówi – cytuję
pana
ministra – że nie stracimy w Unii tożsamości
narodowej,
kiedy wszyscy wiedzą, że nie o tożsamość
narodową
się spieramy, tylko o atrybuty suwerenności,
w
tym świecie polska polityka zagraniczna nie tylko
nie
broni zasady praw narodu, ale uczestniczy w jej
wypieraniu
ze współczesnych stosunków międzynarodowych.
W
imię sprzeciwu wobec takiej polityki ja
zgłaszam
wniosek o odrzucenie pańskiej informacji.
I
na zakończenie. Przed Trybunałem Konstytucyjnym
zawisły
trzy wnioski o stwierdzenie niezgodności
traktatu
ateńskiego z Konstytucją Rzeczypospolitej,
czyli
wnioski o stwierdzenie nielegalności tego traktatu.
Sprawa
się przeciąga. I w tym czasie rząd polski
zawiera
kolejne zobowiązania, '64okonuje kolejnych
rezygnacji,
na przykład w procedurach prac nad konstytucją.
Wnioski
z tego są dwa, panie ministrze. Po
pierwsze...
Już
kończę, panie marszałku.
…nie
jest dobre dla Polski, żeby sprawy rozstrzygnięć
przed
Trybunałem Konstytucyjnym przeciągały się aż
tak
bardzo. Ja rozumiem, że to jest adres nie do pana.
I
po drugie, nie jest dobry pośpiech polskiej dyplomacji,
polskiego
rządu w zaciąganiu kolejnych takich
zobowiązań
i dokonywaniu rezygnacji, bo wtedy
właśnie
dopiero, przy tym pośpiechu, okazuje się, że
największym
osiągnięciem polskiej dyplomacji są
„osiągnięcia”
w zakresie tłumaczenia tekstów traktatów
międzynarodowych.
I w związku z tym mam też
prośbę
do pana jako poseł, który reprezentuje grupę
kilkudziesięciu
kolegów przed Trybunałem Konstytucyjnym
w
sprawie wniosku o niezgodność traktatu
ateńskiego
z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej,
o
dostarczenie mi kserokopii oryginalnych, pełnych,
parafowanych
dokumentów z Kopenhagi oraz oryginalnych
podpisanych
dokumentów traktatu ateńskiego.
Chciałbym
je porównać. Dziękuję bardzo.
(Przewodnictwo
w obradach obejmuje wicemarszałek
Sejmu
Donald Tusk)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję,
panie pośle.
Głos
zabierze pan poseł Jan Olszewski, Ruch Odbudowy
Polski
i Dom Ojczysty, jeśli dobrze zapisałem.
Tak,
panie premierze, w imieniu obu kół.
Proszę
uprzejmie.
Poseł
Jan Olszewski:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!
Zabierając
głos w imieniu kół poselskich Ruchu Odbudowy
Polski
i Domu Ojczystego, chciałbym tutaj zasygnalizować
pewien
nietypowy z naszej strony wstęp, bo
zaczynający
się od komplementu pod adresem ministra
rządu,
który zasadniczo kontestujemy. Nie chodzi mi o te
pochwały
rzeczy oczywistych w pana wystąpieniu, które
pan
już tutaj zebrał. My się do nich oczywiście gorąco
przyłączamy.
Mnie jednak chodzi o jedno zdanie w pana
przemówieniu,
zdanie rzeczywiście w sposób niesłychanie
precyzyjny
określające kluczowy interes polityki
międzynarodowej
Polski, podstawowy dla tej sprawy.
To
zdanie brzmi: „Nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi
są
ważne przede wszystkim dlatego, że tylko Ameryka
jest
w stanie dać Polsce gwarancję bezpieczeństwa,
i
to w najbardziej wiarygodnym wydaniu”.
Panie
ministrze, chwała panu za to stwierdzenie,
ponieważ
od lat tak wyraźnego określenia istoty interesów
naszego
bezpieczeństwa nie słyszeliśmy w wydaniu
żadnego
z ministrów spraw zagranicznych kolejnych
rządów.
Ja to przyjmuję ze szczególną satysfakcją,
bo
występując tutaj po raz pierwszy bezpośrednio po
udzieleniu
mi mandatu przez Sejm do tworzenia rządu
Rzeczypospolitej
w grudniu 1991 r., starałem się
– choć
może nie tak wyraźnie to wypadło, jak u pana,
ale
starałem się – tę oczywistą prawdę sformułować
i
określić jej polityczne konsekwencje.
Żałuję,
że to zdanie jest włączone w jakiś szeroki
kontekst,
a nie znajduję go na pierwszym miejscu, na
samym
początku pańskiego exposé. Myślę, panie ministrze,
że
występuje pewna zasadnicza sprzeczność
między
tą oczywistą formułą określającą podstawy
polskiej
racji stanu w stosunkach międzynarodowych
a
całym wywodem, który tutaj jest zawarty, w szczególności
z
tą jego częścią, gdzie omawiana jest nasza
polityka
europejska, polityka dotycząca naszej pozycji
w
Unii Europejskiej.
Chciałbym
od razu się zastrzec, że formuła podkreślająca
wagę
stosunków polsko-amerykańskich, nie
może
i nie powinna być kształtowana, tak jak się to często
dzieje,
ani na emocjach, ani na specyficznej tradycji,
która
wywodzi się jeszcze z PRL-u, mianowicie tradycji
uznawania
dyktatu silniejszego „partnera” absolutny
priorytet
naszej polityki zagranicznej. Słowo „partner”
oczywiście
używam tutaj w cudzysłowie. Ta polityka
zakłada,
że jeżeli chcemy, aby nasze interesy były
jakoś
respektowane, uznane, to musimy bezwzględnie,
całkowicie,
w każdej sytuacji podporządkować się
roszczeniom
i żądaniom drugiej strony. Tak wyglądały
stosunki
między Polską Rzeczpospolitą Ludową, nawet
w
najlepszych jej okresach, a sowieckim protektorem.
Ta
tradycja przez znaczną część polskiej elity politycznej,
zwłaszcza
tej wywodzącej się z tamtego układu,
jest
automatycznie przenoszona na nowe sytuacje i na
nowe
stosunki. Rzeczywiście Stany Zjednoczone są
w
tej chwili hegemonem świata zachodniego. To jest
bezsporne.
Jedynie Stany Zjednoczone zapewniają
stabilność
i bezpieczeństwo euroatlantyckiego. To jest
prawda,
której nie chcę wartościować. Jedni przyjmują
to
z radością, '64la innych to jest powód głębokiej troski.
Można
to oceniać jako zjawisko bardzo optymistyczne,
można
wprost przeciwnie, jako powód rozpaczy. Ja to
po
prostu przyjmuję jako fakt, od tego nie ma ucieczki,
i
z którego muszą być w polskie polityce wyciągnięte
wszystkie
konsekwencje. A konsekwencje są następujące.
My
w naszej polityce europejskiej powinniśmy
i
robić wszystko, tak jak pan w swoim wystąpieniu
deklaruje,
aby nie dopuścić do demontażu struktur
Paktu
Północnoatlantyckiego. Musimy zrobić wszystko
co
można dla przywrócenia, właściwych, by nie
użyć
słowa „zdrowych” stosunków między Europą
i
Stanami Zjednoczonymi. Ale to nie jest tylko w zakresie
naszej
mocy. My się mamy najusilniej o to starać,
ale
wypadki mogą się przecież potoczyć inaczej. I trzeba
sobie
w tym momencie powiedzieć, że oto wyraźnie
kształtuje
się wśród europejskiej elity politycznej,
zwłaszcza
tej lewicowej (choć muszę przyznać, że nie
tylko)
nowa orientacja, orientacja antyamerykańska,
orientacja
nastawiona na budowę Europy rywalizującej
ze
Stanami Zjednoczonymi, zmierzająca do stworzenia
konkurencyjnego
wobec USA układu. Nazwę
tę
orientację kontynentalną, bo ona jest oparta na założeniu
ścisłej
współpracy nie amerykańsko-europejskiej,
tylko
unijno-rosyjskiej. Jakie wynikają z tego
implikacje
dla Polski w świetle doświadczeń historii
XX
wieku? Każde słowo w tej sprawie byłoby na tej
sali
zbędne.
Dlatego
chciałbym w świetle tego powiedzieć kilka
słów
o naszej polityce europejskiej. Z przyjętej przez
pana
formuły wynika w istocie polityka podwójnej lojalności:
lojalności
wobec amerykańskiego partnera i
lojalności
wobec naszych partnerów, zwłaszcza tych
wiodących
partnerów, w Unii Europejskiej. To może
być
bardzo korzystna polityka, jeżeli przyjąć, że prawdziwe
jest
przysłowie: pokorne cielę dwie krowy ssie.
Jeśli
przysłowia są mądrością narodów, to być może ta
polityka
ma jakiś sens. Ale też taka polityka w wypadku
jakiegoś
głębszego kryzysu międzynarodowego,
a
ten jeżeli patrzy się realnie na to, co widzimy dzisiaj
w
Europie, jest możliwy w każdym czasie, może
się
sprawdzić. I wobec tego musi być sformułowana
alternatywna
linia polskiej polityki na taką właśnie
sytuację,
linia oparta o budowanie i umacnianie formalnego
statusu
szczególnych stosunków polsko-amerykańskich.
Z
pana wystąpienia wynika, że ten status
już
właściwie osiągnęliśmy, w moim przekonaniu my
właściwie
osiągnęliśmy zaledwie możliwość zbliżenia
się
do progu tego statusu, bo to jest dzisiaj stan rzeczy
nieoparty
na żadnych formalnych porozumieniach
poza
zobowiązaniami wynikającymi z zapisów Paktu
Północnoatlantyckiego.
Otóż struktury tego paktu są
dziś
w kryzysie i w związku z tym trzeba myśleć o alternatywnym
zabezpieczeniu
w bezpośrednich polsko-
-amerykańskich
stosunkach. To jest bardzo trudne. Ale
ten
trud trzeba podjąć, bo nie ma innej możliwości, bo
nie
ma innej alternatywy. To jest jedyne trwałe zabezpieczenie.
Nie
widzę w programie polskiej polityki zagranicznej
przedstawionym
przez pana założeń, które
by
tę perspektywę zapewniały.
I
druga sprawa, o której tu zresztą mówiono –
jeżeli
w
polityce europejskiej przyjmujemy takie założenie
(ono
pośrednio, ale wyraźnie z tego dokumentu wynika),
że
jesteśmy gotowi przyjąć z dobrodziejstwem
inwentarza
pakt konstytucyjny europejski i wszystko,
co
z niego wynika, dla możliwości prowadzenia własnej
polityki
zagranicznej, będziemy za wszelką cenę
starali
się przeprowadzić jego ratyfikację, za cenę korzyści
w
przyszłym budżecie Unii Europejskiej, to to
jest
postawa, którą właściwie określa inne przysłowie,
które
mówi o tym jak trudno jest jednocześnie wziąć
pieniądze
i cnotę zachować. To się tylko bardzo rzadko
udaje.
Dlatego
myślę, panie ministrze, że w tej sprawie
nie
da się uzgodnić wspólnej polityki zagranicznej
dla
Polski między wszystkimi orientacjami na tej
sali.
Niestety to nas dzieli dzisiaj i to nas podzieli w
przyszłości.
I
ostatnia sprawa – bo mój czas zbliża się do granicy,
właściwie
już przekroczył granicę cierpliwości
pana
marszałka. To jest ta jedna sprawa, którą uważam
za
szczególnie ważną. Jest sprawa naszych stosunków
z
Niemcami. Nie można nie poświęcić jej choćby kilku
słów,
ale muszę przypomnieć, że myśmy w tej sprawie
– my,
to znaczy ta Izba – mieli obiecaną specjalną debatę,
że
była taka obietnica złożona jeszcze przez pana
wówczas
ministra, dzisiaj marszałka Cimoszewicza.
Liczę
na to, że pan marszałek, skoro złożył wtedy tę
obietnicę,
to jej dzisiaj dotrzyma, że będziemy jeszcze
mieli
okazję mówienia szerzej o polityce niemieckiej na
tej
sali. To jest absolutnie konieczne, ponieważ nie może
być
potraktowana wyłącznie jako margines ogólnych
założeń
polskiej polityki.
W
sprawie niemieckiej zostało popełnione w ciągu
minionego
14-lecia pasmo ciężkich błędów. I to też wyraźnie
trzeba
powiedzieć. Te błędy polegały na tym, że
zostawialiśmy
nierozstrzygnięte, otwarte do interpretacji
podstawowe
sprawy między Polską a Niemcami, wynikające
z
konsekwencji II wojny światowej. Poczynając
od
traktatu z 1991 r., a kończąc na ostatnich porozumieniach
rządowych,
my właściwie cały czas tej podstawowej
kwestii
dotyczącej roszczeń majątkowych, obejmujących,
podkreślam,
1/3 majątku nieruchomego na 1/3
terytorium
Polski, nie rozstrzygnęliśmy. I pozostawiamy
ją
tylko z nadzieją, którą pan tutaj formułuje, że stopniowo,
pomału,
metodą różnego typu cząstkowych uzgodnień,
porozumień,
może uników, doprowadzimy kiedyś
do
tego, że stosunki się wyrównają.
Nie,
panie ministrze, to nie jest dobra perspektywa
dla
stosunków polsko-niemieckich. Przeciwnie,
to
jest pierwszy krok do stworzenia w naszych wzajemnych
stosunkach
stanu totalnej katastrofy. Jeżeli
ma
się ukształtować rzeczywista perspektywa naszego
wspólnego,
solidarnego działania w ramach autentycznej
Wspólnoty
Europejskiej, to pierwszym tego warunkiem
jest
zamknięcie rachunku pozostałości II wojny
światowej
między Polską a Niemcami. Powtarzam to
do
znudzenia – znudzenia nawet samego siebie – od
kilku
lat na tej sali.
W
tym momencie możemy się pocieszać, że obecny
stan
stosunków niemieckich jakby z dnia na dzień wyłagodniał.
Już
jakoś pani Erika Steinbach nic jakby nie
mówi.
Ilość niemieckich pozwów została zredukowana
do
kilkudziesięciu. Te procesy toczą się takim normalnym
trybem
naszego spowolnionego wymiaru sprawiedliwości,
z
perspektywą dosyć długiego trwania,
i
można powiedzieć, że daje nam to czas na czekanie.
Ale
ja – tak jak ostrzegałem – że w momencie, kiedy
nastąpi
akcesja do Unii Europejskiej, te martwe, wydawało
się,
pretensje natychmiast się podniosą, tak teraz
twierdzę,
że te wszystkie sprawy, które toczą się przed
polskimi
sądami, toczą się tylko po to, aby mogły kiedyś
trafić
na forum sądów europejskich. I wystarczy
jeden
niekorzystny tam dla nas wyrok, żeby posypały
się
dziesiątki tysięcy, jeśli nie więcej, pozwów, które
zdestabilizują,
zburzą stosunki między Polską a Niemcami
i
zburzą nasze stosunki w Unii Europejskiej. Do
tego
nie możemy dopuścić. To trzeba przeciąć, nawet
jednostronnie.
Jeżeli
jest w tej chwili, przynajmniej psychologicznie,
taki
klimat, że po stronie niemieckiej tamtejsze
elity
władzy godzą się uznać te pretensje za bezzasadne,
to
może trzeba by było wykonać zalecenie przyjęte
w
uchwale Sejmu, żeby po prostu jednostronnie notyfikować
naszym
partnerom w Unii Europejskiej, że
w
tej jednej sprawie żadne wyroki sądów europejskich
respektowane
nie będą, że my tę sprawę wyłączamy
z
kompetencji sądownictwa europejskiego, bo to jest
jedyna
forma zabezpieczenia naszego interesu na przyszłość.
To
oczywiście wymaga odwagi, może to jest
nawet
związane z pewnym ryzykiem, ale to jest ryzyko
opłacalne.
Ja do tego bardzo bym pana, panie ministrze,
i
wszystkich pana kolegów w rządzie namawiał.
Dziękuję
bardzo.
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję,
panie pośle.
Głos
zabierze minister spraw zagranicznych pan
Adam
Rotfeld.
Proszę
bardzo, panie ministrze.
Minister
Spraw Zagranicznych
Adam
Daniel Rotfeld:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Nie mogę oczywiście
odnieść
się do wszystkich poczynionych tu uwag,
jednak
skorzystam z okazji, że jest to ostatnie wystąpienie
w
imieniu klubów i kół poselskich, aby pewne kwestie
wyjaśnić
albo doprecyzować, odnieść się do nich.
Zacznę
od pierwszej uwagi natury ogólnej. Istnieje
zasadnicza
różnica między rolą Sejmu, bardzo znaczącą
rolą
posłów a rolą Ministerstwa Spraw Zagranicznych
i
urzędu ministra spraw zagranicznych. Realizując te
same
zadania, musimy się posługiwać innym językiem.
Naszą
intencją, przygotowując to exposé, było, aby
– odwołam
się tu do Słowackiego – język giętki powiedział
wszystko,
co pomyśli głowa, ale trzeba zauważyć,
że
nie zawsze da się wszystko tak do końca powiedzieć
już
choćby dlatego, iż w istocie najważniejsze jest, ażeby
ta
polityka była skuteczna, a nie tylko po to, żeby
była
spektakularna.
Otóż
dzisiaj na tej sali padło bardzo wiele uwag na
temat
naszej polityki wobec Niemiec. Nie próbuję teraz
hierarchizować
tych spraw, które były poruszone,
ale
powiem, że w ostatnich miesiącach udało się naszej
polityce
osiągnąć w stosunkach z Niemcami bardzo
dużo,
jakkolwiek to nie znajduje takiego spektakularnego,
widocznego
wyrazu w środkach masowego
przekazu,
w prasie, w telewizji. Mam na myśli oświadczenie
kanclerza
federalnego Schrödera z 1 sierpnia,
kiedy
to przyrzekł i uroczyście oświadczył, że rząd niemiecki
nie
będzie popierał roszczeń indywidualnych.
Jeszcze
tego samego dnia wieczorem przeprowadziliśmy
rozmowę
z kanclerzem federalnym, podkreślając,
że
tym słowom trzeba nadać materialną treść i pewien
instytucjonalny
wyraz. Wkrótce potem powołana została
komisja
złożona z dwóch ekspertów powołanych
przez
rządy – po stronie niemieckiej Jochen Frowein,
a
po stronie polskiej Jan Barcz – i trzeba powiedzieć,
że
ekspertyza przez nich przygotowana, która została
w
Polsce wydrukowana w ogromnej liczbie egzemplarzy,
ale
co ważniejsze, że w Niemczech dotarła ona do
wszystkich
sądów, w istocie rzeczy jest pewnym bardzo
istotnym
elementem w tym kierunku, o którym przed
chwilą
mówił pan premier Olszewski, i zależało nam
na
tym, aby ta sprawa została raz na zawsze zamknięta.
Powołaliśmy
wkrótce pełnomocników – po stronie
niemieckiej
i po stronie polskiej – do spraw stosunków
polsko-niemieckich,
którzy mają regularnie spotykać
się
i rozwiązywać problemy. Chodzi jednak o to, że nadając
niekiedy
nadmierny rozgłos niektórym sprawom,
utrudniamy
sobie sami ich rozstrzyganie.
Chciałbym
teraz nawiązać do spraw ogólniejszych.
Mianowicie
pan premier Olszewski, ale nie tylko, bo
wielu
posłów mówiło o tym, że w istocie to, co chcemy
osiągnąć,
to znaczy z jednej strony mieć szczególne,
specjalne,
uprzywilejowane stosunki ze Stanami Zjednoczonymi,
a
z drugiej strony mieć istotną pozycję
w
Unii Europejskiej, to się nie uda, ponieważ są to dążenia
wzajemnie
sprzeczne. Otóż chciałem powiedzieć, że
mam
w tej sprawie inny pogląd. Wzmacniamy bowiem
swoją
pozycję w Unii Europejskiej, utrzymując bardzo
bliskie,
uprzywilejowane stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.
Rzecz
w tym, że polityka w ogóle nie jest
stanem,
tylko jest procesem. I w tym procesie są dwa
bardzo
istotne elementy, które kształtują politykę:
z
jednej strony to interesy, a z drugiej – wartości. Otóż
polityka
Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych,
wspólna
polityka transatlantyckich państw, nazwijmy
to
– Unia Europejska i Stany Zjednoczone jako wspólnota
demokratycznych
państw – oparta jest na wartościach,
jakkolwiek
interesy są często sprzeczne. Otóż
tam,
gdzie można te wspólne wartości promować, uważamy,
że
Unia Europejska i Stany Zjednoczone mogą
być
skuteczne tylko wtedy, kiedy działają razem. Co do
tego
różniliśmy się z naszymi partnerami w Unii Europejskiej,
którzy
nie poparli Stanów Zjednoczonych
w
różnych sprawach, a zwłaszcza w kwestii Iraku, jakkolwiek
chcę
wyraźnie powiedzieć, że w sprawie Iraku
myśmy
też nie do końca podzielali każde stanowisko
Stanów
Zjednoczonych.
Rzecz
polega na tym – i chciałbym to wyraźnie
powiedzieć
– że nasza polityka powinna być wyzbyta
kompleksów
i emocji. My bardzo często z jednej strony
mamy
kompleks wielkich i uważamy, że musimy
w
stosunkach z Rosją czy z Amerykanami rozmawiać
z
pozycji słabego państwa, a z drugiej strony mamy
kompleks
regionalnego mocarstwa, które pretenduje
do
roli lidera.
Otóż
tutaj uwaga, panie marszałku, do pana: po to,
żeby
być liderem, trzeba być uznanym przez inne państwa
w
tym regionie. To one powinny powiedzieć, że
objęliśmy
przywództwo. To nie my możemy im mówić,
że
jesteśmy przywódcą, bo zanim jeszcze w ogóle
zostaniemy
uznani, z góry skazujemy siebie na niepowodzenie.
Mam
wrażenie, że w kilku sprawach – mógłbym
wymienić
pełną ich listę – udało się nam uzyskać pozycję
państwa,
które inspiruje, inicjuje, jakkolwiek nigdy
nie
oświadczamy, co chcę powtórzyć raz jeszcze, że
naszą
intencją jest występowanie w roli lidera. Jeśli
inne
państwa uznają nas za przywódcę, tym lepiej, ale
naszą
intencją jest to, żeby działać na rzecz regionu.
