Strona główna | English version | Biuletyn Informacji Publicznej | Wersja tekstowa
Strona główna Informacje o MSZ Minister Spraw Zagranicznych Expose Ministrów Expose 2005 Wystąpienia klubów...


Wystąpienia klubów i kół poselskich, odpowiedzi Ministra i Wiceministrów



Poseł Józef Oleksy:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Zarówno w sprawozdaniu

udostępnionym wcześniej, jak i w dzisiejszym

wystąpieniu ministra zawarte jest dobre zestawienie

założeń i tego, jak w faktycznych działaniach

były one realizowane. Chcę to skwitować na samym

początku, podkreślając konsekwencje linii polityki

zagranicznej Polski w kolejnych latach, tak jak sam

minister to podkreślił, od czasu przełomu dziejów do

dziś. Było w tym czasie wartością w Polsce to, co nazywało się

wspólną zgodą na strategiczne preferencje

w polskiej polityce zagranicznej, skutecznie osiągane

cele strategiczne.

Dziś powstaje pytanie po różnych enuncjacjach ze

strony opozycji, tonach i skłonnościach rewizji tego

konsensusu, który legł u podstaw pomyślnej sytuacji,

w jakiej Polska dziś się znajduje, ciekaw jestem dzisiejszej

debaty, na co opozycja postawi akcenty i na ile

będzie zdolna wyrazić uznanie dla rządu, prezydenta

kraju za kierowaną i realizowaną politykę zagraniczną,

a jednocześnie w jaki sposób sformułuje swoje uwagi

i zastrzeżenia, by sygnał płynący z tej debaty niósł jednoznaczną

informację o tym, że po osiągnięciu głównych

celów tej strategii zagranicznej nadal rozumujemy

wspólnie, żeby jak najlepiej wykorzystać rezultaty

osiągniętych celów.

Dawny konsensus w sprawie polityki zagranicznej nie

powinien dziś podlegać erozji, nawet jeśli są tematy, które

incydentalnie wzburzają i wywołują emocje czy skłonność

do powrotu do historycznego tła niektórych decyzji.

Pytanie zasadnicze jest bowiem takie, czy coś się zmieniło

w identyfikowaniu polskich interesów i w tym, co

określa i określać powinno polską wyobraźnię przyszłości

wobec okoliczności, które przecież na naszych oczach

i z naszym udziałem nieustannie się zmieniają.

Te pobrzmiewające wśród opozycji nuty i zapowiedzi

niezadowolenia bądź braku dobrej oceny tego,

co udaje się osiągać, powinny przynajmniej zaowocować

alternatywnymi pomysłami, które mieściłyby

się w uzgodnionych przed laty i realizowanych celach

i wzbogacałyby politykę zagraniczną.

Pozwolę sobie w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej

złożyć na ręce pana ministra Rotfelda uznanie

dla rządu za to, że udaje się pielęgnować wyrazistość

celów i założeń, i za aktywność, jaka jest we wszystkich

kierunkach geograficznych przez polską służbę

zagraniczną realizowana.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić wielką rolę prezydenta

Aleksandra Kwaśniewskiego, który ma swoje

osobiste zasługi w tej aktywnej obecności Polski na

różnych kontynentach, a w szczególności w odniesieniu

do bezdyskusyjnego sukcesu, jakim była umiejętna

rola Polski w rozwiązywaniu problemu na Ukrainie,

który rzeczywiście, jak pan minister mówi, rozwiązali

sami Ukraińcy, ale ta wspólna z Unią Europejska

pomoc z wyrazistą rolą Aleksandra Kwaśniewskiego,

myślę, na długo zapisze się w to, co rząd nazywa

w swoim programie trwałą optyką i nowym otwarciem

na aspiracje Ukrainy w stosunku do NATO i Unii Europejskiej.

Nie tylko w tej sprawie prezydent nadzorujący

stosunki Polski z innymi krajami zaznaczył swoją rolę

i warto, by także opozycja zechciała to dzisiaj dostrzec

i skwitować pozytywnie, nawet jeśli mogłyby się tu nasuwać

pojedyncze uwagi.