Otóż
Polska w Unii Europejskiej uzyskała dzisiaj sytuację
nieporównanie
lepszą, niż wielu sądziło, że to jest
możliwe,
m.in. dlatego, że mieliśmy tę szczególną pozycję
w
stosunkach z Amerykanami. Stosunki ze Stanami
Zjednoczonymi,
jak powiedziałem, też nie są bezchmurne,
to
znaczy nie przyjmujemy wszystkiego bezkrytycznie.
Stany
Zjednoczone proklamują pewną ideologiczną
koncepcję
polityki zagranicznej, która zakłada, że można
budować
demokrację w różnych regionach świata.
Otóż
w moim przekonaniu można ułatwiać, stwarzać
warunki
do budowy państwa prawa i demokracja,
obywatelskie
społeczeństwo mogą tworzyć się na tej
bazie,
ale nie można budować demokracji w wyniku
interwencji.
Próbujemy to wyjaśniać naszym amerykańskim
partnerom,
tłumaczyć, jakie jest nasze stanowisko.
Nie
jest naszą intencją, żeby narzucać Amerykanom to
stanowisko,
ale istota demokracji polega na tym, że ona
musi
być produktem wewnętrznego rozwoju. Udało się
na
Ukrainie, ponieważ miliony Ukraińców uwierzyły
w
to, że i państwo prawa, i wartości, które reprezentują
Stany
Zjednoczone, Polska i inne państwa demokratyczne,
są
warte tego, ażeby o nie walczyć. W tej sprawie
okazało
się, że ta wspólnota funkcjonuje.
Chciałbym
powiedzieć parę słów na temat Rosji, bardzo
wiele
tutaj powiedziano na temat Rosji. Chcę powiedzieć,
że
w naszym interesie jest utrzymywanie z Rosją
dobrych,
równoprawnych, partnerskich stosunków, ale
żeby
takie stosunki powstały, potrzebna jest wzajemność.
Uważam,
że z jednej strony nie powinniśmy podtrzymywać
nastrojów
antyrosyjskich, rusofobii, ale z drugiej
strony
nie możemy rozmawiać z Rosją z pozycji państwa,
które
jest traktowane w sposób nierównoprawny.
Otóż
mam wrażenie, że wtedy, kiedy Rosja traktuje
Polskę
w sposób partnerski i równoprawny, udaje
się
nam uzyskać o wiele więcej niż wtedy, kiedy my
występujemy
w roli mentora pouczającego lub też
państwa,
które uważa, że Rosja jest jedynym monopolistą
w
różnych sprawach, na przykład w sprawach
dostaw
ropy czy gazu, i powinno to nas skłaniać do
przyjmowania
stanowiska, które jest nam oferowane
jako
jedyne możliwe do przyjęcia. Myślę, że ten okres
mamy
już za sobą. Głęboko wierzę w to, że w ciągu
najbliższych
dni, m.in. przy okazji spotkania obu prezydentów,
Aleksandra
Kwaśniewskiego i Władimira
Putina,
26 stycznia, dojdzie do wyjaśnienia pewnych
nieporozumień
i na nowo wrócimy na drogę normalnych
stosunków
partnerskich.
Sprawa
mediów. Chcę powiedzieć, że media odgrywają
dzisiaj
w świecie rolę nieporównywalną do tej,
jaką
odgrywały kiedykolwiek. Bardzo często określają
jakby
program polityki, w różnych sprawach, wewnętrznych
i
zewnętrznych. Problem polega na tym, że
media
mają potężną siłę, ale w istocie rzeczy nie mają
odpowiedzialności.
Odpowiedzialność spoczywa na
rządach
i na parlamentach. W mediach to jest sprawa
po
prostu sensacji dnia. Chciałbym jednak też powiedzieć,
że
media odgrywają bardzo istotną rolę kontroli
społecznej.
Chcę wyrazić opinię, że, w moim przekonaniu,
przy
kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej
odgrywają
z zasady rolę bardzo pozytywną.
Posłużę
się tu przykładem dotyczącym sprawy
błędnego
tłumaczenia traktatu konstytucyjnego. Chcę,
żeby
była jasność w tej sprawie, iż o tym, że tekst jest
źle
przetłumaczony, nie dowiedzieliśmy się z artykułu
w
„Rzeczpospolitej”. Ten tekst został źle przetłumaczony
w
Brukseli, bo Bruksela odpowiada w pełni za tłumaczenia
wszystkich
tekstów. Nasze opinie, które przesłaliśmy,
nie
zostały tam uwzględnione. Lista błędów sporządzona
w
MSZ jest mniej więcej zbieżna z listą, która
się
pojawiła w artykule w „Rzeczpospolitej”. Uważam,
że
tę sprawę oczywiście trzeba rozwiązać. Są tam błędy
językowe,
stylistyczne, ale są tam także rzeczy niedopuszczalne
z
punktu widzenia merytorycznego.
Pan
poseł Macierewicz mówił o tym – i nie tylko
poseł
Macierewicz – że to uderza w interesy przemysłu
zbrojeniowego.
Otóż chcę powiedzieć, że tekst traktatu
konstytucyjnego
oczywiście nie uderza w interesy
przemysłu
zbrojeniowego, ponieważ one nie są w żaden
sposób
zagrożone treścią konstytucji, bo art. 342
konstytucji
został powtórzony, w tym zapis z Traktatu
o
Wspólnotach Europejskich. Sprawa zakupu uzbrojenia,
sprzętu
wojskowego pozostaje w wyłącznej gestii
państw
członkowskich.
Słuszny
natomiast zarzut dotyczy tego, że tłumaczenie
pomija
słowo „illicit”, czyli nielegalny handel
bronią.
Rzecz polega na tym, że jeżeli w polskim tekście
jest
napisane: „handel bronią”, ale nie jest określone,
że
nielegalny, to jest to oczywisty błąd merytoryczny,
który
mógłby mieć istotne konsekwencje, gdyby
nie
został naprawiony. Te błędy muszą być naprawione
i
będą naprawione. Co do formy, to w tej chwili nie
chcę
w to wnikać; jest to sprawa szczegółowa. Istota
rzeczy
polega na tym, że mieliśmy tego świadomość.
Bardzo
istotna sprawa, którą poruszało wielu posłów
i
która w moim przekonaniu zasługuje na uwagę,
dotyczy
ekonomizacji polskiej polityki zagranicznej.
Chcę
powiedzieć, że uwagi, które wypowiedział tu
pan
poseł Marek Borowski, bez reszty odpowiadają mi
i
gdybym miał możliwość wcielenia w życie tego programu,
to
mogę powiedzieć, że to jest w istocie rzeczy
wolą,
intencją wszystkich kolejnych ministrów spraw
zagranicznych.
Chcę
powiedzieć – to jest moja uwaga już nie tylko
pod
adresem obecnego rządu, ale również przyszłego
rządu
– żeby była pełna świadomość, że jest pewna
inercja,
bezwład i, powiedziałbym, bardzo silny opór
materii
w resortach, w strukturach, które bronią swoich
imperiów
i bardzo często przybierają inny kostium po
to,
żeby zachować rzeczy takimi, jakie one były kiedyś.
Mam
na myśli na przykład sprawę Polskiej Agencji
Promocji
Gospodarczej. Jeśli ta agencja utrwali obecną
strukturę,
która jest absolutnie nieadekwatna do nowej
sytuacji,
to oczywiście nie zmieni się sytuacja ambasadorów
i
Ministerstwa Spraw Zagranicznych. MSZ
nadal
nie będzie miał instrumentu wymuszania tego,
żeby
działalność ambasadorów była rozliczana według
ich
wyników osiąganych w obrotach gospodarczych.
Sprawa
Ukrainy. Na szczęście mam wrażenie, że tu
była
pełna zbieżność poglądów.
Z
przyjemnością odnotowuję to, że dzisiejsza debata
była
bardzo poważna. W istocie rzeczy wynikała
z
zatroskania sprawami polskiego interesu narodowego.
Jakkolwiek
były istotne różnice i one się utrzymują
– byłoby
nienormalne, gdyby ich nie było – to z drugiej
strony
stwierdzam z przyjemnością, że w tej debacie
poruszano
najczęściej te same problemy, które my
uważamy
za centralne.
Sprawa
Niemiec. Otóż w sprawach niemieckich,
które
są niezwykle drażliwe, to już powiedziałem, że
pewne
rzeczy zostały rozwiązane, inne będą rozwiązywane.
Trzeba
też pamiętać o tym, jeden z posłów
wspomniał
o tym, że Niemcy uregulowały swoje stosunki
z
Francją, natomiast z Polską te sprawy wyglądają
inaczej.
Po pierwsze, trzeba pamiętać, że rozwiązywanie
problemów
z Francją zaczęło się natychmiast
po
wojnie, praktycznie rzecz biorąc, kiedy Francja była
mocarstwem
okupującym Niemcy, a potem od 1949 r.,
kiedy
jako niepodległe państwo powstała Republika Federalna
Niemiec.
Ten proces z Polską w istocie rzeczy był
rozpoczęty
znacznie później, ale niezależnie od tego
sprawy
do rozwiązania między Polską a Niemcami są
nieporównanie
poważniejsze, bardziej dramatyczne
i
trudne. Nie można porównywać rzeczy nieporównywalnych.
Zważywszy
na ten cały ogrom trudności,
mam
wrażenie, że udało się nam osiągnąć dużo więcej,
niż
ktoś mógłby oczekiwać.
Wspomniałem
o sprawie wartości i demokracji.
Otóż
wydaje mi się, że jest to idea porządkująca
w
dzisiejszym świecie cały system międzynarodowy.
Znaczy
ten system międzynarodowy w dzisiejszym
świecie
wygląda nieco inaczej, niż wynikałoby to
z
wypowiedzi niektórych posłów. Mianowicie system
międzynarodowy
do tej pory był oparty na państwach
suwerennych,
w których suwerenność była promowana
w
sposób niemalże absolutny. Otóż to należy do
przeszłości.
Ten system, który ukształtował się w ciągu
ostatnich
pięćdziesięciu lat, jest systemem współzależności.
Niezależnie
od tego, czy mówimy o traktacie
konstytucyjnym,
który jest przecież umową, czy
mówimy
o jakimkolwiek innym traktacie, to oznacza
to,
że strony tego traktatu godzą się na ograniczenie
swojej
suwerenności w tym zakresie, w którym godzą
się
na to inne państwa. Innymi słowy, przyjmują zasadę
pełnej
wzajemności. W związku z tym nie możemy
abstrahować
od faktu, że jeśli nie znajdziemy się
w
tej wspólnocie demokratycznych państw, to w sposób
automatyczny
stawiamy siebie niejako na marginesie
tego
zespołu państw. Trzeba więc pamiętać o tym,
że
w naszym interesie jest m.in. to, aby współkształtować,
być
obecnym, oddziaływać. Wydaje mi się, że
jeśli
ocenia się tych kilka miesięcy, od 1 maja po dziś
dzień,
pod kątem tego, co nam się udało, to powiedzmy
sobie
otwarcie, że udało się nam bardzo wiele osiągnąć
wewnątrz
Unii Europejskiej.
Pan
przewodniczący Pawlak mówił na temat partnerstwa
dla
rozwoju. Otóż chcę powiedzieć, że jestem
za
tym bez reszty, podpisuję się pod tym, bo partnerstwo
dla
rozwoju jest niezwykle ważnym elementem,
który
w istocie rzeczy cechuje koncepcję Unii spójnej,
solidarnej
i skutecznej. Tylko w ramach Unii możemy
poszukiwać
partnerów dla rozwoju.
Ostatnia
sprawa, o której chciałbym powiedzieć,
dotyczy
tego, że rok 2005 – jak już wcześniej mówiłem
– jest
rokiem wielu różnych wydarzeń, rocznic. Jedna
rocznica
zasługuje w tej chwili na przypomnienie, mianowicie
25.
rocznica „Solidarności”, z której pragniemy
uczynić
wielkie wydarzenie międzynarodowe. Uważamy,
że
właśnie w tym promowaniu wartości Polska
i
opozycja demokratyczna w Polsce wyprzedziły znacznie
to,
co stało się później. Otóż media jak gdyby na naszych
oczach
dokonały pewnego przewartościowania
i
w opinii Europy i świata koniec systemu totalitarnego
kojarzony
jest z upadkiem muru berlińskiego. Trzeba
powiedzieć
sobie otwarcie, że bez „Solidarności” nie
byłoby
upadku muru berlińskiego. Wydaje mi się, że
ten
moment powinien być nie tylko przypomniany, ale
również
doceniony przez opinię światową, w związku
z
tym podjęliśmy w ramach Narodów Zjednoczonych
i
w Europie działania, które nadałyby tej uroczystości
stosowną
rangę. Mamy nadzieję, że wielu przywódców
zgodzi
się wziąć udział w tej uroczystości i dać wyraz
temu,
o czym przed chwilą powiedziałem.
Dziękuję
za uwagę, panie marszałku. (Oklaski)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję,
panie ministrze.
Kontynuujemy
debatę.
Pan
poseł Jerzy Jaskiernia, Sojusz Lewicy Demokratycznej.
Poseł
Jerzy Jaskiernia:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Debata na temat
polityki
zagranicznej jest zawsze ważnym wydarzeniem
w
Sejmie, tym ważniejszym, że stanął przed nami
nowy
minister spraw zagranicznych, aczkolwiek kontynuujący
politykę
swojego poprzednika.
Zasadnicze
pytanie brzmi: czy teza, iż w sprawach
zagranicznych
dogadaliśmy się ponad podziałami, jest
już
nieaktualna. Przewodniczę Komisji Spraw Zagranicznych
Sejmu
i powiem, że klimat pracy, dochodzenie
do
porozumienia w komisji w dalszym ciągu występuje.
Wczoraj
przyjęliśmy jednogłośnie bardzo ważne stanowisko
dotyczące
wyborów w Iraku. Były bardzo burzliwe,
gorące
dyskusje na temat spraw niemieckich, które
doprowadziły
do znanej uchwały Sejmu. Można jedynie
zapytać,
czy to nie było opóźnione działanie, czy do
spotkania
Prezydiów Sejmu i Bundestagu nie powinno
dojść
wcześniej, czy do wspólnych posiedzeń Komisji
Spraw
Zagranicznych Polski i Bundestagu nie powinno
dojść
wcześniej, czy właściwym było pewne lekceważenie
drobnych,
być może, incydentów w stosunkach polsko-
niemieckich,
które jednak stworzyły pewną masę
krytyczną.
Bo mówiono: pani Steinbach nie jest istotna,
nikt
jej w Niemczech nie zna, Pawelka, inni, to są jakieś
sprawy
zupełnie marginalne, incydenty lokalne, ale one
jednak
składały się na pewną całość. I być może zamiast
lekceważenia,
należało już u progu dostrzec te sprawy.
I
z tego chcielibyśmy w przyszłości wyciągnąć właściwe
wnioski.
Wysoka
Izbo! Chciałbym podnieść dwa zagadnienia
z
bogatego zestawu problemów, o których mówił
dzisiaj
pan minister Adam Rotfeld. Sprawa pierwsza,
współdziałanie
organizacji międzynarodowych, Rada
Europy,
OBWE, Unia Europejska. Jesteśmy krajem
prezydencji
Rady Europy. Wydaje mi się, że za mało
to
eksponujemy. Taka prezydencja zdarza się raz na
kilkadziesiąt
lat. Odbędzie się przecież w maju trzeci
szczyt
Rady Europy. Jesteśmy wobec opinii europejskiej
publicznie
odpowiedzialni za to, czy ten szczyt
zakończy
się sukcesem, nie tylko formalnym, że dojdzie
do
skutku, bo dojdzie, ale co z tego będzie wynikało.
Odnotowałem
w tym, co dzisiaj mówił pan minister
Rotfeld,
oczekiwanie, że będzie grupa refleksyjna,
że
jest kwestia unikania nakładania się jurysdykcji,
unikania
konfliktów instytucjonalnych, ale mam tutaj
pewną
obawę, bo słyszę to już od kilku lat, od końca lat
90.
Działała w Radzie Europy grupa nazwana Komitetem
Mędrców,
w której zasiadała m.in. pani premier
Hanna
Suchocka. Przez szereg miesięcy debatowali,
zapowiadali,
że coś się zdarzy na styku Rady Europy
i
OBWE – i się nic nie zdarzyło. Dzisiaj słyszymy znów
to
zapewnienie, unikanie nakładania się jurysdykcji,
ale
jednocześnie słyszymy, że szczyt OBWE w Sofii
zakończył
się niepowodzeniem, nie udało się osiągnąć
stanowiska.
OBWE nie zareagował na rozwój sytuacji
na
Ukrainie, a miał wielką szansę.
Chciałbym
zapytać, panie ministrze, czy jest jakaś
nadzieja,
czy to nie jest kolejne złudzenie, takie powtarzanie
pewnego
stereotypu, że poszukujemy. Czy państwa
europejskie
zdolne są u progu XXI wieku podjąć
ten
wysiłek? Liczba tych instytucji narastała. Przecież
kiedyś
był układ zimnej wojny, OBWE, wielka
w
związku z tym nadzieja, Rada Europy rozwijała się,
25
państw w Unii Europejskiej – i nic się nie zmienia.
Bo
każda organizacja próbuje chronić swojego
imperium.
A więc czy rzeczywiście jest tu nadzieja,
czy
macie już coś w zanadrzu, coś, co zaproponujecie
w
maju, czy też jest to pewna powtarzana retoryka,
która
zakończy się jak zwykle stwierdzeniem, że, no,
były
intencje, ale postępu nie udało się osiągnąć.
Sprawa
druga to ekonomizacja polskiej polityki
zagranicznej.
Otóż, mnie, panie ministrze, martwi
nie
tyle to, aczkolwiek to też mnie martwi, że są spory
w
rządzie między ministerstwami, że wszyscy tutaj
chronią
swojego imperium, że po raz kolejny Komisja
Spraw
Zagranicznych coś proponuje, że nadchodzą
ogólnikowe
odpowiedzi, bo do tego w jakimś sensie
już
się przyzwyczailiśmy. Mnie bardziej interesuje to,
co
interesuje ludzi w moim okręgu, w województwie
świętokrzyskim.
Kiedy jestem na kolejnych spotkaniach
z
rolnikami czy przy okazji Święta Kwitnącej
Jabłoni
w Samborcu, czy Święta Pomidora w Dwikozach,
czy
Święta Jabłkobrania w Obrazowie, gdziekolwiek,
powtarza
się to samo pytanie: Co się stało
z
polityką wschodnią rządu? Przecież jeśli ludzie nawet
nie
związani z lewicą słyszeli exposè premiera Millera
w
2001 r. i słyszeli, że teraz będzie położony większy
akcent
na polityką wschodnią, to pamiętają, co działo
się
przed 1989 r. – producenci jabłek, warzyw, ta linia
hutniczo-siarkowa,
która była cały czas przeładowana,
był
olbrzymi ruch w kierunku Wschodu, w kontaktach
z
Rosją, z Ukrainą. Owszem, później było obrażenie
się,
zmiana systemu, to się wszystko załamywało, ale
w
międzyczasie były ważne wizyty prezydentów, premierów.
Jeśli
chodzi o Ukrainę, mówimy, że mamy
wręcz
strategiczne partnerstwo, zaangażowaliśmy się
na
Ukrainie, ale tam, gdzie coś z tego miałoby wynikać
dla
ludzi, postępu nie ma. Ludzie patrzą na to tak, że
albo
jest jakieś oferowanie złudzeń, albo to jest jakieś
nieporozumienie,
albo nie było jakiejkolwiek szansy,
albo…
No właśnie: albo.
Spójrzmy
również na stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.
Rok
w rok powtarzamy tę samą tezę: znakomite
stosunki,
bardzo ważny partner. Pan premier
Olszewski
podniósł dzisiaj sprawę istoty strategicznej
tego
stosunku i tego przecież nikt nie kwestionuje.
To
jest jeden z elementów polskiej racji stanu,
ale
w obszarze ekonomii nie ma postępu. Przecież
my
po raz kolejny przyjeżdżamy do Waszyngtonu
i
jest zielone światło, prezydent Bush świetnie
się
w Krakowie o Polsce wypowiedział, doceniając,
że
Polska jest zaangażowana w Iraku. Ale są kraje
w
naszej szerokości geograficznej niezaangażowane
w
Iraku, mające gorsze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi,
które
palcem nie kiwnęły, gdy Amerykanie byli
w
potrzebie, ale które potrafią przebić się na rynek amerykański
i
coś z tego dla ich społeczeństwa wynika.
Mówię
o tym dlatego, Wysoka Izbo, że oczywiście
polityka
zagraniczna jest celem bardzo ważnym, tylko
widzę
szereg państw, jak patrzę na ich ambasadorów,
nawet
jak się zachowują w Warszawie, to oni każdą
minutę,
każdą godzinę wykorzystują do wyrywania
dobrych
rzeczy dla swojego kraju w zakresie inwestycji,
promocji
swoich towarów; w zakresie tego, co
rzutuje
na tworzenie miejsc pracy. I to jest podstawowe
kryterium.
Polska nie jest wielkim mocarstwem. Oczywiście
bardzo
ważne, że jesteśmy i w Radzie Europy,
i
że jesteśmy i tu chwaleni, i tu chwaleni. Ale jeżeli
efektem
polskiej polityki zagranicznej nie będą nowe
miejsca
pracy, jeżeli będziemy krajem o tak wysokim
wskaźniku
bezrobocia, co przecież tworzy strukturalną
frustrację,
to co z tego, że ktoś nas pochwali w ONZ
czy
nawet w Radzie Europy, jeżeli nie będziemy potrafili
tym
instrumentem grać. My dostrzegamy w Komisji
Spraw
Zagranicznych, że kolejni kandydaci na
ambasadorów
na szczęście już wiedzą, że będą pytani
o
sprawy ekonomiczne i sami z własnej inicjatywy
pewne
propozycje przynoszą. Ale jeśli chodzi o Stany
Zjednoczone,
rodzi się pytanie, skoro są tak dobre
stosunki,
skoro prezydent jeździ tam co roku, skoro
prezydent
Bush przyjeżdża, dlaczego się tu coś nie
zdarza?
To już nie jest tylko kwestia sporów międzyresortowych,
bo
nawet gdyby się skończyły te spory
między
MSZ a Ministerstwem Gospodarki i Pracy, to
automatycznie
to się nie zmieni, a to, wydaje mi się,
jest
sytuacja kluczowa.
Stąd
chciałbym, Wysoka Izbo, panie marszałku,
wyrazić
przekonanie, że oczywiście każdy rząd ma
swój
czas i ten rząd miał swój czas i sądzę, że jeśli
chodzi
o politykę zagraniczną, nie powinien się tego
czasu
wstydzić. To bardzo istotne, że w tej Izbie dzisiaj
szereg
ciepłych słów pod adresem tego rządu, tego
ministra
padło. Ale wydaje mi się, że ktokolwiek nie
będzie
Polską rządził po następnych wyborach, stanie
przed
tym samym dylematem, jak o sprawy polskie
walczyć
bardziej pragmatycznie, jak nie tonąć w stosach
różnych
dokumentów, gdzie słowo „demokracja”
jest
wymieniane po kilkadziesiąt razy. Jak spowodować,
żeby
to, co jest istotne dla Polaków i dla Polski,
a
co wynika z polityki zagranicznej, przybierało realny
wymiar.
Mam wielką nadzieję, że to dzisiejsze exposé
pana
ministra Rotwelda ku takiej lepszej praktyce będzie
prowadziło.
Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję.
Pan
poseł Marek Jurek, Prawo i Sprawiedliwość.
Poseł
Marek Jurek:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
Wysłuchaliśmy
bardzo ciekawego sprawozdania i jednocześnie
exposé
na następny rok pracy pana ministra
spraw
zagranicznych. Niewielu ministrów spotkało się
z
tak szerokim, dobrym przyjęciem w Izbie i mam nadzieję,
zapowiada
dobry rok pracy w naszej dyplomacji
i
w ogóle w polityce polskiej. Natomiast oczywiście
rolą
opozycji jest krytyka. Na parę momentów wartych
zastanowienia
i przemyślenia czy takich, w których się
nie
zgadzamy i zgłaszamy zastrzeżenia do rządu i zapowiadanej
polityki
zwrócę więc uwagę.
Sprawa
pierwsza. Jest pewna rozbieżność między
treścią
a formą wystąpienia pana ministra. Nasz klub
Prawo
i Sprawiedliwość, a także wielu innych posłów,
akcentowało,
że z wielką satysfakcją przyjęli deklarację
o
priorytecie orientacji atlantyckiej w naszej polityce
zagranicznej,
też o przesłankach praktycznych
wagi,
jaką przywiązujemy do współpracy ze Stanami
Zjednoczonymi.
Jednak gdyby spojrzeć na proporcje
w
wystąpieniu pana ministra i ilość czasu poświęconego
stosunkom
i współpracy ze Stanami Zjednoczonymi,
a
z drugiej strony sprawom Unii Europejskiej, to
– jak
mówię – widać tutaj bardzo wyraźną rozbieżność
między
deklarowanym, choćby w samym porządku
wystąpienia,
priorytetem, a zainteresowaniami naszej
polityki.
Tymczasem
musimy mieć świadomość, dlaczego
państwo
polskie kieruje się priorytetem współpracy ze
Stanami
Zjednoczonymi w swojej polityce, który to
priorytet
Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie popiera.
Otóż
nie są to ani racje emocjonalne, ani historyczne,
ani
nie jest to oportunizm wobec największego
supermocarstwa
w dziejach. To wynik przekonania, że
główną
racją polityki polskiej musi być obrona świata
bezpiecznego
dla Polski. Główną racją polityki polskiej
musi
być niepodległość.
Słuchałem
wielu posłów. Prawo i Sprawiedliwość
zdecydowanie
zgadza się z tym, że potrzebny jest silny
moment
ekonomiczny w naszej polityce zagranicznej,
że
potrzebna jest odpowiedzialność ekonomiczna polskiej
polityki
zagranicznej, ale pamiętajmy, że priorytetem
polskiej
polityki musi być utrwalanie niepodległości.
Żyjemy
w takim regionie – choć akurat w naszym
najszerzej
rozumianym regionie jesteśmy jednym
z
narodów historycznych, które bardzo wcześnie powołały
swoje
państwo – że jeżeli spojrzymy na Europę
od
Finlandii po Grecję, kolebkę naszej cywilizacji, to
zobaczymy
państwa, dla których problem niepodległości
zawsze
był problemem trudnym. Dobrze, że w tej
chwili
mamy Wiosnę Narodów, ale naszej polityce potrzebna
jest
przede wszystkim independyzacja, świadomość,
że
niepodległość jest najważniejszym dobrem,
które
uzyskaliśmy, dobrem, które trzeba utrwalić.
Nie
mówię tego w opozycji do wystąpienia pana
ministra,
tylko zwracam się do wielu posłów, którzy
wskazywali
inne priorytety, może sugerując, że niezależność
polityki
narodowej można przehandlować nie
za
miskę soczewicy, lecz za wiadro jabłek. Takie przed
chwilą
odniosłem wrażenie.
Jeżeli
stawiamy taki priorytet w naszej polityce, jeżeli
widzimy
te dwa plany, europejski i atlantycki, to
musimy
być świadomi tego, że nasza rola nie może się
sprowadzać
wyłącznie do postulowania pewnej orientacji
w
Unii Europejskiej, do wspierania pewnej tendencji
wewnątrz
Unii, dlatego że to są dwa niezależne
od
siebie pola. Możemy się bardzo cieszyć z obecności
Xaviera
Solany w Kijowie, z roli, jaką Unia Europejska
ostatecznie
odegrała w procesie wsparcia dla demokracji
ukraińskiej.
Ale przecież kluczowe znaczenie jeśli
chodzi
o dezaprobatę świata wobec sfałszowania wyborów
na
Ukrainie miało zarówno czynne stanowisko
Polski,
jak i – powiedzmy to otwarcie – wcześniejsze
otwarte
stwierdzenie tego przez Stany Zjednoczone,
przez
Collina Powella. To był pierwszy głos, pierwsze
otwarte
stwierdzenie, że te wybory były sfałszowane,
i
to ośmieliło innych, również Wielką Brytanię. Było to
duże
wsparcie dla działania, które podjęła Polska.
Unia
Europejska wzięła udział w tym procesie, ale
to
był udział wtórny. Warto się zastanowić, czy mogła
to
być rola inicjująca, gdyby nie było stanowiska
Stanów
Zjednoczonych. W moim przekonaniu, nie.
Dlatego
pamiętajmy, że współpraca atlantycka, solidarność
atlantycka
w polityce polskiej to jest, jak mówił
pan
minister, ochrona przed niebezpieczeństwami
grożącymi
naszej niepodległości, ale jest to również
kwestia
bieżącego zwiększania naszego bezpieczeństwa
w
regionie, bieżącego umacniania podstaw naszej
niepodległości.
Dlatego musimy słyszeć w Unii Europejskiej
takie
głosy, jak głos pana Borella, który niezależnie
od
tego, co powiedział na zamkniętym zebraniu
w
Madrycie, miał wiele zupełnie otwartych wypowiedzi
w
prasie europejskiej, w prasie polskiej, w których pobrzmiewały
tony
neojałtańskie, to znaczy przekonanie,
że
skoro dla Unii Europejskiej bardzo ważne są zewnętrzne
stosunki
z Rosją, to takie kraje, jak Ukraina
czy
Białoruś, należy traktować jako obszar specjalnych
zainteresowań
rosyjskich, które, jeżeli nie trzeba ich
uszanować,
to przynajmniej bardzo poważnie trzeba
brać
pod uwagę, wpisywać w swoją politykę. Polska
na
taką orientację neojałtańską nigdy się zgodzić nie
może.
(Oklaski)
Przeciwstawiając
się tej orientacji neojałtańskiej,
musimy
ją krytykować wewnątrz Unii Europejskiej,
ale
właśnie, i dobrze, że to robimy, podejmować
i
utrzymać współpracę ze Stanami Zjednoczonymi,
jako
wymiar naszej polityki niezależny od Unii Europejskiej.
Co
więcej, im bardziej Unia będzie gotowa
brać
udział w takiej polityce, tym bardziej możemy akceptować
jej
głębszą integrację. Im więcej rozbieżności
w
naszych poglądach, tym bardziej nasza polityka
musi
mieć wymiar narodowy, szukając sprzymierzeńców
naszego
narodowego interesu.
Jeden
apel do pana ministra na nadchodzący rok.
Mogą
być ludzie, którzy tego nie rozumieją, mogą być
ludzie,
którzy udają, że tego nie rozumieją, mogą być
partie
tak zaślepione interesem partyjnym, że mogą nie
dopuszczać
tego do świadomości, ale kwestia wyboru
momentu,
w którym Polska weźmie udział w decyzjach
dotyczących
kształtu Unii Europejskiej i konstytucji
europejskiej,
to kwestia najzupełniej polityczna,
to
kwestia polityki narodowej. Polityczna nie w tym
znaczeniu,
w jakim ostatnio tego słowa się używa niestety
nie
tylko w gazetach, ale również przez wielu wybitnych
polityków,
tzn. sugerująca, że interesów partyjnych
i
niskich pobudek, ale w najlepszym znaczeniu
polityki
narodowej, interesu naszego państwa.
Prawo
i Sprawiedliwość nie pozostawia tutaj żadnej
wątpliwości.
Traktat konstytucyjny uważamy za
zły,
sprzeczny z prawem, dezintegrujący Europę i będziemy
mu
przeciwni. Ale jednocześnie mając świadomość
tego,
że w społeczeństwie występują różne opinie,
mówimy
o tym, że będziemy występować za jego
odrzuceniem
i będziemy przekonywali opinię publiczną,
żeby
Polska podjęła taką decyzję w akcie referendalnym.
Mamy
jednak świadomość, że Polska, która
dwa
razy występowała już z bardzo samodzielnym stanowiskiem
w
sprawie traktatu konstytucyjnego, ma naprawdę
wszelkie
powody, żeby zarówno naszej opinii
publicznej,
jak i opinii międzynarodowej dać wysłuchać
najpierw
Brytyjczyków, Irlandczyków, Czechów,
Francuzów,
a potem zabrać głos. My naszej opinii nie
ukrywamy,
oceny traktatu konstytucyjnego nie sprowadzaliśmy
ani
do Nicei, ani nie głosiliśmy żadnych
gromkich
haseł, ale go metodycznie krytykowaliśmy
i,
co więcej, tak zagłosujemy, do takiego głosowania
będziemy
przekonywać opinię publiczną. Ale kierując
się
interesem Polski, uważamy, że w interesie Polski
leży
to, żebyśmy we właściwej kolejności zabrali głos
w
tej debacie. Są politycy, w których myśleniu dominuje
interes
partyjny, chęć zasłonięcia afer wizerunkiem
swojej
partii jako jednego gwaranta integracji europejskiej,
chęć
wykorzystywania nieświadomości części
opinii
publicznej, która myśli, że rezygnacja z jednego
traktatu
to dezintegracja Unii Europejskiej. Dlatego
jest
wielki apel do Ministerstwa Spraw Zagranicznych,
do
dyplomatów: Wytłumaczcie tym niedowarzonym
politykom,
że jest to kwestia interesu narodowego, który
nie
może stać za interesem partyjnym i chęcią budowania
takiego
czy innego wizerunku swojej partii. Są
to
zbyt wielkie wartości, żeby je poświęcać dla niskich
interesów
partyjnych.
Jest
jedna rzecz, powiem o tym krótko, którą warto
wnieść
na forum Unii Europejskiej, która właśnie powinna
być
podjęta na forum unijnym, gdzie powinniśmy
zainicjować
debatę wewnątrzunijną. To kwestia aspiracji
Niemiec
do udziału w Radzie Bezpieczeństwa Narodów
Zjednoczonych.
Jest to kwestia par excellence europejska.
Zawarliśmy
unię polityczną, tworzymy jedną wspólnotę,
Niemcy
nie powinny tej sprawy stawiać unilateralnie.
Jeżeli
tak gorliwie krytykują jednostronność polityki Stanów
Zjednoczonych,
jeżeli tak gorliwie krytykują samodzielność
polityki
polskiej od czasu do czasu, to naprawdę
niech
tej sprawy również nie stawiają jednostronnie. Jest
to
kwestia dotycząca reprezentacji nie regionu, ale naszej
wspólnoty
państw, o której w pewnym zakresie powinniśmy
dyskutować
wspólnie. Skoro wiemy, że roszczenia
Niemiec
spotykają się z w tej sferze z krytyką, to naprawdę
wejdźmy
śmiało w udział w tej debacie, bo nie chodzi
o
żadne fobie.
Całkowicie
się zgadzam, tylko mam wątpliwości
co
do realizmu stanowiska przedstawionego przez
pana
ministra odnośnie do budowania bardzo ścisłej
współpracy
polsko-niemieckiej. Mam wątpliwości,
bo
nie widzę przesłanek; nasze stanowiska (również
jeśli
chodzi o obraz współczesnego świata) zawierają
zbyt
wiele różnic, żeby można było mówić o tak ścisłej
współpracy.
A Polska nie ma interesu w takim podnoszeniu
rangi
w polityce światowej państwa, z którym
mieliśmy
tak różne opinie np. na temat efektywnego
wykorzystania
przewagi amerykańskiej we współczesnym
świecie,
choćby przez ostatnie dwa lata.
I
ostatnia rzecz.
Panie
Ministrze! Wysoka Izbo! Bezpieczeństwo
zbiorowe
jest wartością niepodzielną. Mamy doświadczenie
II
wojny światowej. Kiedy pod koniec pewnego
lata
Niemcy napadły na Polskę, to krótko potem Związek
Sowiecki
napadł na Finlandię, Włochy, Grecję,
a
Japonia napadła na Stany Zjednoczone. Wiemy
o
tym, że bezpieczeństwo zbiorowe jest rzeczą niepodzielną
i
polityka polska, pracując dla bezpiecznego
świata,
dla Polski, powinna z jednej strony angażować
się
w przeciwdziałanie powstawaniu ognisk napięcia
we
współczesnym świecie i powinna mieć odwagę
współpracować
ze Stanami Zjednoczonymi, tam gdzie
trzeba
zgasić istniejące już ogniska napięcia. Oczywiście
nie
jest w naszym interesie, żeby siły pokoju miały
za
dużo pracy na tym polu, ale w żadnym wypadku nie
możemy
się przyczyniać nieodpowiedzialnie, np. dla
dobrych
relacji na salonach dyplomatycznych, do tego,
żeby
takie ogniska rodziły się za naszą przyczyną.
I
dlatego, panie ministrze, bardzo zdecydowanie
chcę
podnieść ten wątek, o którym już wspomniał pan
marszałek
Ujazdowski. Polska nie ma żadnego interesu,
żeby
wspierać interesy lobby zbrojeniowego we
Francji,
w Niemczech czy w innych krajach, które chcą
eksportować
broń do komunistycznych Chin. Jaki interes
może
mieć Polska w tym, żeby zacieśniać współpracę
tych
państw, która zresztą bardzo niekorzystnie
wyglądała
w ostatnich latach (np. na forum ONZ)
z
Chinami komunistycznymi? Jaki mamy interes
w
tym, żeby Chiny zwiększały nacisk na te słupy Herkulesa
wolnego
świata na Pacyfiku, jakim są Japonia, Korea
Południowa
czy Tajwan? Jaki mamy interes w tym,
żeby
Stany Zjednoczone musiały w większym stopniu
kierować
swoją uwagę już nie tylko poza Europę, ale
w
ogóle poza zachodnią półkulę? To jest sprawa bardzo
otwartej
w tej chwili debaty w Unii Europejskiej. To
jest
sprawa, która narusza relacje atlantyckie również.
Przecież
zdajemy sobie z tego sprawę, że Stany Zjednoczone
podjęły
określone zobowiązania, jeżeli chodzi
o
zapobieganie wojnie w tamtym regionie, zobowiązania
z
reguły traktatowe, ale wobec Tajwanu mające
podstawę
ustawową w zobowiązaniu jednostronnym
Stanów
Zjednoczonych. Jaki Polska może mieć interes
(nie
mówiąc już o racjach humanitarnych, które budują
autorytet
państwa) w tym, żeby wyrażać zgodę, w warunkach,
które
w żaden sposób do tego nie upoważniają,
na
to, żeby w naszym imieniu inne państwa zarabiały na
sprzedaży
broni do komunistycznych Chin?
Tutaj
apel o odwagę. Ostatnie lata, i to rzeczywiście
było
pole bardzo często interakcji, a nawet współpracy
między
rządem a opozycją, pokazały, że Polska
ma
możliwości budowania swojej pozycji w Europie
i
w świecie. Co więcej, pokazały logikę tego działania,
że
tu nie chodzi o próżność narodową, ale o wartości
zasadnicze,
o nasze bezpieczeństwo, bezpieczny świat
dla
Polski, o wartości, o których mówił pan minister.
I
dlatego apel o odwagę, o dobre, zdroworozsądkowe
rozeznanie
naszych interesów, o szeroki horyzont ich
widzenia
i o wierność wartościom, o których mówiliśmy.
Dziękuję
bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję,
panie pośle.
Pan
poseł Tadeusz Samborski, Polskie Stronnictwo
Ludowe.
Poseł
Tadeusz Samborski:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!
Reprezentuję
region legnicko-jeleniogórski i jestem
przekonany,
że mieszkańcom tego regionu, jak i mnie
osobiście,
sprawiło wielką przyjemność i jakby poczucie
sprawiedliwości,
o której tu już ktoś mówił, historycznej,
użycie
przez pana dzisiaj tego sformułowania:
60-lecie
powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do
macierzy.
Dawno już nie mówiono tego z tej trybuny,
w
mediach, na różnych forach. Dziękuję bardzo. I wracamy
do
prawdy historycznej.
Cieszę
się też bardzo, iż pan minister był uprzejmy
wskazać,
że imperatywem naszego działania, resortu
przez
pana kierowanego, imperatywem w prowadzeniu
polityki
zagranicznej, będzie kryterium prawdy, bo
istotnie
fałszywa historia rodzi fałszywą politykę. A jeśli
chodzi
o skutki fałszywej polityki, to niejednokrotnie
doświadczaliśmy
ich wszyscy.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Sprawozdanie
i
program przedstawiony przez pana ministra odzwierciedlają
istotę
strategicznych, dalekosiężnych interesów
Polski.
Rzetelnie pan minister przedstawił realizację
tych
celów, z ich uwarunkowaniami, plusami, minusami.
Oczywiście
zgadzamy się z tezą pana ministra, że
ta
polityka była realizowana przy harmonijnym współdziałaniu
najwyższych
czynników państwa: prezydenta,
premiera,
ministra spraw zagranicznych. Mam wrażenie,
być
może uszło to mojej uwadze, że przy tym sumowaniu
dorobku
zabrakło słów o wkładzie w politykę
zagraniczną
dorobku Sejmu i Senatu. A już zupełnie nie
mówiliśmy
o tym, że w jakimś sensie polityka zagraniczna
jest
także realizowana na poziomie wojewodów,
marszałków,
prezydentów, burmistrzów miast, nawet
starostów
i wójtów. To są samorządowe czynniki, które
realizują
te zadania i myślę, że należy im się za to też, za
tę
międzynarodową aktywność, uznanie, bo one są bardzo
ważnym
czynnikiem wspomagającym naszą aktywność
państwową
na innych szczeblach. Warto dostrzec
i
docenić efekty działań dyplomacji społecznej i różnych
organizacji
branżowych.
Tu
pragnę powiedzieć, że jestem przekonany, że
wszelkie
organizacje mogą być bardzo pomocne Ministerstwu
Spraw
Zagranicznych i polskiej dyplomacji.
Mogą
być pomocne w ogóle bez próby podporządkowywania
ich
i zawłaszczania przez resort. Zresztą
w
złym stylu, jak to się stało np. z Fundacją „Pomoc
Polakom
na Wschodzie”. Ale wierzę, panie marszałku,
panie
ministrze, że pod pana kierownictwem, pod kierownictwem
pana
ministra Rotfelda, kierowany przez
niego
resort poprawi nieco swoje robocze relacje z Sejmem
Rzeczypospolitej
Polskiej.
Doceniając
pana kulturę osobistą i kompetencje,
mniemam,
iż pod pana wpływem niektórzy urzędnicy
resortu
pozbędą się grzechu pychy, pokusy monopolu
na
władzę czy prawdę i że zostaną wyeliminowane,
wprawdzie,
podkreślam, sporadyczne, ale jednak istniejące,
sytuacje,
które świadczą o pewnym lekceważeniu
posłów
i komisji sejmowych, zwłaszcza Komisji
Łączności
z Polakami za Granicą. To ważne odczucie
i
ważny postulat.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Z uznaniem
trzeba
stwierdzić, że konsekwentne dążenie polskiej
dyplomacji
do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa
zewnętrznego
było cechą jej skutecznych działań
i
aktywności na różnych forach i gremiach międzynarodowych.
Brak
mi tylko tutaj tezy o poszukiwaniu
propolskich
orientacji naszych sąsiadów. Bo mówimy
tu
o transatlantyckiej orientacji, o dążeniu właśnie
do
proeuropejskiej orientacji różnych państw,
zwłaszcza
naszych sąsiadów. Myślę, że możemy
wprost
mówić, że nam także zależy na propolskiej
orientacji,
zwłaszcza naszych sąsiadów.
I
na pewno jest zgoda narodowa, jak pan minister
przypuszczał,
co do głównych celów i założeń polskiej
polityki
zagranicznej. Zresztą mówił o tym także pan
przewodniczący
Jaskiernia. Pomimo pewnych dyskusji
jest
jednak co do priorytetów, co do głównych kierunków
i
założeń ta zgoda narodowa.
I
zgadzam się z konstatacją pana ministra, możemy
z
czystym sumieniem tutaj potwierdzić to, że „podstawowe
cele
polskiej polityki zagranicznej w 2004 r.
zostały
zrealizowane w sposób satysfakcjonujący”.
Wyliczono
bogate instrumentarium i formy kontaktów.
Myślę,
że warto dodać też, iż miniony rok obfitował
także
w liczne i w większości udane i efektywne akcje
promocyjne,
które też są ważną częścią polskiej dyplomacji
i
działań właśnie w odniesieniu do państw, na
których
szczególnie nam zależy.
Kilka
słów w kwestii ukraińskiej. Oczywiście naród
ukraiński
po raz pierwszy w historii stał się społeczeństwem
tak
bardzo upodmiotowionym politycznie, uobywatelnionym,
tak
twardo broniącym swojej niepodległości
i
suwerenności państwowej, wyraźnie wskazującym
na
swoje aspiracje członkowskie w Unii Europejskiej.
Ukraina
bowiem nie jest i nie może być mniej ważnym
członkiem
rodziny europejskiej niż Rumunia, Bułgaria
czy
Turcja. I to stanowisko, myślę, jest dla nas wszystkich
zrozumiałe
i akceptowalne. Przed Ukrainą przecież
nie
można zamykać drzwi do Europy. Masowe i spontaniczne
poparcie
przemian demokratycznych przez Polaków
stworzyło
– i ta konstatacja pana ministra też mi
się
bardzo podoba i wiążę z nią bardzo duże nadzieje
– nowy
punkt wyjścia, mówił pan minister, do rozwiązania
„zaległych”
spraw między naszymi narodami. Bo
rzeczywiście,
kiedy opadną wiecowe emocje, trzeba będzie
określić,
jakie są w rzeczywistości te punkty dojścia.