Rola polskiej dyplomacji na arenie międzynarodowej

– nieraz o tym mówiliśmy, dorocznie o tym dyskutujemy

– musi być kreatywna. Okoliczności, które

zastajemy, nie pozwalają na rolę, która byłaby nawet

najaktywniejszą obecnością, ale jednak jedynie obecnością

w tych procesach. Mówię to szczególnie w odniesieniu

do funkcji pełnionych aktualnie przez Polskę,

czyli i funkcji przewodniczącego Rady Europy, i funkcji

przewodniczącego Rady Państw Morza Bałtyckiego,

i funkcji przewodniczącego Grupy Wyszehradzkiej.

Myślę, że za mało MSZ zaznaczył, iż nie jest to tylko

rola przewodzenia zebraniom i zwoływania zebrań, ale

powinna to być rola, w której wskazane byłyby: poprawianie

nowych rozwiązań, reforma skostniałych struktur

tych organizacji, ekonomizacja ich działania, poprawa

skuteczności. Polska w swojej ambicji powinna więc być

bardziej kreatywna, a w tej kwestii widzę dość klasyczne

podejście do spełniania akurat w tym czasie ról, które Polsce

wobec organizacji międzynarodowych przypadły.

Myślę też, że sama koordynacja to za mało, potrzebne

są inicjatywy. Po coś powołane były te ciała

i instytucje i moim zdaniem, w mojej ocenie spełniają

one bardzo formalną rolę, zarówno jeśli chodzi

o przegląd aktywności państw Morza Bałtyckiego

– jest ona dużo większa wśród krajów nordyckich aniżeli

ze strony Polski, która jest także krajem bałtyckimi

– jak i o Inicjatywę Środkowoeuropejską, która stała

się ceremonialnym miejscem spotkań od czasu do czasu,

czy też o kwestię Grupy Wyszehradzkiej, w przypadku

której głos tej grupy z inicjatywy Polski mógłby

brzmieć wyraźnie i bardziej konkretnie i zachęcać do

poszukiwania rozwiązań dających lepszą skuteczność

tym właśnie stosunkom.

Pan minister przedstawił układ bilateralny stosunków

i preferencji w tej dziedzinie. Trochę mnie zdziwiło,

że wśród wszystkich bilateralnych spraw Białoruś

i Mołdowa wysunęły się na plan pierwszy przed Rosją.

Być może nie mamy pomysłu na zaradzenie pogorszeniu

stosunków z Rosją, ale musimy tego nieustannie

poszukiwać, i to wcale nie dlatego, że jesteśmy wielkim

odbiorcą surowców rosyjskich, z czym wiążą się

różne także i konfliktowe sytuacje, ale dlatego, że cała

Europa nastawia się na współpracę z Rosją i byłoby dla

mnie mało zrozumiałe, a myślę, że i dla wielu innych,

gdybyśmy stosunki Polski z Rosją mieli kwitować tak

jak dzisiaj, czyli tylko stwierdzeniem, że Rosja istnieje

i dostarcza nam surowce. To jest trochę za mało wobec

jasno określonych kryteriów przy innych kierunkach.

Liczę, że Rok Polski w Niemczech będzie źródłem

nowych motywacji i inspiracji, tak samo jak poparcie

dla Ukrainy przemieni się w konkretne formy współdziałania,

wspólnych inicjatyw i myślę, że nikt nie odbierze

Polsce tego pionierstwa i konsekwencji w tym,

co nazywa się promowaniem i wsparciem dla międzynarodowych

aspiracji Ukrainy.

Chcę też złożyć rządowi na ręce premiera i ministra

uznanie za aktywność poza Europą. Dla Polski świat

nie może kończyć się na Brukseli, mówię to nieustannie,

przy całym przyjętym i realizowanym priorytecie.

Świat jest większy, interesy, o które chodzi w uprawianiu

stosunków z innymi krajami, można realizować

wszędzie, nie tylko w Unii Europejskiej, i dobrze, że

rząd polski bardzo aktywnie podjął odbudowę stosunków,

pobudzenie stosunków z Chinami, z Japonią,

z Koreą, nawet z Wietnamem czy Singapurem. To jest

pole poszukiwań dobrych interesów, długofalowych interesów,

a w końcu ta sprawa, o której od lat mówimy,

o podporządkowaniu służby zagranicznej interesom gospodarczym

kraju, wciąż szwankuje i nie został w sprawozdaniu

ministra ukazany postęp w dziedzinie przejmowania

przez służbę zagraniczną funkcji promocji

gospodarczej i nawet cichego, dyskretnego, ale skutecznego,

wspierania interesów krótkofalowych i długofalowych.

Chciałbym więc, składając rządowi te gratulacje

za aktywność w innych kierunkach niż tylko Europa,

powiedzieć, że to także element nowej aktywności.

Polska jest dziś bezpieczna, wszyscy co do tego się

zgodzą, Polska może dziś czuć szanse rozwojowe, których

jeszcze niedawno nie było. Jest to zasługa wszystkich

ekip po 1989 r., ale to szczególne ożywienie trzeba

oddać obecnemu rządowi popieranemu przez Sojusz

Lewicy Demokratycznej i Socjaldemokrację, rządowi,

który powoduje, że Polacy mogą być spokojni, bo Polska

jest bezpieczna, i mogą liczyć na to, że budowane

są nieustannie i żmudnie stosunki zagraniczne, które na

pewno dadzą szansę następnemu pokoleniu na lepszy

start i lepsze spełnienie własnych aspiracji.

Wizerunek i pozycja Polski w Europie, w oczach

partnerów to nieustanne zadanie, które realizujemy przy

znikomych lub zerowych środkach, nieustannie obcinanych.

Ale 80-procentowe poparcie dla Unii, szczególnie

wśród młodego pokolenia, nakazuje działać dziś

bardziej dynamicznie już nie w załatwionych procesach

traktatowych, nie w sprawach budżetowych, w których

trzeba umiejętnie poruszać się podczas negocjacji, żeby

jak najwięcej zyskać, już nie w obsłudze procesu legislacyjnego,

bo jest to oczywisty imperatyw, i nie w kwestii

swobody i otwartości, bo jest już powszechnie przesądzona.

Dziś kreślenie wizerunku Polski we Wspólnocie

Europejskiej jest ciężkim wysiłkiem w reagowaniu

nawet na incydentalne sytuacje, w rozszyfrowywaniu

schematów myślenia i zachowań, w unikaniu sytuacji,

które są inaczej niż u nas odbierane, a dotyczą Polski

w stosunku do kogoś, w wystrzeganiu się swoistego

polskiego krzykliwego tonu, który nic nie daje, a wywołuje

podejrzliwość i niechęć do dobrego układania

stosunków, czyli jednym słowem dotyczy obyczajów

w stosunkach Polski wobec partnerów, z którymi jesteśmy

i chcemy załatwiać wiele własnych spraw. To jest to,

czego, myślę, długo będziemy się jeszcze uczyć. Niektóre

sprawy z ostatniego roku pokazały wyraźnie, że

kult siły głosu, tupnięcia i ostrego tonu miałby rzekomo

coś załatwiać w kwestiach, które na świecie prowadzi

się inaczej w normalnym trybie.

Przy okazji trzeba pamiętać, że nie ma – niektórzy

ulegają temu schematowi myślowemu – automatycznego

sprawstwa, samego członkostwa w Unii dla

dobra Polski. Otóż ta prawda bardzo słabo przebija

się. To magiczne myślenie, że samo wejście do Unii

załatwia dla Polski wszystko, jest nieporozumieniem.

Unia Europejska to jest pole gry interesów. Przy całym

solidaryzmie, o który wołamy, przy całym poparciu

dla polityki spójności, dla polityki regionalizmu, wyrównywania

dysproporcji, Unia nadal pozostaje polem

gry interesów, w której silniejsi mają skłonność do dominowania

nad słabszymi, a słabsi muszą grupować

się lub umiejętnie prowadzić własne sprawy, żeby je

wygrywać. Widać, że to nie jest sielanka, jak przeanalizuje

się różne kierunki tej gry interesów, która odbywa

się wewnątrz Unii Europejskiej. Dlatego stosunek do

traktatu konstytucyjnego dla Europy jest testem polskiej

woli i sposobu działania wewnątrz Wspólnoty

Europejskiej.