Jeżeli
punktem wyjścia jest to, że myśmy poparli,
zaangażowaliśmy
się i było zwycięstwo i przemiany
demokratyczne,
to musi być określony efekt. Myślę, że
to
jest ważne po prostu zadanie dla naszej dyplomacji,
żeby
próbować określić, jakie są te punkty dojścia, ile
ich
jest, które są ważne, jaka jest gradacja.
Pragnę
nadmienić, że naszym zdaniem, zdaniem
ludowców,
Polska ma na wschodzie wielu partnerów,
czyli
nie możemy kształtować modelu intensywnego
kontaktu
wyłącznie z jednym partnerem, przy lekceważeniu
innych.
Bo przecież uwzględniając nawet polityczne
przeszkody
i uwarunkowania, a wiemy jakie,
w
stosunkach z Białorusią, uważamy, że powinniśmy
być
bardziej twórczy i aktywni – właśnie my, bo jesteśmy
w
lepszej sytuacji. Dodam tylko jako jedną z przesłanek
– przecież
to naród białoruski jest nam chyba
najbardziej
życzliwy, jak pokazują badania opinii publicznej
i
badanie nastrojów w stosunku do Polaków.
W
stosunkach z Rosją, o czym tutaj mówiono, warto
uwzględniać
większą dozę racjonalizmu, a mniej
ideologicznych
uprzedzeń.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! W polityce zagranicznej
musimy
kierować się swoimi zintegrowanymi
interesami
politycznymi, narodowymi i gospodarczymi.
Dokładnie
widzimy, jak czynią to Czesi, Słowacy,
Węgrzy
czy nawet kraje bałtyckie. I mam nadzieję, że
my
nie czynimy tego gorzej.
Ważną
częścią polityki zagranicznej Polski w naszej
sytuacji,
kiedy mamy tak liczne wychodźstwo, jest na
pewno
Polonia i Polacy na wschodzie. W USA
i
w Europie Zachodniej środowiska polonijne są zorganizowane,
mają
swą siłę polityczną, częściej siłę gospodarczą.
Przecież
to właśnie silna Polonia w USA mogła wpływać
na
pewne decyzje i postawy prezydenta i czynników
politycznych.
W Europie organizacje polskie są
słabsze,
one nie wpływają na decyzje swoich rządów,
a
gdyby mogły wpływać, to na pewno te procesy integracyjne
i
decyzje co do akcesji też zaistniałyby troszeczkę
w
innych wymiarach, w innych terminach.
Panie
marszałku, poproszę o dwie minuty dodatkowo.
A
więc po prostu powinno nam zależeć na tym, żeby
Polacy
poza granicami kraju byli w takim stopniu zorganizowani,
by
w jakimś sensie także byli ważnym czynnikiem
i
podmiotem życia politycznego w tych krajach,
w
których mieszkają. To może być poważny nasz atut.
Szczególnie
Polacy w krajach byłego Związku Radzieckiego
wymagają
systematycznej pomocy państwa
polskiego.
Rządy poszczególnych krajów nie pomagają
zamieszkałym
tam Polakom w stopniu takim, w jakim
my
to czynimy w odniesieniu do naszych mniejszości,
na
przykład litewskiej, ukraińskiej czy białoruskiej. Ja
nie
podnoszę tu lamentu, konstatuję tylko ten wycinek
obecnej
rzeczywistości. Nie można nie zauważać, że
Polacy
na Litwie czują się dyskryminowani, zwłaszcza
że
obydwa nasze kraje są członkami Unii Europejskiej
i
obowiązują nas te same standardy. Wiele przecież tam
jest
spraw niezałatwionych już od 15 chyba lat. Myślę,
że
tę barierę niemożności trzeba przełamać.
Kończąc,
chcę powiedzieć, panie marszałku, Wysoka
Izbo
i panie ministrze, że środowiska polskie na
Wschodzie
naszym zdaniem powinny być w większym
niż
dotąd zakresie czynnikiem twórczo wpływającym
na
ważny segment naszej polityki zagranicznej, jakim
są
stosunki z najbliższymi sąsiadami. Nasi rodacy na
Litwie,
Ukrainie, Białorusi i w Rosji mogą być bardzo
ofiarnym
sprzymierzeńcem w realizacji zadań polskiej
polityki
zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie zbliżania
się
narodów na niwie kultury, analizy okresów wspólnej
historii,
ponadnarodowej troski o najcenniejsze dobra
kultury,
niwelowania wzajemnych uprzedzeń i negatywnych
stereotypów.
Poza tym środowiska naszych
rodaków
cechuje ogromny potencjał patriotyzmu i przywiązanie
do
macierzy. Stąd też należy im się szczególny
szacunek
i troska ze strony państwa polskiego. Tę powinność
państwa
wobec naszych rodaków spełnia ofiarnie
zdecydowana
większość polskich przedstawicielstw
dyplomatycznych,
zwłaszcza konsulaty generalne Rzeczypospolitej
Polskiej.
Osobiście znam ogromny dorobek
w
tej mierze konsulatów generalnych w Brześciu,
w
Wilnie, Odessie, Charkowie, Mińsku, czy też wręcz
wzorcowego
Konsulatu Generalnego w Kaliningradzie.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Z okazji debaty
sejmowej
nad polską polityką zagraniczną Klub Parlamentarny
Polskiego
Stronnictwa Ludowego przesyła
wszystkim
Polakom na Wschodzie szczere wyrazy
życzliwości
i szacunku. Z uznaniem odnosimy się do
waszej
determinacji w staraniach o utrzymanie i rozwój
tożsamości
narodowej, troski o nauczanie języka
ojczystego,
dbałości o historyczne pomniki i wszelkie
ślady
polskiej obecności i kultury w krajach zamieszkania.
Polscy
ludowcy składają rodakom na całym
świecie
gorące podziękowania za wierność macierzy,
za
przywiązanie do wiary i mowy przodków i za uczucia,
jakimi
obdarzają naszą wspólną ojczyznę, Polskę.
Dziękuję
bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Głos
zabierze pan poseł Witold Firak, niezrzeszony.
Poseł
Witold Firak:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
Moi
przedmówcy mówili o sprawach wielkich i strategicznych,
ja
zajmę się tylko bardzo drobnym i niewielkim
wycinkiem
polityki zagranicznej, ale jakże mnie bulwersującym.
Nie
użyję słów brzydkich. Tylko dlatego że
dzisiaj
jest dyskusja dyplomatyczna, parlamentarna, nie
powiem,
co mnie trafia, gdyż od 10 lat trafiam w mojej
pracy
na mur niechęci. 10 lat temu w drugiej kadencji
parlamentu
powołano Bilateralną Grupę Polsko-Kubańską.
Powołano
ją, gdyż kilkunastu posłów, którzy znali
Kubę,
uznało, że źle przedstawiany jest obraz Kuby w
mediach
i że zła jest polityka rządu polskiego dotycząca
nie
tylko Kuby, ale generalnie całej Ameryki Środkowej
i
Południowej, lub że takiej polityki w ogóle nie ma, co
i
w dzisiejszym exposè pana ministra jak gdyby zostało
unaocznione,
bo tylko w jednym zdaniu wspomniał pan
o
tym, ciurkiem wymieniając kilkanaście państw, w tym
cztery
z Ameryki Południowej, i tyle.
Myśleliśmy,
że jako posłowie lepiej znający Kubę
i
Kubańczyków będziemy mogli coś zrobić dla poprawy
stosunków
wzajemnych, że będziemy mogli
pochwalić
się Kubańczykom naszą nową demokracją
i
jej budowaniem. Dziś z przykrością muszę stwierdzić
po
10 latach, że żaden z rządów i ministrów spraw
zagranicznych
nie skorzystał z naszych doświadczeń.
Panowie
z dyplomacji, zwłaszcza ci, którzy nigdy nie
byli
na Kubie, uważali, że lepiej wiedzą, jak tam jest,
i
że wystarczy im wiedza z ziejących nienawiścią artykułów
w
naszych gazetach i z tendencyjnych reportaży
naszego
nowojorskiego korespondenta telewizyjnego.
Dzięki
zachodnim, a nie polskim biurom podróży
udało
się inaczej ocenić rzeczywistość kubańską
polskim
biznesmenom. Utworzono Polsko-Kubańską
Izbę
Przemysłowo-Handlową, wytyczono kierunki
i
możliwości współpracy – Kubańczycy przygotowali
swoje
oferty handlowe, przeznaczyli pod budowę polskich
hoteli
działki. I co? I znowu nic. Polski biznes nie
otrzymał
wsparcia od swojego rządu. I tak fabryka wirówek
do
cukrowni przestraszyła się artykułu „Gazety
Wyborczej”
mówiącego, że nie wolno współpracować
z
reżimem. Wyczarterowane samoloty z turystami polskimi
nie
mogły polecieć do Hawany, bo boeingi były
w
leasingu od USA (blokada). Dziś na tamtych działkach
stoją
hotele, ale francuskie. Cygara i inne produkty
kubańskie
importujemy via Paryż. A my jak zwykle
pozostaliśmy
z ręką w nocniku, bo z reżimem nam nie
po
drodze, bo Kuba jest „be”.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Jeśli chodzi o przychylność
władz
Sejmu dla naszych działań, to też przedstawia
się
ona żenująco śmiesznie. W drugiej kadencji
Sejmu
lewicowo-ludowego nie udało nam się wyjechać
na
Kubę oficjalnie, więc pojechaliśmy sami na koszt
własny.
I dostało nam się za to w naszych polskich mediach.
W
trzeciej kadencji dzięki zrozumieniu i przychylności
marszałka
Płażyńskiego doszło do oficjalnej
wizyty
polskich parlamentarzystów aż dwukrotnie. Na
dalszą
wymianę grup od 1998 r. nie ma co liczyć. No
więc
jak mamy realizować nasze plany, jeśli chodzi
o
pokazywanie Polski, jej nowego oblicza i przypatrywanie
się
przemianom, jakie dzieją się na Kubie, bo
dzieją
się te przemiany, a może i delikatne podpowiadanie,
jak
to powinno się dalej na Kubie robić?
Panie
Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!
Mogłem
rozumieć, choć z trudem, politykę MSZ wobec
Kuby
przed wstąpieniem Polski do NATO i Unii Europejskiej,
bo
wówczas pewnie musieliście tańczyć tak,
jak
wam zagrywali, ale nijak nie mogę zrozumieć, że
teraz,
kiedy nasza nowa rodzina europejska podejmuje
próbę
odbudowy stosunków z Kubą, próbę udzielenia
jej
pomocy, to my znowu jesteśmy jako Polska przeciwni.
Bo
co? Bo jesteśmy mądrzejsi od tej nowej rodziny?
A
może mamy znowu od kogoś innego inne wytyczne?
Jan
Paweł II powiedział – cytuję: „Stolica Apostolska
wyraża
usilne pragnienie, aby jak najszybciej zostały
usunięte
wszelkie przeszkody – czytaj: embargo
– które
uniemożliwiają swobodną komunikację i wymianę
między
Kubą i częścią wspólnoty międzynarodowej”.
A
nowemu ambasadorowi, który niedawno składał
listy
uwierzytelniające, przekazał życzenia zdrowia dla
Fidela
Castro i zaapelował, by Kuba była konsekwentna
w
swoich wysiłkach dla utrzymania i pogłębiania osiągnięć
w
dziedzinie oświaty i opieki zdrowotnej.
Kubańczycy
to wspaniały naród, trochę podobny
do
nas. Być może biedny, ale dumny.
Panie
ministrze, powiedział pan dzisiaj, że chce pan,
by
Polska stała się z państwa, któremu pomagano, państwem,
które
pomaga. No więc niech pomaga, a niech
nie
kopie. Apeluję do pana ministra o zmianę polityki
wobec
Kuby. Jeśli nie chcecie skorzystać z poselskich
doświadczeń,
jeśli nie chcecie skorzystać z własnej
i
nieprzymuszonej mądrej woli, to skorzystajcie z mądrości
Ojca
Świętego. Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję.
Pan
poseł Tadeusz Iwiński.
Poseł
Tadeusz Iwiński:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!
Sądzę,
że ta dzisiejsza debata, bardzo ważna i prowadzona
w
sumie spokojnie, wykazała, że, generalnie rzecz
biorąc,
polska polityka zagraniczna dość skutecznie
w
ostatnich latach, zwłaszcza w ostatnim roku, stawia
czoła
wyzwaniom i tym starym, i tym nowym, zwłaszcza
że
sytuacja jest pod wieloma względami zupełnie
nowa
niż jeszcze 5 czy 10 lat temu. Myślę, że decyduje
o
tym nie tylko wzrost współzależności – wspominał
o
tym w drugim swoim wystąpieniu pan minister Rotfeld
– jako
kluczowej kategorii przełomu XX i XXI w.,
ale
też to, że nie można już dzisiaj patrzeć na świat,
w
tym na Europę, w kategoriach głównie – nie mówiąc
o
tym, że wyłącznie – geograficznych czy instytucjonalnych.
Jarosław
Iwaszkiewicz – ja bardzo lubię to
powiedzenie,
czasem je przytaczam, brzmi już dzisiaj
jakże
anachronicznie – mówił ironicznie, że Polacy są
zbyt
inteligentni jak na swoje położenie geograficzne.
Otóż
decydują zdecydowanie problemy, które są pod
wieloma
względami wspólne – terroryzm, nierówności
rozwojowe,
migracje, problemy roli religii, kultur,
cywilizacji
– i to wymaga często stałej weryfikacji naszych
koncepcji
i stałej innowacyjności.
I
stąd pytanie: Czy mamy na tyle odwagi intelektualnej,
czy
na tyle trzymamy rękę na pulsie wielu dyskusji,
żeby
odejść od takiego starego myślenia? Myślę, że
w
dużej mierze tak. Nawiasem mówiąc, nie chcę tu, żeby
moje
wystąpienie zamieniło się w polemikę, chociaż
w
nim będzie wiele elementów polemicznych, ale ja
w
wielu wystąpieniach kolegów z prawej strony, na
przykład
pana posła Łopuszańskiego, zauważyłem jakby
to
stare myślenie, trzymanie się czegoś, co może
bardziej
by odpowiadało realiom XIX w. czy I połowy
ubiegłego
stulecia. I dlatego polska polityka zagraniczna
doprowadziła
do niewątpliwego wzrostu pozycji
naszego
kraju na arenie międzynarodowej – i w Europie,
i
poza Europą. Jestem z tego bardzo zadowolony,
ponieważ
europocentryzm był zmorą polskiej polityki
zagranicznej;
w sensie negatywnym. My zaczynamy
dostrzegać
to, że w Europie żyje niecałe 800 mln ludzi,
a
na świecie prawie 7 mld. Losy świata – losy świata
w
sensie cywilizacji – prawdopodobnie rozstrzygną się
daleko
poza Europą. I to jest dla nas ważne, choć siłą
rzeczy
najistotniejsi są dla nas sąsiedzi. Najistotniejsi są
dla
nas nasi partnerzy w Europie. Naturalnie nie wszystko
jest
– jak powiedzieliby Francuzi – la vie en rose.
Nie
jest różowo. Mówiono tu o dylematach związanych
z
ekonomizacją, ja dodałbym jeszcze – nikt się w tej
sprawie
nie wypowiadał – że za słabe jest uspołecznienie
polskiej
polityki zagranicznej. Nie chodzi tu tylko
o
udział organizacji pozarządowych.
Wreszcie
to, o czym mówił szef Komisji Spraw Zagranicznych
Sejmu,
mianowicie odniesienie tych kwestii
do
przeciętnego człowieka. Od czasu pierwszych
demokratycznych
wyborów jestem posłem z Warmii
i
Mazur, województwa, którego cała granica z obwodem
kaliningradzkim
jest całą granicą Polski z Rosją.
Wielu
obywateli ocenia efektywność lub nieefektywność
polityki
przez pryzmat sytuacji na przejściach,
przez
pryzmat możliwości współpracy, przez pryzmat
wiz
itd., bo przecież zgadzamy się, generalnie rzecz
biorąc,
czym jest polska racja stanu. Chociaż napisano
na
ten temat wiele książek, to przecież sensem tej polityki,
poza
zapewnieniem bezpieczeństwa, jest stworzenie
optymalnych
warunków zewnętrznych dla rozwoju
wewnętrznego,
czyli ostatecznym sprawdzianem
efektywności
tej polityki jest to, czy możemy się lepiej
rozwijać
wewnętrznie.
Nadal
jest niesłychanie istotna sprawa trzech historycznych
pojednań
Polski: z Niemcami, Rosją i Ukrainą.
Na
szczęście nie mamy tutaj do czynienia z sinusoidą
czy
cosinusoidą, ale z oscylacją. Do tej pory zrobiliśmy
milowy
krok, jeżeli chodzi o pojednanie z Niemcami,
dość
znaczny, jeżeli chodzi o Rosję, najtrudniej było
z
Ukrainą. Myślę, że ostatnie wydarzenia, jeżeli chodzi
o
Ukrainę… Stałem na czele delegacji Zgromadzenia
Parlamentarnego
Rady Europy obserwującej powtarzane
wybory
i miałem okazję – a byłem w tym kraju wiele
razy
i w najbardziej odległych częściach Ukrainy – widzieć
coś
po raz pierwszy: taką nieskrywaną, normalną
sympatię
wobec Polaków. Ale to wszystko będzie
zajmowało
dużo czasu i w stosunkach z Niemcami,
i
w stosunkach z Rosją.
W
tym kontekście mówiono tutaj sporo o konsensusie
polskiej
polityki zagranicznej. Uważam, że mając
korzystną
pozycję polityczną na naszym kontynencie,
partnerskie
stabilne stosunki ze wszystkimi sąsiadami,
jednak
powinniśmy dostrzegać groźbę, którą sformułowałbym
tak:
jeśli miałoby być podważane porozumienie
w
podstawowych sprawach dla polskiej polityki zagranicznej
– a
zaczyna ono być podważane i to jest, uważam,
największa,
pojedyncza słabość tego, co się działo
w
ubiegłym roku – to byłoby to bardzo groźne. Nam
nadal
potrzebny jest najmniejszy wspólny mianownik
w
tej mierze, a w innych – bardzo proszę, po norwidowsku
żebyśmy
się potrafili umieć pięknie różnić.
Bardzo
lubię Marię Dąbrowską, która mówiła, że marzenia
się
zwykle spełniają, ale nie tak i nie wtedy, gdy
tego
pragniemy. Przecież my w ostatnich 15–16 latach,
jeżeli
chodzi o politykę zagraniczną, zaprzeczyliśmy tej
tezie
w ogromnej większości przypadków. Gorzej, chociaż
bilans
jest pozytywny, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną,
wielu
ludzi uznało, że na procesie transformacji
straciło.
I to – moim zdaniem – powinien być bardzo
ważny
element tego, co będziemy czynili w następnych
latach,
ale to nie jest tematem dzisiejszej debaty.
Zanim
przejdę do spraw europejskich, chciałbym
odnieść
się do sprawy, o której tu mówiono
kilkakrotnie.
Polska – i to jest dowód naszej aktywności
– która
przewodniczy trzem organizacjom
międzynarodowym,
powinna uczynić wszystko
– choć
zachowuję tutaj sporą dozę sceptycyzmu –
w
odniesieniu do tworzenia tej nowej architektury europejskiej
w
relacji tej trójki organizacji: Rady Europy,
najstarszej
organizacji, OBWE i Unii Europejskiej.
Ale
idzie to jak po grudzie, powiedzmy sobie szczerze.
Mamy
przecież dwa trybunały, które zajmują się ochroną
praw
człowieka i nie tylko – luksemburski i strasburski
– co
grozi na przykład pewną kolizją prawną.
Istnieje
moim zdaniem ewidentna potrzeba powołania
w
Europie agencji, która zajmowałaby się procesami
migracyjnymi.
Gdybym miał dzisiaj wymienić może
na
palcach jednej ręki najbardziej pilne procesy w skali
globu,
to mówiłbym tutaj o dylematach związanych
z
migracją, w sposób obszerny, odnosząc się i do innych
zjawisk.
Czy jest możliwe powołanie takiej agencji,
którą
powołałyby wspólnie Rada Europy, Unia Europejska,
może
inne organizacje? Nie wiem. Obawiam
się,
że mogą być z tym kłopoty.
Jeśli
chodzi o sprawy europejskie, to zaproponowałbym
taką
formułę: potrzeba więcej Polski w Europie,
więcej
Polski w sensie naszej pozycji, i potrzeba
więcej
Europy w Polsce, w rozumieniu wartości, standardów,
i
potrzeba więcej Europy w świecie. W tym
trójstronnym
procesie współpracy, ale często rywalizacji,
centrum
europejskiego, które skupia się wokół
Unii,
centrum amerykańskiego rozszerzającego się
z
porozumienia NAFTA na całą… aż do Cono Suru,
do
Stożka Południa, i centrum Azji i Pacyfiku, Europa
stoi
przed bardzo trudnym zadaniem, nie musi przegrać
tej
rywalizacji, ale jest bardzo daleka od tego, żeby nie
przegrała,
i oczywiście Unia musi się rozszerzać, Unia
musi
się umacniać, bo pięć lat Strategii Lizbońskiej
okazało
się w dużej mierze niepowodzeniem. I Polska,
która
ma najwyższe bezrobocie w Unii Europejskiej,
ma
najniższy procent nakładów na badania naukowe
i
na rozwój, a to przecież miało być sensem w dużej
mierze
Strategii Lizbońskiej, w której chodzi o to, żeby
Unia
– w perspektywie szerzej, bo cała Europa – była
organizmem
najbardziej konkurencyjnym opartym na
wiedzy.
O miejscu Polski tylko dwie rzeczy zadecydują
ostatecznie:
silna gospodarka oraz rozwój edukacji,
nauki
i postępu technicznego.
(Poseł
Marian Piłka: Demografia. )
Demografia
tak, jeżeli będą Polacy, to... Więc w tym
kontekście
myślę, że dość dobrze ten czas od 1 maja zeszłego
roku
wykorzystaliśmy, ponieważ naszą spécialité
de
la maison, naszą specjalnością w Unii między innymi
powinna
być polityka wschodnia. Tak jak nikt nie zastąpi
Hiszpanii
w promowaniu polityki wobec Ameryki Łacińskiej
czy
Francji, jeżeli chodzi o Maghreb czy dużą część
Afryki
Czarnej, tak nikt nas nie zastąpi w tej mierze. Ale
poza
tym myślę, że z oczywistych względów powinniśmy
– zrobiła
się w ostatnich miesiącach, w ostatnim roku
cisza
– kontynuować to, co zostało zawarte w tak zwanej
inicjatywie
ryskiej prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Mamy
dzisiaj na naszym kontynencie 47 państw,
z
tego w Unii jest 25, prawie drugie tyle nie należy do
Unii,
są kraje, które nie wstąpią nigdy albo w dającym się
przewidzieć
czasie ani do Unii, ani do NATO lub wstąpią
tylko
do jednej z tych organizacji. I powinniśmy starać się
czynić
wszystko, żeby polityka Unii wobec nich była polityką
klarowną,
potrzebną i tworzącą właśnie taką nową
strukturę
europejską, jakby nieformalną, w jakiejś mierze
kontynentalną.
Nawiasem mówiąc, to, że Polska poparła
Turcję,
to jest w ogóle historyczna sprawa, Europa… Tak
jak
nie ma dla nas alternatywy Rosja czy Ukraina, bo powinniśmy
mieć
partnerskie, dobre stosunki i z... tak nie
ma
dla nas alternatywy Ukraina czy Turcja w Unii Europejskiej:
i
to, i to.
Nawiasem
mówiąc, myślę, że na dobrej drodze –
i
chciałbym, żeby to zostało sfinalizowane w tym roku
– są
nasze wysiłki na rzecz ustanowienia agencji, która
zajmowałaby
się zewnętrznymi granicami Unii właśnie
w
Polsce. Na 3860 km granicy zewnętrznej Unii 1150
– 30%
to są granice polskie. Moim zdaniem w dzisiejszej
bardzo
ciekawej i toczącej na bardzo dobrym poziomie
dyskusji
usłyszałem jednak wiele wystąpień, które
brzmiały
tak, jakby Polacy byli nadal – czy część Polaków
– nastawieni
alergicznie.
Ja
z tej trybuny polemizowałem i z posłem Markiem
Borowskim
natychmiast, i z wieloma innymi wystąpieniami
bez
dostatecznego przygotowania. To jest wpadka
polskiego
MSZ – trzeba to powiedzieć – w sprawie José
Borrella.
A przecież nie chodzi akurat o tę drobną rzecz.
Nikt
już nie wierzy dzisiaj, wszyscy już wiedzą, że Unia
Europejska
nie jest ani złotą rybką, która nam wszystko
da,
choć mamy ogromne szanse rozwojowe dzięki
środkom,
które możemy dostać, zwłaszcza gdy chodzi
o
budżet na lata 2007–2013, i nie jest potworem, który
nas
zje. Jednak wciąż – widać to chociażby w dzisiejszej
debacie,
w wystąpieniach wielu mówców, mówił o tym
i
pan poseł Dobrosz, i pan poseł Macierewicz, i kilku
innych
– Unię prezentujemy jako siłę, czy przynajmniej
w
niej pewne elementy, która chce nie dopuścić nas do
odgrywania
partnerskiej czołowej roli, która chce zepchnąć
nas
na margines. To tak nie jest.
Panie
marszałku, pan pytał, a częściowo odpowiadał
na
to pan poseł Borowski. Przecież spór wokół
konstytucji
europejskiej ogniskuje się właśnie wokół
tego,
w czym sytuacja Polski poprawi się po przyjęciu
konstytucji.
Ano poprawi się znacząco. Poprawi się nie
tylko
dlatego, że będą bardziej przejrzyste i efektywniejsze
mechanizmy
funkcjonowania Unii, ale poprawi
się
ona właśnie w tym, że, z punktu widzenia przeciętnego
obywatela
z Nidzicy i Jarosławia, będzie on
wiedział,
bo to są priorytety Unii zawarte w traktacie
konstytucyjnym,
że najważniejsza rzecz dla Unii to jest
pełne
zatrudnienie i postęp. To jest bezpieczeństwo. To
są
właściwe relacje, jeżeli chodzi o ochronę środowiska.
To
jest kwestia regulowania procesów migracji itd.
I
to jest gwarancja, bo jest to zawarte w tym szalenie
obszernym
dokumencie, który się składa z 465 artykułów.
A
to, że to jest kompromis… Poseł Macierewicz
przedstawił
tutaj naszą zgodę na podpisanie tego
traktatu
jako coś, co stoi jakoby w sprzeczności z naszą
ustawą
zasadniczą i w ogóle z sensem działania,
z
polskim raison d’etre, z polską racją stanu. A przecież
kompromis
jest wtedy doskonały, jak mówił zapomniany
dzisiaj
francuski minister spraw zagranicznych
Edgar
Fore, kiedy obie strony otrzymują nie do końca
to,
co chciały. Tylko wtedy jest kompromis.
Myślenie
o suwerenności właśnie w kategoriach
archaicznych,
przestarzałych, a nie w kategorii suwerenności
wspólnej,
nie w kategorii suwerenności podzielonej,
nie
może być zrealizowane. Powiem wprost:
Gdy
słuchałem tu pana posła Jurka kilkanaście minut
temu,
odniosłem wrażenie, że niektóre polskie formacje
polityczne
chcą wykoleić pociąg integracji, który
po
tym, jak ruszył po 1 maja z nowej stacji, nabrał wyraźnego
przyspieszenia.
Dlaczego
warto i trzeba zrobić referendum w tym
roku
i najlepiej – myśmy już prowadzili tu taką debatę
– połączyć
to z wyborami prezydenckimi? Dlatego, bo
tylko
wówczas naród – używam wielkich słów –
zdecyduje.
Tylko
wtedy zdecyduje.
(Poseł
Marian Piłka: W przyszłym
roku też można
zdecydować.)
Nie,
panie pośle Piłka, w przyszłym roku nie zdecyduje,
ponieważ
na kilkanaście referendów od 1989 r. tylko
jedno
jedyne, przy ogromnym wysiłku różnych partii
politycznych,
organizacji pozarządowych, różnych kościołów
i
związków wyznaniowych, papieża itd., z trudem
przekroczyło
frekwencję 50%. Na 3 godziny przed
zamknięciem
urn jeszcze nie było frekwencji 50%.
Do
mnie kompletnie nie przemawia pokrętna argumentacja
Platformy
Obywatelskiej, w której zamiast na
plan
pierwszy wysuwać nasze interesy… Jesteśmy jednym
z
6 największych państw Unii Europejskiej, to my
powinniśmy
nadawać ton tej debacie. Nie powinniśmy
– przypomnę
stare określenie rosyjskie „chwostizm” –
wlec
się w ogonie przemian. Czy ci, którzy liczą na to,
że
w sondażu przedwczorajszym w Wielkiej Brytanii
ponad
40% więcej było na razie zwolenników nieprzyjęcia
konstytucji
europejskiej niż przyjęcia. Sytuacja
bardzo
szybko może się zmienić po wyborach, które
w
Wielkiej Brytanii być może będą za 4 miesiące. My
mamy
nie czekać, tylko – powtarzam – nadawać ton
tej
debacie.
Zbliżając
się do końca, panie marszałku, chcę powiedzieć,
że
mało mówiono, może z wyjątkiem pana
posła
Oleksego, o sprawach globalnych i innych.
Przy
okazji w kontekście Iraku słowo polemiki
z
posłem Dobroszem: to poprzednia ekipa przyjęła ustawę
o
rozmieszczaniu polskich Sił Zbrojnych za granicą
i
SLD głosował przeciwko wykluczeniu polskiego parlamentu
z
procesu decyzyjnego. Tak ta decyzja została
podjęta
w 2003 r.: że następuje to w relacjach rząd–prezydent.
My
powinniśmy zmienić tę ustawę, tak jak to
wygląda
w ogromnej większości krajów. Ta formacja,
nie
chcę powiedzieć, że ubezwłasnowolniła, bo nie ma
żadnego
ubezwłasnowolnienia polskiego parlamentu,
ale
nie dała mu niezbędnego atrybutu w tym procesie.
Ostatnia
kwestia, którą chciałbym poruszyć,
jest
taka, że być może tragedia w Azji Południowo-
-Wschodniej,
w której zginęło, nie wiadomo, ćwierć
miliona
ludzi, za chwilę może się okazać, że więcej,
może
mieć jeden korzystny skutek. Jak ładnie mówił
nieżyjący
już filozof francuski Edgar Morin, ona nam
uświadomi,
że jako ludzkość jesteśmy skazani na siebie,
płyniemy
na jednej łódce, albo razem przetrwamy,
albo
nie. I co się dzieje? Tylko pięć krajów na świecie
przeznacza
na pomoc rozwojową 0,7% PKB. Świat
niemal
zapomniał o 900-milionowej Afryce. AIDS,
malaria
– na malarię choruje kilkaset milionów ludzi
i
w zastraszającym tempie umiera – gruźlica itd. Polska
jest
oczywiście krajem średnim, nie mamy takich
możliwości,
ale myślenie w kategoriach globalnych
jest
rzeczą niesłychanie ważną.
I
ostatnia sprawa. Trzeba walczyć z międzynarodowym
terroryzmem,
z innymi zagrożeniami, ale walka
z
międzynarodowym terroryzmem odniesie skutek tylko
wtedy,
gdy zwróci się uwagę na jego uwarunkowania
i
doprowadzi się do minimalizacji jego bazy społecznej,
czyli
musimy razem przezwyciężać problem głodu, biedy.
Ja
nie jestem zwolennikiem prymitywnej tezy, że bieda
rodzi
terroryzm. Zagadnienie jest znacznie bardziej
złożone
aniżeli w układzie czarno-białym. Niedorozwój
edukacji,
ograniczenia w dostępie do współczesnych
zdobyczy,
żeby przywołać Huntingtona, który przecież
w
ostatnim czasie był w Polsce dwukrotnie, tylko dialog
cywilizacji,
a nie zderzenie cywilizacji.
W
kwietniu odbędzie się w Warszawie pod auspicjami
premiera
kolejna międzynarodowa konferencja,
bo
organizowaliśmy już dwie takie konferencje. Jej
także
powinniśmy nadać znaczącą rangę, bo być może
jest
to pojedyncza, najbardziej istotna sprawa w skali
globu.
Zróbmy więc to po to, żeby niedostatek solidarności
międzynarodowej,
niedostatek solidarności ludzkiej
kończył
się. W świecie jest deficyt tej solidarności.
To
słowo Polakom powinno być szczególnie bliskie.
Szukałbym
takiej puenty, panie marszałku, że naturalnie
świat
oddziałuje zdecydowanie bardziej na
Polskę
aniżeli Polska na świat. To jest nieuchronne, bo
inaczej
być nie może. Na każdy kraj, nawet na Chiny,
Indie
i na Stany Zjednoczone, świat zewnętrzny wpływa
bardziej,
aniżeli one wpływają na świat zewnętrzny,
ale
u nas te proporcje troszeczkę się zmieniły, wyrównały.
Myślę,
że są to dobre proporcje, i obyśmy je
utrzymali.
Dziękuję bardzo.
Wicemarszałek
Donald Tusk:
Dziękuję.
Pan
poseł Jan Chaładaj.
Poseł
Jan Chaładaj:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Panie i Panowie
Posłowie!
Pozwólcie, że jako ostatni mówca maksymalnie
skrócę
swoje wystąpienie, bo o większości
spraw
koleżanki i koledzy posłowie już mówili.
Przede
wszystkim chciałbym pogratulować informacji
Ministerstwu
Spraw Zagranicznych, ministrowi
i
powiedzieć, że jest bardzo profesjonalna, oddaje stan
naszej
polityki zagranicznej w roku minionym. Jednocześnie
chciałem
zauważyć, że w pełni utożsamiam
się
z kierunkami działania na rok bieżący. Jest to przemyślany,
logiczny
i konsekwentny proces, w związku
z
tym będę go w pełni popierał.
Nie
mogę pozbyć się refleksji, że największe sukcesy
polskiej
dyplomacji w minionym okresie następowały
wtedy,
kiedy była pełna jedność funkcjonowania
pana
prezydenta, rządu, dyplomacji, Sejmu, z poparciem
czy
z oddechem społeczeństwa na plecach. Tak
było
w przypadku naszych negocjacji akcesyjnych, tak
było
w przypadku Ukrainy. Trochę niezbyt przyjemnie
zabrzmiały
mi tu słowa o tym, że ważne jest, kto
pierwszy
włożył pomarańczowy szalik czy przypiął
sobie...
Myślę, że to jest mało istotne. Tak naprawdę
ten
gest, który wykonaliśmy w stosunku do Ukrainy,
bo
trudno to określać w innych kategoriach, ten zryw,
ten
powiew sympatii społecznej, który nastąpił, to jest
rzecz
najważniejsza. Będzie to jednak niczym, tylko
werbalnym
gestem, jeżeli natychmiast w ślad za tym
nie
pójdą konkretne działania.
Chcę
państwu powiedzieć, że tak wzrosła aktywność
znajomych
ukraińskich, partnerów ukraińskich,
że
nawet znajomi sprzed lat, których wizytówki już
dawno
spleśniały, dzwonią. Któryś z biznesmenów
nawet
zażartował, że teraz jest taki czas, że każdy
z
Ukraińców chce mieć swojego Polaka w tzw. kontakcie.
Jak
nie wykorzystamy tego naturalnego ruchu
skierownego
na to, żeby natychmiast znaleźć partnera
w
Polsce, partnera gospodarczego, samorządowego,
inwestycyjnego,
to będzie to strata takiego zrywu i nasza.
Chcę
powiedzieć, że to nie jest sprawa MSZ, to
jest
sprawa całego rządu. Trzeba nawet skoordynować
działania
rządu, instytucji, organizacji pozarządowych,
wręcz
biznesu, i spróbować zastanowić się, jak zrobić z
tego
program wyciągniętej dłoni do nowej demokracji
ukraińskiej,
również do nowej sytuacji gospodarczej,
która
nastąpi po tym zrywie demokratycznym. To musi
być
przejrzenie naszych możliwości kredytowych jako
państwa,
bez czekania na to, co zrobi Unia Europejska.
Mamy
jeszcze instytucje kredytów budżetowych
i
trzeba by pomyśleć, które sfery moglibyśmy ożywić.
Oczywiście
promocja, wymiana młodzieży, dzieci – to
jest
to, co możemy mieć z tej sytuacji, a wyciągając
dłoń
do naszych ukraińskich sąsiadów, możemy utrwalić
coś,
co zaczęło się ledwie kilka tygodni temu.
Reprezentuję
Unię Międzyparlamentarną, nie chcę
oczywiście
doklejać się do sukcesów naszej dyplomacji,
ale
chciałem powiedzieć, że posłowie tego parlamentu
na
swoim odcinku też to realizują, starają się
wspierać
politykę zagraniczną państwa. Zwracam uwagę
na
to, że 40 grup bilateralnych, z których większość
działa
bardzo aktywnie.... Chciałem w tym miejscu
podziękować
MSZ za wspaniały przepływ informacji,
za
dobrą koordynację, za to, że możemy działać wspólnie,
a
czasem nawet lekko wyprzedzać działania rządowe,
ponieważ
posłom – jak ktoś powiedział – czasem
można
więcej, bo to wybrańcy narodu, w związku
z
tym mogą więcej niż oficjalne stosunki rządowe nakazywałyby.
Mieliśmy
kilka takich przypadków, choćby
prowadząc
skuteczne rozmowy z parlamentarzystami
białoruskimi
o sprawach ekologii czy na tematy przyspieszenia
otwarcia
przejścia w Puszczy Białowieskiej,
to
były konkretne rozmowy, czy odsłonięcia pomnika
Mickiewicza
w Grodnie, do którego tamci parlamentarzyści
bardzo
się przyczynili.
Muszę
tak troszeczkę dziegciu panu ministrowi dołożyć,
a
dotyczy to ekonomizacji. Jestem dość biegły
w
tej materii, bo jako minister byłem odpowiedzialny za
biura
radców handlowych i nigdy nie byłem przywiązany
do
tego, że to musi być w jednym czy w drugim resorcie.
Ostrzegam
tylko przed takim formalnym podejściem do sprawy,
bo
ekonomizacja nie jest wcale takim
elementem,
że trzeba określić, w którym dziale gospodarki
będzie
się mieściła i kto będzie się nią zajmował.
Powtarzam
to już, bo mamy przykłady w Europie, gdzie
większość
tych służb jest rozdzielonych, a były nawet
przypadki,
węgierski czy czeski, kiedy włączono to do
MSZ
i wrócono do starego układu. To samo było w Finlandii,
gdzie
– jak już wielokrotnie mówiłem – powołano
do
tych spraw wiceministra i po dwóch, trzech miesiącach
musiał
stać się konstytucyjnym członkiem Rady
Ministrów,
nie dlatego, że to jest wiedza tak specyficzna
czy
tajemna, tylko dlatego, że zagraniczna działalność
gospodarcza
to jest dziś 30%, a 70% to jest spływ informacji,
która
płynie od polskiej gospodarki kanałami,
niestety,
Ministerstwa Gospodarki. Nie chcę być przeciwko
temu,
jestem za tym, tylko rzeczywiście trochę
to
zbagatelizował pan Borowski, mówiąc, że niektórzy
mówią
– myślał o mnie, bo ja to mówiłem – że
ekonomizacja
powinna
polegać na pełnej edukacji pracowników
polskiej
dyplomacji, na wdrożeniu im programów egzekwowania
efektów
gospodarczych w postaci motywowania
ich
itd., bo to na tym polega, żeby wszyscy czuli
się
za to odpowiedzialni.
Chcę
powiedzieć, że przykładem najbardziej spektakularnym
i
najbardziej skutecznym są tu Czesi. Pod
każdym
względem biją naszą skuteczność eksportową,
wygrywają
przetargi w najbardziej egzotycznych
krajach
świata. Cała dyplomacja nastawiona jest na
wsparcie
i nie wiem, czy działają tam jakieś mechanizmy
ekonomiczne,
ale jest zainteresowanie i robi
się
to w sposób bardzo aktywny. Chciałem ostrzec, że
przyczyną
nie są tylko chyba międzyresortowe kłopoty.
Są
one gdzieś, bo samo wdrożenie tego w jednym
tylko
resorcie nie spowoduje nagle, że będzie lepiej.
Mówię
to gwoli przypomnienia i ostrożności, że nie
same
strukturalne zmiany decydują tutaj.
Ostatnią
myśl pozwolę sobie przedstawić, panie
marszałku,
a dotyczy ona Niemiec. Chciałem powiedzieć,
że
będzie to pojedynczy głos w tej sprawie. Zgadzam
się
ze wszystkimi, którzy chwalili ministerstwo
za
jednoznaczną postawę w sprawie prób fałszowania
historii
i rewizjonizmu niemieckiego, itd. Musimy nad
tym
czuwać. Ale z drugiej strony mam taką refleksję,
że
mija 60 lat odzyskania naszych ziem czy powrotu
na
ziemie odzyskane i to dotyczy kilku pokoleń. Myślę,
że
oprócz pamięci i reagowania na wszystkie próby
środowisk
rewindykacyjnych i rewizjonistycznych,
musimy
spróbować sformułować nowy program z wyjściem
do
przodu, taki, dzięki któremu, próbując odciąć
się
od historycznych zaszłości, będziemy budować
nową
rzeczywistość. Jest okazja, jest taki rządowy projekt
promocyjny
2005–2006, o ile wiem, Rok Polski
w
Niemczech i Rok Niemiecki w Polsce. Wykorzystajmy
ten
projekt do zaakcentowania czegoś nowego,
pójścia
do przodu, podjęcia próby budowy wspólnych
polsko-niemieckich
rzeczywistości, bo z natury rzeczy
z
roku na rok rocznica II wojny światowej będzie trochę
ginęła
w zapomnieniu i w zamian musimy budować
coś,
co będziemy mogli nazwać przyszłością.
I
ostatnia uwaga dotycząca wystąpienia pana marszałka
Tuska,
który wymienił cechy naszej polityki
w
stosunku do Rosji. Myślę, że to, co wymienił pan
marszałek,
a więc niezależność tej polityki, zgodność
jej
z naszą racją stanu, dotyczy naszej polityki w stosunku
do
wszystkich państw świata. Nie wyobrażam
sobie,
żeby jakiekolwiek inne standardy były w stosunku
do
krajów Unii Europejskiej czy do innych.
Musimy
się kierować naszą racją stanu, musimy się
kierować
poczuciem naszej niezawisłości, wolności,
o
której mówił poseł Jurek. I nie można tego relatywnie
odnosić
tylko do Rosji, ale do wszystkich. Chodzi
o
naszą politykę zagraniczną w stosunku do wszystkich
krajów
świata. Dziękuję za uwagę.
(Przewodnictwo
w obradach obejmuje wicemarszałek
Sejmu
Kazimierz Michał Ujazdowski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Głos
ma pan poseł Tadeusz Iwiński, Sojusz Lewicy
Demokratycznej.
Proszę
bardzo.
Poseł
Tadeusz Iwiński:
Panie
marszałku, przepraszam, nie chcę nadużywać
cierpliwości,
ale zapomniałem o pewnej rzeczy, która
wydaje
mi się dość istotna i dlatego ją poruszę, więc
nie
wykorzystam czasu, który ma SLD, do końca, a ma
10
minut. Zmieszczę się w minucie.
(Poseł
Elżbieta Kruk: Bo nie macie
nic do powiedzenia.
)
Chcę
powiedzieć, że to jest szczęśliwy zbieg okoliczności
– jako
agnostyk być może zacznę wierzyć –
ponieważ
zapomniałem polemizować z panem, a pan się
właśnie
w tym momencie pojawił. Argument jest ważny,
ponieważ
w najbliższych miesiącach będziemy mieli
szereg
debat na temat referendum konstytucyjnego,
kiedy
ma się odbyć, połączenia go lub nie. Pan, panie
marszałku,
powiedział tu, występując jako poseł w imieniu
Prawa
i Sprawiedliwości, że pan nie zna kraju, gdzie
referenda
odbywały się łącznie z wyborami. Ja wiem,
że
pan jest opromieniony świeżą obroną pracy doktorskiej,
więc
dlatego chciałbym panu rekomendować na
przyszłość,
żeby jednak pan badał bardziej pewne fakty.