Chciałbym usłyszeć dziś, że mimo wszystkich uwag,

łącznie z nieprecyzyjnym tłumaczeniem... Od razu chcę

wytknąć rządowi to, że aż redakcji „Rzeczpospolitej”

trzeba było, żeby odkryć te błędy i mankamenty tłumaczenia,

tak jakby służba zagraniczna nie powinna...

(Głos z sali: Komorowski.)

Słucham?

(Głos z sali: To Bronisław Komorowski.)

Chwała posłowi Komorowskiemu z Platformy, że

był tak dociekliwy, bardziej dociekliwy niż ministerstwo.

W przyszłości powinno to być na czas dostrzegane

przez służby, bo przecież chyba nikt nie chce, żeby

proces ratyfikacji przedłużał się, poza tymi, którzy go

w ogóle nie chcą.

Otóż ten traktat konstytucyjny dla Europy, którego

czuję się poniekąd cząstkowym współautorem jako

uczestnik konwentu – co zresztą na tej sali zostało odebrane

na pograniczu zdrady narodowej, myślę, że się

to już nie powtórzy – niechby nawet niezaspokajając

wszystkich oczekiwań, był potraktowany jako traktat

poważnie opracowany i poważnie podpisany.

Na nic kombinowanie, wzywam zwłaszcza Platformę

Obywatelską do tego, by skończyć z taktyką kombinowania

polegającą na tym, że może ktoś inny obali

ten traktat, a my będziemy mieli czyste sumienie, bo

chcąc go, też go nie chcemy specjalnie. (Oklaski)

Uważam, że w Europie panuje pewna transparentność

zachowań. Nie wiem, dlaczego Polska miałaby

nie chcieć być tym partnerem wewnątrz Wspólnoty,

który poważnie mówiąc o zastrzeżeniach i wątpliwościach,

uznaje nadrzędną wagę tego traktatu. Inaczej,

koleżanki i koledzy z Platformy Obywatelskiej, wiem,

co może wami powodować. Gdyby jak było hasło „Nicea

albo śmierć”, padła Nicea, to cóż by pozostało?

(Oklaski) Przecież nie pójdziecie na takie rozwiązanie.

Rozumiem to, ale niech was to nie skłania do kombinowania

w sprawie terminu. Niech to referendum odbędzie

się w czasie, który proponujemy, czyli z pierwszą

turą wyborów prezydenckich, bo wtedy będzie

największa możliwa frekwencja, albo zdecydujmy się

na dokonanie ratyfikacji poprzez parlament. Podjęcie

decyzji o ratyfikowaniu przez parlament jest cały czas

możliwe, ale zgodnie uznaliśmy, że formuła referendum

jest niemal konieczna jako analogia do referendum

akcesyjnego.

Bardzo chcę podkreślić, że polityka zagraniczna państwa

– trzymam się mocno tezy, że nie jest jeszcze doskonale

rozwiązana sprawa służby w dyplomacji polskiej

w interesach gospodarczych Polski, to jest czynione, ale

trzeba więcej wysiłku – ta cała polityka musi toczyć się

w kontekście bardzo ważnym od wczoraj, w kontekście

Narodowego Planu Rozwoju. Otóż, niech to akurat

w moich ustach nie zabrzmi banalnie, ale powiedziałbym:

chwała rządowi za dwie sprawy z tym związane. Po

pierwsze, że umiał przełamać skłonność do księgowego

jedynie opracowania koncepcji wydatkowania pieniędzy

pod fundusze strukturalne, tak jak robią to inne kraje,

i zdobył się na to, żeby określić strategiczne podejście do

rozwoju Polski w całokształcie wyzwań tego rozwoju.