Otóż,
mógłbym panu takich państw wymienić kilka,
a
jedno z nich szczególnie panu bliskie z różnych
względów
– Włochy. O Italii się zawsze mówiło, że
rząd
trwa tyle, co ciąża, rząd Silvio Berlusconiego jest
najdłuższy
po II wojnie światowej. Otóż któregoś razu
kilka
lat temu we Włoszech odbyły się wybory łącznie
z
11 referendami. To było referendum w 11 sprawach,
które
traktowano oddzielnie. Czyli to nie jest
tak,
że gdyby doszło u nas z oczywistych względów,
w
dobrej intencji, żeby dać polskiemu społeczeństwu,
polskiemu
narodowi możliwość zdecydowania, nie Sejmowi,
że
to byłoby coś nadzwyczajnego, że to tworzyłoby
precedens.
Wzór Italii jest wzorem bardzo ważnym,
o
którym warto pamiętać. Dziękuję.
(Poseł
Marek Jurek: Przy wyborach
samorządowych.)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo...
(Poseł
Marek Jurek: Nie 11 spraw
tylko dwie.)
(Poseł
Tadeusz Iwiński: 11.)
...panu
posłowi.
Postulat
wzbogacenia mojej wiedzy przyjmuję bardzo
skromnie.
(Głos
z sali: Pytania.)
Ale
pan minister Adam Rotweld chciał teraz zabrać
głos.
Minister
Spraw Zagranicznych
Adam
Daniel Rotfeld:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Przed pytaniami
chciałem
po prostu przedstawić trzy krótkie uwagi, prawie
że
natury formalnej, ponieważ na niektóre pytania
odpowiedzą
obecni tu wiceministrowie, na inne odpowiemy
pisemnie,
natomiast wyjaśnienia dotyczą spraw,
które
były podnoszone, mianowicie że nie poruszyliśmy
w
exposé sprawy Bałkanów albo Ameryki Łacińskiej.
Otóż
chcę powiedzieć, że nie poruszyliśmy ani spraw
Skandynawii,
ani spraw Dalekiego Wschodu, ani Afryki,
spraw
wielu terytoriów nie poruszaliśmy, ponieważ
intencją
moją było to, aby to exposé miało charakter
koncepcyjny,
żeby nie było to zajmowanie się poszczególnymi
krajami.
To nie oznacza, że te kraje są nieważne,
bo
fakt, iż nie wymieniliśmy ani razu Japonii, nie
oznacza,
że ona jest mniej ważna niż Ukraina.
Drugim
elementem jest to, że jako minister urzędujący
stosunkowo
niedawno mam właściwie pewien
obowiązek
wyrazić swoją ocenę tego, co się wydarzyło
w
ostatnich kilku tygodniach w związku z kataklizmem
w
Azji Południowo-Wschodniej. Ponieważ okazało
się,
jeszcze pod rządami poprzedniego ministra spraw
zagranicznych,
obecnego marszałka Sejmu, że instytucja,
która
jemu podlega, czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych
sprawdziło
się w sposób niezwykły. Niewiele
ministerstw
spraw zagranicznych w tym czasie,
w
czasie bardzo trudnym, bo przypominam, to był
okres
świąt i nowego roku, funkcjonowało w sposób tak
sprawny.
Obywatele polscy za granicą mieli taką opiekę,
jakiej
nie mieli obywatele wielu innych dobrze zorganizowanych
państw.
Mówię o tym, żeby była świadomość,
że
to państwo jednak funkcjonuje i że bardzo
często
sprawdza się w sytuacjach kryzysowych.
Wreszcie
ostatnia uwaga. Ta debata w moim przekonaniu
miała
charakter bardzo poważny. Szereg słów
skierowanych
pod moim adresem odbieram z pokorą
jako
wyraz, ja bym powiedział, pewnego kredytu zaufania
na
przyszłość i po prostu przyjmuję je jako zobowiązanie.
W
każdym razie byłoby nie w porządku,
gdybym
nie wyraził swojego podziękowania za te uwagi,
które
ze strony różnych klubów, kół politycznych
i
indywidualnych posłów były skierowane pod moim
adresem.
Dziękuję serdecznie i na pytania odpowiemy
pisemnie.
(Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo panu ministrowi.
Przechodzimy
do pytań.
Zapisali
się do zadania pytania następujący posłowie:
Jerzy
Czerwiński, Marian Piłka, Cezary Stryjak,
Piotr
Gadzinowski, Dorota Arciszewska-Mielewczyk,
Elżbieta
Kruk, Maria Nowak, Hanna Mierzejewska,
Mirosław
Pawlak, Barbara Marianowska, Tadeusz
Samborski,
Michał Figlus.
Czy
są jeszcze zgłoszenia?
Nie
ma zgłoszeń.
Proponuję
tradycyjnie limit 2-minutowy, w którym
pytanie
powinno być zadane.
Proszę
o zabranie głosu pana posła Jerzego Czerwińskiego,
Ruch
Katolicko-Narodowy.
Poseł
Jerzy Czerwiński:
Panie
Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!
Pytanie
pierwsze jest związane z forsowanym przez
ministerstwo
pomysłem poparcia Polski dla stałego
członkostwa
Niemiec w Radzie Bezpieczeństwa Organizacji
Narodów
Zjednoczonych. Ten pomysł jest
forsowany,
ale niestety zakulisowo, rzekłbym, podskórnie;
nie
odbyła się publiczna debata na ten temat.
Pytanie
do pana ministra, czy nie czas na debatę na ten
temat?
Czy nie powinien o tym zdecydować Sejm?
Czy
powinniśmy wystosować takie poparcie, czy też
nie
czas na ogólną debatę na temat stosunków polsko-
-niemieckich?
Pytanie
drugie związane jest z sytuacją Polonii. Niestety,
w
materiale przedstawionym przez pana ministra
Polonii
poświęcono zaledwie jeden akapit, 20 stron.
Wobec
tego chciałbym prosić o uszczegółowienie, co
konkretnie
ministerstwo zrobiło w kwestii poprawienia
sytuacji
Polonii, w szczególności w Niemczech? Co
konkretnie?
Chodzi mi o przedstawienie konkretów:
kto
i o czym rozmawiał ze stroną niemiecką, jakie były
efekty
tych rozmów i co ministerstwo zrobi w przyszłości.
Dlaczego
mówię o przyszłości? Dlatego że
ostatnio
uchwaliliśmy ustawę o mniejszościach narodowych
i
etnicznych oraz o języku regionalnym i cały
czas
nam mówiono, tłumaczono, że ta ustawa da nam
asumpt
i pretekst do tego, żebyśmy się starali o takie
same
prawa w krajach ościennych, jakie dajemy w tej
ustawie
naszym mniejszościom. Czy wobec tego uzyskamy
wreszcie
dla Polonii w Niemczech takie same
prawa,
jakie mają Niemcy w Polsce?
I
ostatnia kwestia, obraz Polski na zewnątrz, te
słynne
polskie obozy koncentracyjne. Czy ministerstwo
reaguje
na to wystarczająco zdecydowanie? Czy
jest
jakaś komórka w ministerstwie, która się tym zajmuje,
czy
jest to pozostawione tylko konsulom czy ambasadorom
w
danych państwach, którzy reagują, kiedy
takie
wypowiedzi się zdarzają? Czy nie czas reagować
bardziej
dosadnie, na przykład wytaczając procesy za
zniesławienie
Polski i stosując odpowiednio wysokie
sankcje
karne, by zniechęciło to następców do posługiwania
się
taką terminologią?
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
panu posłowi.
Głos
ma pan poseł Marian Piłka, Prawo i Sprawiedliwość.
Poseł
Marian Piłka:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wczoraj na posiedzeniu
Komisji
Spraw Zagranicznych, na którym dyskutowano
nad
sprawą kandydata na ambasadora w Turcji,
otrzymaliśmy
materiał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych
z
informacją, że w kwietniu ubiegłego roku w związku
z
odsłonięciem Ormiańskiego Krzyża Chaczkar w Krakowie
minister
Truszczyński interweniował we władzach
lokalnych,
samorządowych, wojewódzkich, a także kościelnych,
aby
nie brały udziału w obchodach związanych
z
ludobójstwem i uświęceniem Ormian, którzy zostali
wymordowani
w
czasie I wojny światowej w Turcji.
Muszę
powiedzieć, że przyjąłem tę informację
z
największym zdumieniem, dlatego że cechą charakterystyczną
polskiej
polityki zagranicznej od 1989 r. było
nakierowanie
na prawa człowieka, potępianie jakichkolwiek
zbrodni,
w związku z tym próba cenzurowania
uroczystości,
które mają na celu złożenie hołdu Ormianom
pomordowanym
w czasie I wojny światowej –
a
przypomnę, że państwo tureckie do tej pory nie tylko
nie
uznało tej zbrodni, ale w ogóle się do niej nie przyznaje
– jest
czymś niesłychanym. Nie wyobrażam sobie,
żeby
minister polskiego rządu interweniował – gdyby
chodziło
o inne ludobójstwo – aby nie brać udziału
w
uroczystościach. Mówię to w przededniu obchodów
60-lecia
wyzwolenia obozu w Auschwitz, który był jednym
z
największych miejsc, gdzie dokonywano ludobójstwa
w
czasie II wojny światowej. Myślę, że Turcja
musi
się nauczyć odpowiadać za swoją historię.
Ukrywanie
zbrodni jest łamaniem praw człowieka.
Trzeba
sobie jasno powiedzieć, że pozostaje to w zasadniczej
sprzeczności
z dotychczasową polityką państwa polskiego.
Chciałem
zapytać pana ministra, jakie podejmie
kroki,
aby to skandaliczne wydarzenie, jakie miało miejsce
w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nie podważyło
charakteru
polskiej polityki zagranicznej, nie kwestionowało
samych
jej pryncypiów. Dziękuję bardzo.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Poseł
Cezary Stryjak, Socjaldemokracja Polska.
Proszę
o zadanie pytania.
Poseł
Cezary Stryjak:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!
Od
kilkunastu lat, to jest po rozpadzie Jugosławii
i
utworzeniu samodzielnych krajów na Półwyspie
Bałkańskim,
Macedonia
jest nazywana byłą Jugosławiańską
Republiką
Macedonii, co jest nazwą archaiczną
i
nieprzystającą do obecnego postrzegania tego kraju
jako
aspirującego do Unii Europejskiej i NATO. Dzieje
się
tak na skutek sporu między Macedonią a Grecją,
która
nazwy Macedonia nie chce uznać. Czyni to również,
nie
wiedzieć czemu, Polska. Od niedawna jednak
USA
zmieniły zdanie w tej sprawie, także i niemiecki
Bundestag
zajął się pozytywnym dla Macedonii załatwieniem
tej
kwestii. Dlatego zapytuję: Kiedy wreszcie
Polska
uczyni krok w kierunku zaprzestania używania
poniżającej
dla Macedonii nazwy tego kraju? Dlaczego
nie
wsłuchujemy się w tej sprawie w głosy Polonii
zamieszkałej
w Macedonii?
Chciałbym
zapytać również o to, jak Polska przygotowana
jest
do udzielania pomocy humanitarnej krajom
Dalekiego
Wschodu, w tym krajom dotkniętym niedawno
tsunami
i trzęsieniem ziemi, a także Korei Północnej.
W
kontekście tego ostatniego kraju interesuje mnie możliwość
odnowienia
współpracy kulturalnej i gospodarczej,
gdyż
przez dziesiątki lat wyposażaliśmy Koreę Północną
w
sprzęt dla kopalń i zakładów przemysłowych. Uważam,
że
współpraca gospodarcza i kulturalna z tym krajem
może
być dla nas korzystna. Dziękuję. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Głos
ma pan poseł Piotr Gadzinowski, Sojusz Lewicy
Demokratycznej.
Poseł
Piotr Gadzinowski:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!
Profesor
Jadwiga Staniszkis celnie kiedyś stwierdziła,
że
kraje Europy Środkowowschodniej, kraje bloku radzieckiego,
zdekomunizowały
symbole, a nie zdekomunizowały gospodarki,
Chiny
zaś zdekomunizowały
gospodarkę,
pozostawiając symbole. Niestety nie jest
to
dostrzegane w Polsce i wielu jeszcze ludzi, w tym
parlamentarzyści,
uważa Chiny za kraj biedny, komunistyczny,
mimo
że tam nie byli albo nie dokonali wysiłku
umysłowego,
żeby coś poczytać i zobaczyć. Chciałbym
zapytać,
dlaczego Polska nie ma jeszcze ambasadora w
Chinach,
w kraju, który był wymieniany w exposé pana
ministra
jako potęga, w kraju coraz bardziej ważnym,
bardzo
nowoczesnym. Chcę zapytać, czy w kontekście
zapewniania
ekonomizacji naszych stosunków z Chinami
dojdzie
też do ekonomizacji, tzn. do realnego oceniania
stosunków
i nieblokowania, niestosowania embarg
wobec
Chin, które niebawem, w ciągu najbliższych 30
lat,
pokojowo połączą się z Tajwanem, ponieważ Tajwan
tyle
zainwestował w Chinach, że sam się połączy.
Chciałbym
zapytać, czy w ślad za tym nastąpi ekonomizacja
polityki
wizowej. Niestety zdarzają się jeszcze
przypadki
odmawiania wiz przez naszych urzędników,
którzy
nadal traktują Chińczyków jako osoby nieposiadające
kapitału.
Chcę zapytać, czy mamy jakąś politykę
większej
współpracy wobec Chin.
I
na zakończenie chciałbym zapytać jeszcze o Wietnam,
gdzie
jest ok. 4 tys. naszych absolwentów, którzy
w
tej chwili są w wieku dyrektorskim. Czy oprócz rutynowych
spotkań,
wizyt i wysiłku naszych ambasadorów
MSZ
zrobi coś więcej, żeby wykorzystać ten potencjał
dla
promocji Polski? Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
O
zadanie pytania poproszę panią poseł Elżbietę
Kruk,
Prawo i Sprawiedliwość.
Poseł
Elżbieta Kruk:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Jakoś się nie zdziwiłam,
że
pan poseł Gadzinowski zapytał o Wietnam.
(Poseł
Piotr Gadzinowski: Cieszę
się, że nie zdziwiłem
pani
posłanki.)
Panie
Ministrze! Nawiążę do pana wypowiedzi
w
sprawie pojawiających się w zagranicznych mediach
i
innych publikacjach informacji o polskich obozach
koncentracyjnych,
dodałabym tu inne kłamstwa na temat
narodu
i państwa polskiego. Był to cenny fragment
pana
wystąpienia, mówił o tym już pan poseł Antoni
Macierewicz.
I tak oto wspominał pan o zabiegach polskiego
MSZ
w tym zakresie. Chciałabym wiedzieć,
jakie
działania podjęto lub zostaną podjęte w takich
konkretnych
sprawach, jak np. opisana przez „Gazetę
Wyborczą”
we wrześniu ub. r. Gazeta pisała wówczas
o
błędzie niemieckiego wydawnictwa, które opublikowało
album
ze zdjęciami wykonanymi przez hitlerowców
w
warszawskim getcie, które są podpisane: Warszawa
1938
r. Po obejrzeniu tych fotografii niewątpliwie
każdy
uzna, że to Polacy zamknęli Żydów w gettach
i
poddali ich eksterminacji. Mam także na myśli
sprawę
programu kanadyjskiej telewizji, gdzie pojawiła
się
opinia, że obozy koncentracyjne zbudowali Polacy
i
wymordowali w nich miliony Żydów. Przykłady można
mnożyć.
Co z tym zrobił bądź zamierza zrobić rząd? Panie
ministrze,
widzimy toczącą się w Unii Europejskiej
walkę
o historyczną prawdę, szczególnie w Niemczech.
I
niestety widzimy ignorowanie tych faktów przez polski
rząd
i milczącą zgodę na znieważanie Polski i Polaków;
chyba
że te działania polskiego MSZ, o których pan mówił,
dzieją
się gdzieś w tajemnicy, to chcielibyśmy się
o
nich dowiedzieć. Pytam więc, co konkretnie rząd robi
i
co zamierza zrobić w sprawie obrony narodu i państwa
polskiego
przed zniesławieniem przez media i publikacje
zagraniczne?
Pytam o konkrety, bo nie słychać o takich
działaniach,
jakie podejmował np. Radek Sikorski,
były
wiceminister spraw zagranicznych, który w 1998
r.
oskarżył Teda Turnera o szkalowanie Polaków w jednym
z
programów CNN. Reakcja Sikorskiego sprawiła,
że
Turner przeprosił Polaków nie tylko w CNN, ale
także
na łamach 35 amerykańskich gazet. Czy nie sądzi
pan,
panie ministrze, że właśnie taka stanowczość
w
obronie honoru Polski i Polaków jest konieczna dla budowy
naszej
pozycji w Europie i na świecie, o której pan
tak
wiele mówił, że dziś polskie reakcje na te zniewagi
i
kłamstwa są niewspółmierne do tego, co robił m.in. minister
Sikorski
i robią w tym zakresie inne narody?
I
druga sprawa. Omawiając stosunki polsko-niemieckie,
wspomniał
pan m.in. o konieczności jednoznacznego
zamknięcia
spraw z przeszłości. Zapytam
więc
o sprawę reparacji niemieckich, w której to rząd
jest
w zasadzie w sporze z Sejmem i większością polskiego
społeczeństwa.
Czy uważa pan, panie ministrze,
że
słusznie przypomina się dziś o prawie Polski do
reparacji
i po prostu do pamięci o prawdzie? Czy też
uważa
pan za słuszne, że rząd chce utrzymywać dobre
stosunki
z Niemcami, opierając się na oświadczeniu w
sprawie
rezygnacji z pobierania reparacji, wydanym
przez
rząd Bolesława Bieruta, i sprowadzić, wydaje mi
się,
tym samym polsko-niemieckie stosunki do absurdu?
Bo,
panie ministrze, to musi prowokować i prowokuje
pytanie,
w czyim interesie działa rząd na polu
polityki
zagranicznej w tym zakresie. Pytam, czy to się
zmieni?
Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Pani
poseł Maria Nowak, Prawo i Sprawiedliwość.
Poseł
Maria Nowak:
Panie
Marszałku! Pytanie moje dotyczy sprawy,
która
w ostatnich dniach stała się głośna na arenie
międzynarodowej
w wyniku opublikowania raportu
o
stanie zabytków Babilonu przez prof. Johna Curtisa
z
British Museum. W wyniku dużego zainteresowania
opinii
publicznej treścią raportu prof. Curtisa 18 stycznia
odbyła
się konferencja prasowa zorganizowana
przez
Ministerstwo Kultury łącznie z Ministerstwem
Obrony
Narodowej poświęcona właśnie prezentacji
polskich
działań w zakresie ochrony dziedzictwa narodowego
Iraku.
W czasie konferencji stwierdzono, że
Polacy
zabezpieczali tam zabytki, a nie niszczyli, o co
są
oskarżani. I dlatego pytam: Jakie jest stanowisko
Ministerstwa
Spraw Zagranicznych w tej sprawie? Jakie
działania
na arenie międzynarodowej podjęło MSZ,
aby
właśnie obraz Polski nie był zniekształcany, a Polacy
nie
byli oczerniani, zniesławiani? To nie pierwszy
taki
przypadek. Mam tu na myśli chociażby oskarżenie
polskich
żołnierzy w Iraku o znęcanie się nad więźniami.
Brak
wyraźnego stanowiska MSZ w tej sprawie,
brak
protestu wobec tych niemających pokrycia faktów
jest
oznaką jakiegoś kompleksu polskiej polityki
zagranicznej
wobec strony angielskiej. Chciałabym
usłyszeć
odpowiedź, co MSZ zrobiło w tej sprawie na
arenie
międzynarodowej.
I
pytanie drugie, bardzo krótkie. Panie ministrze,
czy
ministerstwo w imieniu polskiego rządu przeprosiło
już
Ojca Świętego za uniemożliwienie Ojcu
Świętemu
złożenia wizyty w ojczyźnie? MSZ, pozwalając
SLD
na manipulację terminami przyjazdu
Ojca
Świętego na Kongres Eucharystyczny i wyborów
parlamentarnych
dla doraźnych celów politycznych
Sojuszu,
ponosi pełną odpowiedzialność za to, co
się
stało. Wielu Polaków, w tym także ja, w związku
z
tym, co się stało, czuje wstyd, gorycz i żal. A winę za
to
ponosi SLD, ale także i ten rząd. Dziękuję. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Pani
poseł Hanna Mierzejewska, Prawo i Sprawiedliwość.
Poseł
Hanna Mierzejewska:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
Pragnę
zapytać pana ministra o następujące sprawy.
W
2000 r. powołany został Instytut Adama Mickiewicza
– rządowa
instytucja kultury utworzona przez
ministra
kultury i dziedzictwa narodowego w porozumieniu
z
ministrem spraw zagranicznych. Celem działań
instytutu
jest spopularyzowanie polskiej kultury na
świecie
i współpraca kulturalna z innymi krajami.
Przypomnę,
że w Niemczech jest podobny Instytut
Goethego,
a w Hiszpanii Cervantesa. Oddziały tych
instytutów
działają w większości europejskich stolic,
realizują
zagraniczną politykę kulturalną tych państw.
Polska
posiada w wielu krajach instytuty kulturalne
podlegające
Ministerstwu Spraw Zagranicznych, natomiast
ich
współpraca z Instytutem Adama Mickiewicza
pozostawia
wiele do życzenia.
Czy
Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma plan integrujący
działania
Instytutu Adama Mickiewicza, który
w
pewnych środowiskach określa się jako „biuro podróży”
ministerstwa
kultury, z polskimi instytutami kulturalnymi?
Kolejne
pytanie. W swoim wystąpieniu powiedział
pan
minister, że MSZ popiera demokratyczne organizacje
na
Białorusi i że organizacje te mogą liczyć na
naszą
pełną solidarność. Jakie konkretnie działania
podjął
lub zamierza podjąć MSZ, aby ta deklaracja nie
pozostała
pustym frazesem?
I
ostatnie pytanie: jakie projekty ma Ministerstwo
Spraw
Zagranicznych w związku z trudną sytuacją Polaków
za
wschodnią granicą Polski, biorąc pod uwagę np.
dyskryminację
polskich szkół? Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Głos
ma pan poseł Mirosław Pawlak, Polskie Stronnictwo
Ludowe.
Poseł
Mirosław Pawlak:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!
Mam
dwa pytania.
Jaki
pan minister ma pogląd w sprawie sygnałów
napływających
do Ministerstwa Spraw Zagranicznych
od
wyjeżdżających za granicę posłów i senatorów
o
funkcjonowaniu placówek dyplomatycznych na całym
świecie?
Bo wpływają przeróżne opinie, przeróżne
spostrzeżenia.
Czy pan wyciąga wnioski? I jeżeli
tak,
to jakie? Na jakimś przykładzie proszę to podać.
Wiadomo,
że Ministerstwo Spraw Zagranicznych
sprawuje
nadzór merytoryczny nad organizacjami pozarządowymi
w
zakresie współpracy i pomocy Polonii i Polakom,
a
wśród nich np. nad Fundacją „Pomoc Polakom
na
Wschodzie”. Pytam pana ministra: czy podziela pan
pogląd
byłego kierownictwa tejże fundacji, że wszystkie
podmioty
dotowane z budżetu polskiego państwa powinny
być
zobowiązane do bezwzględnego przestrzegania
zasad
rozliczania pobranych środków? Dziękuję bardzo.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Głos
ma pan poseł Tadeusz Samborski, Polskie
Stronnictwo
Ludowe.
Poseł
Tadeusz Samborski:
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Pragnę zapytać
o
kwestie, które być może na tym etapie będą miały
dyskrecjonalny
charakter, ale domyślam się, że przygotowując
pakiet
spraw do rozmów np. ze stroną ukraińską,
będziemy
podnosili kwestie, których nie mogliśmy do
tej
pory załatwić. I na pewno to będzie szereg problemów.
A
zatem pragnę zapytać: czy w wyobrażeniach
pana
i pana współpracowników jest sprawa umożliwienia
cywilizowanego
uczczenia ofiar morderstw UPA dokonanych
na
Polakach, albowiem wiele wsi zostało startych
z
powierzchni ziemi i ci ludzie nie mieli pochówku.
Ponieważ
w regionie dolnośląskim, gdzie jest większość
tych
uchodźców, czy tych, którzy opuścili tamte strony,
to
pokolenie, które pamięta jeszcze te miejsca, jest na
wymarciu,
myślę, że jest to po prostu jeden z ostatnich
momentów,
kiedy ten problem w stosunkach polsko-
-ukraińskich
powinien być załatwiony.
I
drugie pytanie. Czy pan minister uważa, że badanie
stanu
świadomości historycznej naszych sąsiadów
jest
jednak także elementem stosunków dwustronnych
i
naszej polityki? Mówię to w kontekście takich oto
zjawisk,
że w podręcznikach na przykład są mapy etnicznych
ziem
rzekomo obejmujące terytoria obecnego
państwa
polskiego. Czy nasza dyplomacja ma obowiązek
reagowania
na takie zjawiska? Mówię tu o lituanizacji
na
przykład, także dóbr kultury i pomników
historii,
o ukrainizacji. Takie zjawiska są nagminne.
My
przez grzeczność jakby do pewnego czasu nie reagowaliśmy
na
te sprawy. Czy teraz, w nowej sytuacji,
ministerstwo
podejmie te problemy, które, uważam, są
bardzo
ważne z punktu widzenia tożsamości narodowej
i
sąsiadów naszych, i naszej przede wszystkim?
Dziękuję
bardzo, panie marszałku.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Pan
poseł Michał Figlus, Partia Ludowo-Demokratyczna,
jako
ostatni zadający pytanie.
Proszę
bardzo.
Poseł
Michał Figlus:
Dziękuję,
panie marszałku.
Panie
Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!
W
styczniu pan premier Belka był z wizytą w Libii.
Czy
zechciałby pan minister powiedzieć, co załatwił
pan
premier, jeżeli chodzi o zadłużenie Libii wobec
Polski?
Czy polskie firmy będą miały kontrakty w Libii?
Przywołam
słynne – wracam tutaj do lat 80. –budowy
dróg
i zakładów przemysłowych w Libii, a także
kontrakty
handlowe, handel wymienny szczególnie w
przemyśle
ciężkim – mam na myśli maszyny budowlane,
wyroby
hutnicze i inne maszyny.
I
drugie pytanie. Na jakie kontrakty możemy liczyć
w
Iraku po zakończeniu wojny, jakie korzyści możemy
mieć
po prostu w związku z tymi kontraktami? Na
co
możemy liczyć, co panu ministrowi i ministerstwu
wiadomo
w tej sprawie? Dziękuję.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Na
pytania odpowie sekretarz stanu w Ministerstwie
Spraw
Zagranicznych pan Jan Truszczyński.
Proszę,
panie ministrze.
Co
do tych, na które nie można odpowiedzieć, prosimy
o
odpowiedź na piśmie, tak jak deklarował pan
minister
Rotfeld.
Sekretarz
Stanu
w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych
Jan
Truszczyński:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Podzielimy się
pracą
za zgodą pana marszałka. Chcę poinformować,
że
na pytania zadane przez pana posła Gadzinowskiego,
panią
poseł Nowak, panią poseł Mierzejewską oraz
pana
posła Figlusa odpowiedziałby podsekretarz stanu
pan
Bogusław Zaleski. Co do części pytań, udzielimy
odpowiedzi
na piśmie. Daję przykład – jest to związane
z
pytaniem dotyczącym Fundacji „Pomoc Polakom
na
Wschodzie”, zadanym przez pana posła Pawlaka.
Nadzorujący
tę sprawę pan Jakub Wolski, podsekretarz
stanu
w MSZ, w tej chwili jest nieobecny, a on najlepiej
udzieliłby
panu...
(Głos
z sali: Jest.)
Jest?
A,
jest. To bardzo przepraszam, nie zauważyłem.
W
takim razie być może będziemy mogli udzielić
odpowiedzi
na miejscu na to pytanie.
Przechodzę
do odpowiedzi na pozostałe pytania.
Pan
poseł Czerwiński pytał o sprawę członkostwa
Niemiec
w Radzie Bezpieczeństwa. Otóż, panie pośle,
myśmy
już mieli kilkakrotnie wymianę poglądów
na
ten temat między resortem spraw zagranicznych
a
panem posłem osobiście, Komisją Spraw Zagranicznych
szerzej.
Sytuacja i stanowisko polskie w sprawie
wszelkich
modyfikacji bądź też reform systemu Narodów
Zjednoczonych
są zatem, mniemam, panu posłowi
i
Komisji Spraw Zagranicznych znane. Nie mam niczego
do
dodania do tego, co mówiliśmy już wielokrotnie.
Mogę
powiedzieć jedynie...
(Poseł
Jerzy Czerwiński: Chodzi o
debatę sejmową
na
ten temat. Pytanie było jasne.)
Czy
potrzebna jest debata sejmowa w sprawie reformy
Narodów
Zjednoczonych dotyczącej czegoś
znacznie
więcej niż jedynie składu Rady Bezpieczeństwa?
Nie
stawialiśmy notabene tego i nie stawiamy
tego
jako pierwszego czy też wyłącznego problemu
związanego
z funkcjonowaniem Organizacji Narodów
Zjednoczonych.
Być może taka debata byłaby przydatna,
oczywiście
przy założeniu, że obejmowałaby
wszystkie
zagadnienia związane z poprawą skuteczności
funkcjonowania
oraz zwiększeniem autorytetu
Organizacji
Narodów Zjednoczonych – nie koncentrując
się
przy tym na problematyce ewentualnych zmian
w
Radzie Bezpieczeństwa oraz w składzie geograficznym
w
Radzie Bezpieczeństwa, a ujmując ją jedynie
jako
jeden z elementów, bo tak też jest w istocie, zakładanych
reform,
co do których skuteczności i szans
w
bieżącym roku nie jesteśmy jeszcze w stanie wiążąco
się
wypowiedzieć. Można zatem dyskutować, apelowałbym
jedynie
o to, aby debata, o ile do niej miałoby
dojść,
miała charakter całościowy i nie koncentrowała
się
na sprawie ewentualnego stałego członkostwa Niemiec
w
Radzie Bezpieczeństwa, bo nie na tym polega
reforma
ONZ.
Co
do sytuacji Polonii, to tu identycznie albo bardzo
podobnie
– mieliśmy już okazję wielokrotnie wymieniać
poglądy
na ten temat i miałem możliwość osobiście
informować,
a w ślad za informacją ustną przekazywać
informacje
pisemne, o tym, co Ministerstwo
Spraw
Zagranicznych oraz sieć naszych konsulatów
generalnych
na terenie Republiki Federalnej Niemiec
robiły
i robią w sprawie osób pochodzenia polskiego
zamieszkałych
na terenie Niemiec. W tej chwili
nie
chciałbym powtarzać tej informacji, nie mając jej
w
całości w pamięci, zobowiązuję się zatem, że przekażemy
panu
posłowi zaktualizowaną jej wersję na piśmie,
ponieważ
nasza ostatnia wymiana poglądów na
ten
temat miała, było nie było, miejsce jakiś czas temu.
Mogę
jedynie powiedzieć, że MSZ robiło i robi wiele,
aby
dostęp dla tych, którzy chcą, by język polski był
przedmiotem
nauczania, tych, którzy chcą korzystać
z
rozmaitych przejawów kultury polskiej w języku ojczystym,
był
jak najszerszy, aby znajdowały się na to
odpowiednie
środki w budżetach poszczególnych landów
niemieckich.
Podaję to jako przykład, nie jest to
bowiem
jedyna rzecz, w sprawie której MSZ i podległe
mu
placówki działały i działają nadal.
Pytał
pan poseł, czy w resorcie spraw zagranicznych
mamy
specjalną komórkę, która zajmowałaby
się
reagowaniem na defamację, uwłaczanie godności
i
dobremu imieniu Polaków. Specjalnej komórki w tym
celu
nie powołaliśmy i nie sądzę, aby było konieczne
jej
powołanie, zadaniem bowiem stałym zarówno
departamentów
terytorialnych i funkcjonalnych MSZ,
jak
i naszych placówek wszędzie w świecie jest obserwowanie
tego,
co pokazuje się w mediach, tego, co zamieszczane
jest
w podręcznikach szkolnych, tego, co
jest
podawane w jakikolwiek sposób opinii publicznej
jako
informacja, pogląd lub opinia, pod kątem ewentualnych
kłamstw,
przeinaczeń czy szkód wyrządzanych
dobremu
imieniu Polski i Polaków. Nie trzeba w tym
celu
specjalnych instrukcji. Jest to zadanie stałe, ciągłe
i
o nim wiedzą doskonale nie tylko kierownicy wszystkich
naszych
placówek, ale i wszyscy podlegli im pracownicy.
Stąd
– i tu zareaguję na postawione w tonacji
dość
zdecydowanej, a nawet nader zdecydowanej
przez
panią poseł Kruk pytania – chcę powiedzieć, że
Polska,
jej Ministerstwo Spraw Zagranicznych, robiła
i
robi bardzo wiele dla obrony dobrego imienia Polski
i
Polaków, i, jak to pani poseł określa, obrony państwa
i
narodu. I zachęcam do bezpośredniego kontaktu
z
naszym departamentem informacji, z biurem naszego
rzecznika
prasowego. Pełną informację na ten temat
pani
poseł może w każdej chwili uzyskać, jeśli tylko
zechce
skontaktować się z naszym resortem i zasięgnąć
takiej
informacji. Nie widzę natomiast konieczności
tworzenia
specjalnego okienka informacyjnego lub
też
szerokiego propagowania w naszych mediach albo
w
jakikolwiek inny sposób przez Ministerstwo Spraw
Zagranicznych
tego, co robiliśmy, robimy i będziemy
robić,
aby zapobiegać aktom, które godzą w dobre imię
Polski
i Polaków, a tam gdzie się pokażą mimo prób
zapobiegania,
zwalczać je efektywnie.
Pytała
pani o konkretne przykłady. Chętnie podamy
konkretne
przykłady z ostatniego roku oraz przedstawimy
efekt
działań podejmowanych przez polskich
ambasadorów,
polskich konsulów generalnych, komórki
centrali
resortu spraw zagranicznych, często
we
współpracy i współdziałaniu z organizacjami
polonijnymi,
tak
jak to miało miejsce i z powodzeniem
w
Kanadzie, gdzie najprawdopodobniej trudniej by nam
było
uzyskać taki efekt, jaki został uzyskany, gdyby nie
zaangażowały
się w tę sprawę organizacje polonijne.
Zadał
mi pan poseł Piłka teraz pytanie, które
świadczy
o tym, że ma wiedzę, ale wiedzę niepełną,
a
nawet mocno ograniczoną. Dobrze jest natomiast,
jeśli
się stawia pytanie, opierać je na wiedzy wyniesionej
z
więcej niż jednego źródła. Ja panu posłowi
chętnie
powiem krótko i w żołnierskich słowach, na
czym
sprawa polega.
Otóż
faktem jest, że Turcja nie przezwyciężyła do
tej
pory swojej przeszłości tak, aby spojrzeć wydarzeniom,
które
miały miejsce w latach 1915–1917, w oczy
i
aby doprowadzić do pogodzenia się, rekoncyliacji,
pojednania
z Ormianami i z Armenią, zarówno z diasporą
ormiańską
jak i z samą Armenią. Faktem jest, że
Turcja
zwalcza wszelkimi siłami i w sposób niezwykle
energiczny
wszelkie odniesienia do masakr, jakie miały
miejsce
w tych latach, dokonanych na ludności ormiańskiej,
odniesienia,
które kwalifikują owe masakry
jako
zbrodnię ludobójstwa. Czego dotyczyły tureckie
protesty
i niezwykle energiczne działania związane
z
zamiarem postawienia ormiańskiego krzyża pamiętnego,
tzw.
chaczkaru, na terenie należącym do parafii
św.
Mikołaja w Krakowie, tradycyjnym miejscu kultu
Ormian
zamieszkałych w Polsce? Ano tego, że napis
na
owym krzyżu był uznany przez Turcję za sprzeczny
z
oficjalnym stanowiskiem czy godzący w oficjalne stanowisko
Turcji
dotyczące tego, co działo się na ziemiach
tureckich
w latach 1915–1917. Rzecz jasna, nigdy by
nam
do głowy nie przyszło i przyjść nie mogło dokonywanie
interwencji
zmierzających do nakłonienia kogokolwiek,
by
nie brał '75działu w uroczystości odsłonięcia
owego
krzyża. Obowiązkiem natomiast naszym było,
ze
względu na całokształt stosunków polsko-tureckich,
poinformowanie
– i to zostało wykonane oczywiście
i
to zostało wykonane przeze mnie, ponieważ odpowiadam
m.in.
za stosunki polsko-tureckie – o stanowisku
Turcji
i o działaniach podejmowanych przez władze tureckie.
Jest
zupełnie oczywiste, że rząd, ministerstwa,
ministrowie,
wiceministrowie nie mają żadnych uprawnień
ani
żadnych możliwości – a nawet gdyby mieli
uprawnienia,
to w każdym razie nie powinni – wkraczać
w
kompetencje wyłączne zarówno Kościoła, jak i władzy
samorządowej
i w związku z tym ze strony MSZ i ze
strony
mojej osobiście, jako przedstawiciela MSZ, nie
mogło
być i nie było żadnych interwencji zmierzających
do
nakłonienia kogokolwiek i w jakikolwiek sposób
do
niebrania udziału w owej uroczystości. Natomiast
obowiązkiem
było zawiadomienie wszystkich, którzy
zaangażowani
byli w Krakowie w tę sprawę, o tym,
z
jakiego rodzaju interwencjami ze strony Turcji spotkaliśmy
się
w tej sprawie. I tyle mogę na ten temat powiedzieć.
Notabene
władze tureckie podejmowały również
bezpośrednie
interwencje wobec wszystkich organów
władzy
samorządowej i władzy kościelnej w Krakowie.
Ja
mogę powiedzieć tyle: w swoich rozmowach
z
Turkami wskazywałem zarówno na to, że, po pierwsze,
my
nie mamy na podstawie prawa polskiego żadnych
uprawnień,
żadnych możliwości zabraniania komukolwiek
udziału
w takiej uroczystości; po drugie, nie mamy
żadnych
uprawnień i żadnych możliwości ingerowania
w
budowę pomnika, który powstaje na terenie należącym
do
parafii kościelnej; po trzecie, jesteśmy zdania
– i
to jest również moje osobiste zdanie i tak je przedstawiałem
przedstawicielom
tureckim – że ingerowanie
w
treść napisów, które pojawiają się na pomnikach
i
krzyżach, jest zabiegiem nadzwyczaj niewłaściwym.
W
tym kontekście posługiwałem się przykładem nagrobka,
który
został postawiony w roku 1970 mojemu
wujowi
na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach i na
którym
podówczas my, jako rodzina, mogliśmy napisać
jedynie:
zginął w 1940 r., bo więcej napisać nie było
wolno.
Dzisiaj ów nagrobek odzwierciedla całą prawdę
historyczną.
Dobrze by było, gdyby w ramach pojednania
i
odkłamywania historii wszędzie tam, gdzie nie zostało
to
jeszcze dokonane, wszelkie napisy na wszelkich
krzyżach
i nagrobkach mogły odzwierciedlać prawdę
historyczną
opartą na pojednaniu i zgodzie między narodami.
Tyle
w tej sprawie.
Pytanie
pana posła Stryjaka, dotyczące nazwy byłej
Jugosłowiańskiej
Republiki Macedonii. Otóż, panie
pośle,
podobnie jak poprzednio tak i obecnie Polska,
jak
i wszystkie pozostałe państwa członkowskie
w
Unii Europejskiej, wyraża nadzieję na uzgodnienie
tego
problemu w drodze bezpośrednich rozmów między
rządem
w Skopie a rządem w Atenach. Te rozmowy
obu
stron toczą się – to prawda, bez wyraźnego
efektu
i bez większego powodzenia – od dłuższego już
czasu.
Pozostałe kraje członkowskie Unii są zapewniane,
iż
prędzej czy później dojdzie do porozumienia.
My
nie mamy powodu, aby ingerować i wkraczać w tę
delikatną
sprawę, doprowadzając do zmiany oficjalnej
nazwy
w sytuacji, w której toczą się rozmowy, których
przebiegu
nie chcielibyśmy naruszać, a w których pozytywny
efekt
finalny nie wątpimy.
Jak
Polska jest przygotowana do pomocy humanitarnej?
Panie
pośle, średnio; średnio. Po pierwsze, trzeba
pamiętać
o tym, że środki publiczne przeznaczane
na
pomoc na rzecz rozwoju oraz pomoc humanitarną
z
budżetu ogólnego państwa pozostają środkami małymi,
żeby
nie powiedzieć: niezwykle małymi, w zestawieniu
nie
tyle ze skalą potrzeb w krajach najsłabiej rozwiniętych,
ile
w zestawieniu z naszymi własnymi możliwościami.
Nie
ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości –
i
wyrażam to stanowisko jako stanowisko resortu spraw
zagranicznych
– że w latach nadchodzących musimy
dokonać
szybkiego, żeby nie powiedzieć: radykalnego,
wzrostu
nakładów Polski jako dawcy pomocy na rzecz
rozwoju
oraz dawcy pomocy humanitarnej.
Co
do skuteczności owej pomocy humanitarnej chcę
powiedzieć,
że trudno oczywiście mierzyć ją, zestawiając
z
tym, co w związku chociażby z ostatnią katastrofą
w
Azji Południowo-Wschodniej zrealizowały inne kraje,
zrealizowali
inni darczyńcy. Można powiedzieć, że włączyliśmy
się
w akcję pomocy humanitarnej szybko i w
miarę
skutecznie, wysyłając transporty leków i innych
przedmiotów
pierwszej potrzeby zarówno na Cejlon, jak
i
na Sumatrę, ale można też powiedzieć, że w zestawieniu
z
tym, co wykonały inne kraje, częstokroć mniejsze od
nas,
a leżące również w Europie, pomoc polska nie była
na
największą skalę. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy.
Pomoc
humanitarna będzie również świadczona
w
nadchodzących latach, w to nie wątpię, w rosnącej
skali,
przez nasze organizacje pozarządowe na czele
z
Polską Akcją Humanitarną i Polską Misją Medyczną.
Obie
organizacje pozarządowe – wymieniam tylko
te,
ale powinienem wymienić szereg innych, które
również,
jak Caritas, były i są zaangażowane w sposób
widoczny
i znaczący w świadczenie pomocy humanitarnej
– mają
już określone doświadczenie, zebrane
w
wyniku realizacji akcji pomocy humanitarnej
w
miejscach klęsk żywiołowych, powodzi bądź trzęsień
ziemi,
i zamierzają tę działalność rozwijać, notabene
we
współpracy i w koordynacji z rządem, wtedy
bowiem
można oczekiwać większej efektywności
i
większej skuteczności pomocy, pamiętając, że jej wolumen
pozostaje
relatywnie niewielki i o ile będzie się
nawet
zwiększał w nadchodzących latach, to pozostanie
względnie
nieduży i zapewne zbyt mały w stosunku
do
rzeczywistych możliwości Polski jako jednego
z
40 najbogatszych państw świata.
Jeśli
chodzi o pomoc humanitarną dla Korei Północnej,
cóż,
taka pomoc, jeśli dałoby się uwzględnić
Koreę
Północną na liście naszych priorytetów geograficznych,
mogłaby
zostać w przyszłości udzielona,
pamiętając
jednak o tym, jak szczupłe mamy środki,
jak
niewielka jest kołdra. Priorytety geograficzne, jakie
określiliśmy
dla pomocy rozwojowej, humanitarnej na
rok
bieżący, nie obejmują Korei Północnej; obejmują
grupę
kilku państw słabo rozwiniętych, biednych,
ale
tego kraju nie obejmują. Być może w przyszłości,
w
miarę zwiększania się środków, jakimi będziemy dysponować
na
te cele, obejmiemy szerszą grupę państw,
nie
wykluczając oczywiście również Korei Północnej,
jeśli
ona takiej pomocy humanitarnej będzie potrzebować
i
jeśli będziemy mieli pewność, że ta pomoc zostanie
tam
przyjęta, że zostanie w odpowiedni sposób
wykorzystana.
Jeśli
chodzi o pytania… na to nie będę odpowiadał.
Pan
poseł Samborski zadał mi pytanie dotyczące
uczczenia
ofiar Ukraińskiej Powstańczej Armii – Polaków
pomordowanych
przez żołnierzy Ukraińskiej
Powstańczej
Armii – i zadał mi też pytanie o to, czy
badamy
stan świadomości historycznej naszych
wschodnich
sąsiadów i czy to stanowi element stosunków
bilateralnych.
Panie pośle, osobiście nie wątpię,
że
w następstwie wszystkiego tego dobrego, co wydarzyło
się
w ciągu ostatnich kilku tygodni w stosunkach
między
Polską a Ukrainą, odblokowując mentalność,
że
się tak wyrażę, po obu stronach, gotowość do uznania
wszystkich,
również najciemniejszych, stron własnej
historii
po obu stronach powinna wzrosnąć, w tym
zwłaszcza
po stronie naszego sąsiada. W jaki sposób
i
kiedy znalazłoby to praktyczny wyraz w działaniach,
postawach
i decyzjach władz lokalnych – bo to nie Kijów
decyduje,
jak pan poseł wie, lecz władze lokalne
– nie
umiałbym w tej chwili jeszcze powiedzieć, ale
liczę
na to, że ogólna bardzo wyraźna, skokowa wręcz
poprawa
klimatu sympatii i zaufania między Polakami
a
Ukraińcami stworzy korzystne warunki, zwłaszcza
u
naszego sąsiada, do tego, co pan nazwał cywilizowanym
uczczeniem
pamięci ofiar UPA.
Co
do zbadania stanu świadomości historycznej,
panie
pośle, to z niektórymi krajami, jak pan wie,
mamy
czy mieliśmy przez szereg lat wspólne komisje
podręcznikowe.
Nie mamy takiej komisji – według
mojej
najlepszej wiedzy, ale też nie wiem wszystkiego,
przyznaję
– ani z Ukrainą, ani z Litwą. I o ile nasze
placówki
prowadzą szeroką działalność informacyjną
opartą
na wszechstronnej obserwacji życia i działania
naszych
sąsiadów, o tyle nie umiałbym podać żadnego
przykładu
zarejestrowania przez nie podręcznika
szkolnego
bądź innego wydawnictwa przeznaczonego
dla
celów edukacyjnych, które w sposób rażący,
wyraźny
kolidowałoby
z naszym interesem państwowym czy
naruszało
nasz interes państwowy. Mogę tylko zapewnić,
że
gdyby którakolwiek z naszych placówek skonstatowała
istnienie
tego typu wydawnictw, to niewątpliwie
reagowalibyśmy
podobnie, jak reagowaliśmy
we
wszystkich innych tego typu przypadkach. Gdyby
natomiast
miało się okazać, że mamy do czynienia ze
zniekształcaniem
prawdy historycznej na większą skalę,
to
zapewne konieczne byłoby wręcz postulowanie
powołania
komisji podręcznikowej. Ale – przyzna pan
– w
tej chwili teoretyzuję, a im dłużej mówię, tym bardziej
teoretyzuję.
Sytuacja faktyczna jest taka, że nie
odebraliśmy
żadnych informacji o tym, iżby istniały
wydawnictwa,
które musielibyśmy zakwalifikować
jako
naruszające nasz interes państwowy.
Tyle
chciałem przekazać państwu posłom jako odpowiedzi
na
pytania. Na pozostałe pytania, za pozwoleniem
pana
marszałka, odpowiedziałby pan minister
Zaleski
i pan minister Wolski.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
panu ministrowi.
Pan
poseł Marek Jurek w trybie sprostowania, tak?
Proszę
bardzo.
Poseł
Marek Jurek:
Dziękuję,
panie marszałku.
Mam
wrażenie, że jestem chyba jedyną osobą na tej
sali,
a chyba już zupełnie jedyną uprawnioną do zabrania
głosu,
która brała udział w obchodach krakowskich
w
kościele św. Mikołaja, i muszę niestety sprostować,
panie
ministrze, bo taką sugestię można było wynieść
z
pańskiego wystąpienia, że w czasie tych obchodów
nie
było żadnych akcentów antytureckich. A skoro
nikt
nie był bezpośrednio krytykowany, to w żadnym
wypadku
nie można cenzurować pamięci historycznej.
Rolą
polskiej dyplomacji nie było zniechęcanie,
choćby
przez sugestie, urzędników administracji
publicznej
do udziału w tych uroczystościach, tylko
raczej
wyjaśnienie ich znaczenia i czysto społecznego
charakteru
naszym sprzymierzeńcom i partnerom
z
Turcji. Dziękuję bardzo.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Pan
minister Zaleski, proszę bardzo.
Podsekretarz
Stanu
w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych
Bogusław
Zaleski:
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Odpowiem na pytania
czworga
posłów, pana posła Gadzinowskiego, pani poseł
Nowak,
pani poseł Mierzejewskiej i pana posła Figlusa.
Zacznę
od pytań zadanych przez pana posła Gadzinowskiego.
Pierwsze
dotyczyło obsady stanowiska
ambasadora
w Chińskiej Republice Ludowej. Chciałbym
powiedzieć,
że właśnie to, o czym mówił potem
pan
poseł, czyli ekonomizacja polskiej polityki zagranicznej,
powoduje,
że proces selekcji kandydatów na
ambasadora
jest bardzo, powiedziałbym, precyzyjny.
Ambasador
w Chińskiej Republice Ludowej musi
spełniać
kryteria nie tylko związane z wysoką pozycją
polityczną,
ale również związane z nowymi zadaniami,
jakie
przed ambasadorem w Chińskiej Republice
Ludowej
staną.
Chciałbym
powiedzieć, że placówka w Pekinie
nie
jest obsadzona od miesiąca, a zatem to nie jest
problem.
Funkcję chargé d’affaires sprawuje pani
Agnieszka
Łobacz, która stanowi o ciągłości placówki,
albowiem
była zastępcą ambasadora wówczas, kiedy
pan
ambasador Burski poprosił o odwołanie, zarówno
ze
względu na wiek, jak i na zmęczenie funkcją, którą
sprawował
przez ponad 4 lata.
Jeśli
chodzi o politykę wizową, trzeba powiedzieć,
że
Polska udziela wiz w zasadzie w sposób nieograniczony.
Zdarzają
się przypadki odmowy udzielenia
wizy,
co jest związane z nowymi standardami polskiej
polityki
wizowej. Polska nie jest już tylko krajem
wpuszczającym
do siebie, ale także polska wiza daje
uprawnienia
do podróży w wielu krajach europejskich.
Dlatego
musimy stosować standardy związane z wymogami
Unii
Europejskiej. Odmowy wydania wizy
w
proporcji do liczby wydanych wiz to są ułamki procenta,
a
zatem to nie jest problem. Nie jest to problem
w
stosunkach między Polską i Chinami.
Kolejne
pytanie dotyczyło absolwentów w Wietnamie.
Tak
się składa, że wczorajszej nocy wróciłem
z
podróży; była to wizyta pana premiera Belki w Japonii,
Singapurze
i Wietnamie. W Wietnamie spotkaliśmy się
z
ogromną grupą absolwentów polskich. Trzeba powiedzieć,
że
rzeczywiście stanowią oni w obecnej strukturze
władz
i biznesu wietnamskiego znaczącą grupę. Wystarczy
powiedzieć,
że mer Hanoi i kilku wiceministrów,
szefowie
dwóch największych koncernów: koncernu
węglowego
i koncernu stoczniowego, to są absolwenci
polskich
uczelni. Wszyscy byli obecni. Wszyscy brali
udział
w rozmowach i wszyscy stanowili lobby polskie.
To
„lobby” jest „rejestrowane” przez ambasadę
polską,
która
wykorzystuje wielokrotnie polskich absolwentów
do
kontaktów z władzami, zarówno na szczeblu centralnym,
jak
i na szczeblu regionalnym.
Odpowiadam
na pytanie pani poseł Nowak dotyczące
Babilonu.
W dniu wczorajszym zaprosiłem do
Ministerstwa
Spraw Zagranicznych ambasadora Republiki
Iraku
i wyraziłem daleko idącą dezaprobatę dla
informacji,
które ukazują się również w prasie irackiej,
dotyczących
roli międzynarodowej dywizji, w tym
szczególnie
oddziałów polskich, jeśli chodzi o destrukcję,
niszczenie
zabytków Babilonu. Pan ambasador
powiedział,
że odbył rozmowę z ministrem kultury
Iraku
i że minister kultury Iraku zaprzecza wszystkim
tym
informacjom. Jednocześnie w dniu dzisiejszym,
bodajże
w „Trybunie”, ukazał się wywiad z wiceministrem
obrony
narodowej Iraku. Wiceminister w sposób
jednoznaczny
stwierdza, że polskie wojska nie brały
udziału
w niszczeniu zabytków, przeciwnie, ochraniały
te
zabytki, a to, iż tak wiele zabytków w Babilonie
ocalało,
zawdzięczamy oddziałom polskim.
Poprosiłem
w czasie spotkania z irackim ambasadorem,
by
te informacje, które mi przekazał ustnie,
zostały
nam przekazane na piśmie od ministra kultury
Iraku,
po to, żeby ta informacja nie była kurtuazyjna
czy
dyskrecjonalna, ale by mogła być uznana i przekazana
zarówno
opinii krajowej, jak i zagranicznej.
Jednocześnie
chciałbym przypomnieć, że Polska
była
jedynym krajem, który w składzie swojej dywizji
miał
archeologów. Zaraz po przyjeździe polskich
oddziałów
do Babilonu został przygotowany raport.
Został
on upubliczniony. Nie zwrócił uwagi polskich
mediów.
Polskie media nie wyraziły tym żadnego
zainteresowania.
Teraz, przed wyjazdem, został opublikowany
drugi
raport i polskie media też na to nie
zwróciły
uwagi, natomiast nagłaśniały z ogromną siłą
raport
prof. Curtisa, który nie był jednoznacznie negatywny
wobec
Polski. Wyciągnięto z tego raportu te
elementy,
które uderzały w oddziały polskie, a te elementy,
które
mówiły o polskich wysiłkach na rzecz
ochrony
Babilonu, w ogóle przez polskie media nie
zostały
uwzględnione.
(Głos
z sali: Nie ma polskich
mediów.)
Nie
komentuję.
Pytanie
pani poseł Mierzejewskiej dotyczące Instytutu
Adama
Mickiewicza, polskich instytutów. Podzielając
wiele
krytycznych uwag dotyczących działalności
Instytutu
Adama Mickiewicza, chciałbym jednak bronić
tego
instytutu nie tylko dlatego, że odbyło się bardzo
wiele
wielkich imprez, które były programowane
i
prowadzone we współdziałaniu z instytutem – przypomnę:
Rok
Polski w Austrii, Rok Polski w Szwecji,
Rok
Polski na Ukrainie, Rok Polski we Francji, Sezon
Polski
we Francji – i przygotowywane wspólne z Instytutem
Adama
Mickiewicza w tym roku i w roku
przyszłym:
Rok Polski w Niemczech, Rok Niemiecki
w
Polsce. To samo dotyczy wystawy „Warszawa–Moskwa/
Moskwa–Warszawa”.
To są wielkie imprezy organizowane
we
współpracy i z udziałem Instytutu Adama
Mickiewicza.
Zapewne
część tych środków jest wydawana może
zbyt
lekką ręką, może nie wszystkie imprezy znajdują
uznanie
tych, do których są skierowane, jak i nie zawsze
są
adresowane we właściwy sposób, ale proszę pamiętać,
że
też nasze doświadczenie nie jest nadzwyczajnie duże.
Ja
nie chciałbym się wypowiadać w imieniu władz
instytutu,
ale chciałbym przypomnieć, że efektem oceny
prac
instytutu była wymiana dyrektora Instytutu
Adama
Mickiewicza. Od 3 miesięcy nowym dyrektorem
instytutu
jest pan Tłuczkiewicz, który przedstawił
nowy
program funkcjonowania Instytutu Adama Mickiewicza.
Program
ten jest bardzo autorski, wizjonerski.
Pan
Tłuczkiewicz jest znakomitym menedżerem
kultury.
To on był twórcą festiwalu jazzowego w Warszawie
„Jazz
Jamboree” i prowadził ten festiwal przez
20
lat, a zatem jego przygotowanie menedżerskie jest
znakomite.
Miejmy nadzieję, że jakość i liczba imprez
oferowanych
przez Instytut Adama Mickiewicza ulegną
poprawie
i zwiększeniu.
Chciałbym
przypomnieć o tym, o czym mówił również
pan
prof. Rotfeld, minister spraw zagranicznych,
że
środki, jakie możemy przeznaczyć na promocję, są
niewspółmiernie
małe w stosunku do potrzeb. Niejednokrotnie
próbowaliśmy
z panem posłem Samborskim
i
przy pomocy fundacji, którą on kierował, te imprezy
wzbogacać.
Nie zawsze jest to możliwe i nie zawsze
adresat
jest ten sam, natomiast środki, które przeznacza
Rzeczpospolita
na promocję za granicą, są niewspółmiernie
małe
w stosunku do tych, które wydają np.
Węgrzy,
Czesi czy nawet Słowacy.
Wreszcie
pytanie zadane przez pana posła Figlusa,
a
dotyczące spraw długów w Libii i kontraktów
w
Iraku. Towarzyszyłem panu premierowi Belce w podróży
do
Libii, brałem udział w spotkaniach zarówno
z
premierem Libii, jak i z pułkownikiem Kadafim. To,
co
dziś można powiedzieć na pewno: zostały przedstawione
przez
stronę polską propozycje rozwiązania problemu
zadłużenia,
przy czym jest to zadłużenie Polski
w
Libii, a nie libijskie w Polsce. Dotyczy ono zobowiązań,
jakie
ma Rzeczpospolita wobec firmy Dromex,
która
na zlecenie czy z poręczenia rządu polskiego prowadziła
budowy
na terenie Libii. Problem polega na
tym,
że działo się to bardzo dawno temu, rozliczenia
była
dewizowe, w dewizach twardych, w dewizach
miękkich,
do tego dochodziły przeliczniki, procenty,
kredyty.
Z tego powodu przez obie strony, zarówno
przez
stronę libijską, jak i przez stronę polską, podawane
są
różne sumy. Znaleźliśmy w czasie tego spotkania
pewne
rozwiązanie. Następnego dnia po powrocie premiera
z
Libii i po konsultacjach z ministrem finansów
zostało
stronie libijskiej zaproponowane rozwiązanie.
Mamy
odpowiedź od strony libijskiej, że polska propozycja
została
przyjęta jako postawa do rozwiązania
problemu.
Spodziewamy się, że w ciągu najbliższych
kilku
tygodni problem ten być może będzie mógł być
rozwiązany
i długi będą mogły być wyregulowane.
I
wreszcie pytanie o kontrakty w Iraku. W czasie
spotkania
z ambasadorem irackim otrzymałem od niego
kopię
dwóch listów od dwóch wielkich polskich
koncernów,
które informują rząd iracki, że nie są zainteresowane
udziałem
w przetargach. Nie dostaniemy
kontraktów,
jeśli nie będziemy brali udziału w przetargach.
Strona
iracka zwraca się również imiennie do
wielu
polskich podmiotów gospodarczych, proponując
udział
w przetargu, i określone są warunki, na jakich
można
do tego przetargu przystąpić. Duże polskie
przedsiębiorstwa,
koncerny, holdingi pierwotnie były
tym
zainteresowane, ale ze względu na znaczące ryzyko,
bo
ryzyko gospodarcze jest znaczne, a kredytowanie
tych
inwestycji jest bardzo wysokie ze strony firmy,
która
miałaby podjąć się kontraktowania, bardzo wiele
polskich
firm, które chciałyby podejmować się tego rodzaju
przedsięwzięć,
nie podejmuje się ich, ponieważ
w
efekcie okazuje się to dla nich bądź zbyt ryzykowne,
bądź
zbyt nieopłacalne.
Zatem
na pytanie, na co możemy liczyć, chciałem
odpowiedzieć,
że możemy liczyć na to, że polskie przedsiębiorstwa
będą
brały udział w kontraktach. A jak będą
brały
w nich udział, to być może będą wygrywały. Jeżeli
zaś
nie biorą udziału w przetargach, to nie mogą przetargów
wygrywać.
Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję.
Jako
ostatni wystąpi pan minister Jakub Wolski.
Proszę
bardzo, panie ministrze.
Podsekretarz
Stanu
w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych
Jakub
Wolski:
Dziękuję
bardzo.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Odpowiedź na pytanie
pana
posła Pawlaka na temat rozliczeń środków
przekazywanych
przez Fundację „Pomoc Polakom na
Wschodzie”
podmiotom wspomaganym przez fundację
może
być tylko jedna. Te rozliczenia muszą być maksymalnie
rzetelne.
Dlatego zarówno nowa rada, jak i nowy
zarząd
podejmą wszelkie kroki, żeby to kryterium było
maksymalnie
egzekwowane. Dziękuję bardzo.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
bardzo.
Zamykam
dyskusję.
W
dyskusji zgłoszono wniosek o odrzucenie przedstawionej
informacji.
Do
głosowania nad tym wnioskiem przystąpimy na
następnym
posiedzeniu Sejmu.
Na
tym wyczerpaliśmy porządek dzienny 96. posiedzenia
Sejmu
Rzeczypospolitej Polskiej.
Informuję,
że zgłosił się pan poseł Michał Figlus
w
celu wygłoszenia oświadczenia poselskiego.
Nie
ma innych zgłoszeń, a więc listę posłów zgłoszonych
do
oświadczenia uważam za zamkniętą.
Oddaję
głos panu posłowi Michałowi Figlusowi.
Proszę
bardzo.
Poseł
Michał Figlus:
Dziękuję,
panie marszałku.
Panie
Marszałku! Wysoka Izbo! Swobody obywatelskie
w
państwie prawa podlegają demokratycznym
rygorom
określonym przepisami prawa ustawowego,
jak
również i prawa zwyczajowego. Dotyczy to
wszystkich
obywateli zamieszkujących w danym państwie,
to
jest rdzennych etnicznie obywateli państwa
i
mniejszości narodowych żyjących na tym terytorium.
Wszyscy
obywatele odpowiadają jednakowo wobec
prawa,
mając cały szereg przywilejów, zaś mniejszości
narodowe
posiadają dodatkowe przywileje pozwalające
na
kultywowanie własnej tożsamości narodowej.
Mniejszości
narodowe stanowiące w istocie rzeczy
niewielką
liczebnie grupę w stosunku do rdzennych
obywateli
państwa mają obowiązek przestrzegania
wszystkich
przepisów prawa dotyczących całego państwa.
Natomiast
wielkość przyznanych im przywilejów
jest
zależna od liczby obywateli przyznających się
do
przynależności do mniejszości narodowych. Wśród
przywilejów
mniejszości narodowych podstawowym
przywilejem
jest możliwość nauki własnego języka ojczystego
prowadzona
własnymi środkami mniejszości.
Przy
znaczącej grupie mniejszości istnieje możliwość
nauki
języka ojczystego mniejszości w szkołach publicznych,
a
przy bardzo licznej grupie mniejszości –
nawet
w szkołach publicznych z językiem mniejszości
jako
językiem prowadzenia zajęć szkolnych, językiem
wykładowym.
Mniejszość
niemiecka zamieszkująca w gminach
na
terenie Śląska Opolskiego, pragnąca rozszerzenia
przywilejów,
nie stanowi nazbyt licznej grupy upoważniającej
do
uzyskania tych przywilejów. Używanie
w
urzędach administracji państwowej państwa polskiego
języka
narodowego mniejszości niemieckiej
jest
nadmiernie wygórowanym, bezzasadnym przywilejem,
bowiem
mniejszość znajduje się na terytorium
Polski,
na którym obowiązuje język polski we wszystkich
urzędach
i miejscach uznanych za publiczne.
Wystąpienie
mniejszości niemieckiej o wprowadzenie
dwujęzycznych
nazw polskich urzędów administracji
państwowej
oraz dwujęzycznych nazw miejscowości
jest
nie tyle przejawem dbałości o zachowanie własnej
tożsamości,
co arogancją mniejszości w stosunku do
państwa
pobytu. Mniejszość niemiecka ma prawo używania
własnego
ojczystego języka we własnych kontaktach
rodzinnych
i we własnym środowisku mniejszości,
w
szczególności gdy liczebność grupy mniejszościowej
w
gminie sięga zaledwie dwudziestu kilku procent ogółu
mieszkańców
gminy.
Mniejszość
niemiecka, nawet mając podwójne obywatelstwo,
podlega
wszystkim polskim przepisom prawa
jako
kraju stałego pobytu. Wystąpienia natomiast o
dwujęzyczne
nazwy, szczególnie urzędów administracji
państwowej
i samorządowej, są wykraczaniem poza prawo
o
nazewnictwie polskim w obrębie obszaru państwa
polskiego,
narusza to równość obywateli kraju zamieszkania,
co
w państwie demokratycznym poczytywane jest
jako
sprzeczne z prawem i winno podlegać ściganiu.
Wysoka
Izbo! W związku z pracami nad nowelizacją
ustawy
o mniejszościach narodowych pozwalam
sobie
przedstawić Wysokiej Izbie następujące propozycje
do
odnośnych artykułów i punktów ustawy,
o
których wprowadzenie wnoszę. Podaję propozycję
do
prawnego ich sformułowania: Dopuszcza się wprowadzenie
dwujęzycznych
nazw jedynie w odniesieniu
do
miejscowości, w których liczebność grupy mniejszościowej
przekracza
40% ogółu mieszkańców danej
miejscowości.
Dwujęzyczne nazwy miejscowości
umieszczone
mogą być jedynie na informacyjnych
tablicach
drogowych. Na terenie ziem zachodnich
i
północnych dopuszcza się wprowadzenie dwujęzycznych
nazw
miejscowości wyłącznie jako powrót
do
nazw, jakie miejscowości te posiadały przed dniem
31
grudnia 1932 r. lub wcześniejszych przed dniem
31
grudnia 1862 r., bądź z wieku XIV. Nie dopuszcza się
umieszczania
na budynkach administracji państwowej,
samorządowej
dwujęzycznych tablic urzędu i informacyjnych.
Nie
dopuszcza się na żadnym z obiektów
administracji
państwowej i samorządowej, na którym
znajduje
się godło państwa polskiego, umieszczania
napisów
i tablic w innym języku niż polski.
Wysoka
Izbo! Pozwalam sobie zauważyć, że wprowadzenie
do
ustawy o mniejszościach narodowych
wymienionych
powyżej sformułowań nie zmieni stosunku
mniejszości
niemieckiej do władz Rzeczypospolitej
Polskiej,
a wpłynie na wzrost szacunku zarówno
do
państwa polskiego, jak i jego obywateli. Dziękuję.
Wicemarszałek
Kazimierz
Michał Ujazdowski:
Dziękuję
panu posłowi.
Na
tym zakończyliśmy oświadczenia poselskie.
Informacja
o wpływie interpelacji i zapytań oraz
odpowiedzi
na nie została paniom i posłom doręczona
w
druku nr 3623*).
Na
tym kończymy 96. posiedzenie Sejmu Rzeczypospolitej
Polskiej.
Protokół
posiedzenia będzie wyłożony do przejrzenia
w
Sekretariacie Posiedzeń Sejmu.
Porządek
dzienny 97. posiedzenia Sejmu zwołanego
na
dni 15, 16, 17 i 18 lutego 2005 r. został paniom
i
panom posłom doręczony.
Zamykam
posiedzenie.