Myślę, że takie właśnie podejście jest dobre, ponieważ

może pobudzić myślenie środowisk polskich, zachęcić

do dyskusji z partnerami w Unii Europejskiej, bo wyzwania

rozwojowe Polski ujęte w tym planie są częściowo

wyzwaniami dla całej Unii Europejskiej i nie tylko

w tej jej nowej części, która obejmuje 10 krajów.

Druga sprawa, za którą chcę rządowi złożyć wyrazy

uznania, to sformułowanie na samym początku zaproszenia

dla opozycji, przyjętego zresztą, z czego się

cieszę, do wspólnej rozmowy o tym narodowym planie.

Jeżeli wspólnie ustalimy i priorytety, i osie, wokół

których ta działalność w państwie ma koncentrować

się, i wspólnie zidentyfikujemy wyzwania przyszłości,

to przecież korzyść z tego będzie dla wszystkich. Jeśli

rząd zmieni się, to będzie miał już przedyskutowaną

ważną sprawę dotyczącą rozwoju i dobrą bazę do kończenia

dyskusji budżetowych w Unii Europejskiej. Jeśli

rząd nie zmieni się, to też będzie korzyść, bo Polska

będzie miała przedyskutowaną strategię rozwojową

dobrego kalibru.

Niechby ta zgoda w sprawie Narodowego Planu Rozwoju

i dyskusji... On nie jest przesądzony, ale mieści się

w optyce dyskusji o naszej obecności w Unii i o sposobie

wykorzystania szans dla Polski, które to członkostwo

w Unii Europejskiej daje. Bardzo mnie bowiem martwi,

że od maja panuje cisza w dyskusjach dotyczących

spraw europejskich w Polsce. Gdyby nie spór o traktat

i z Josepem Borrellem, to właściwie nic by się nie działo

w kwestii dyskusji publicznej, środowiskowej, politycznej

o pierwszym okresie naszej obecności w Unii. To

pewnie także wynik bezszmerowej skuteczności działań

rządu w tym, co nazywało się początkiem naszej obecności

w instytucjach europejskich.

Bardzo stanowczo chcę powiedzieć, że hasło Aleksandra

Kwaśniewskiego, dezawuowane w niektórych

publikacjach, o tym, iż celem naszym musi być silna

Polska w silnej Europie, jest aktualne. Uznajmy jego

aktualność, nie dlatego że chodzi tylko o realizację

polskich celów poprzez instrument obecności w Unii

Europejskiej, ale dlatego że polskie cele zrealizujemy

dobrze, jeżeli przyczynimy się do wzmocnienia Unii

Europejskiej. Tylko silna Unia Europejska może dawać

nam lepsze możliwości budowania silnej Polski. Myślę,

że jest to na tyle obiektywne i logiczne, że warto

się do tego odnieść i uczynić z tego jakąś zachętę do

dialogu trudnego w innych dziedzinach.

To, co musi jednak mocno tu zabrzmieć, to jest

sprawa odpowiedzialnej postawy Polski w negocjacjach

nad budżetem Unii Europejskiej przy silnym

pilnowaniu naszego interesu w tym przetargu, co jest

oczywiste, oraz kwestia odpowiedzi na pytanie, jak

sama Polska ma się zmieniać w wyniku wejścia do

Unii Europejskiej. Otóż, proszę państwa, źródłem mojego

niepokoju, jest to, że dyskusja na temat tego, co

w samej Polsce przez najbliższe 10 lat musi się zmienić,

jest niesłychanie nikła. Od modernizacji państwa

i przemian radykalnych w administracji państwowej,

jej funkcjach, poprzez nową obsługę strumieni finansowych,

edukację europejską i budowanie zrębów

mentalności europejskiej, po pilnowanie tożsamości

narodowej wewnątrz Wspólnoty – to wszystko wymienia

się jako ważne kwestie i wartości, ale dialog na

ten temat toczy się w ramach przetargu politycznego.

To, jak Polska ma zmieniać się stopniowo w różnych

segmentach kraju i państwa, i społeczeństwa, w wyniku

faktu, że już jesteśmy we Wspólnocie, powinno

to być lepszym tematem do dyskusji niż delegalizacja

takiej czy innej partii, bo z takiego hasła nic nie wynika

dla wykorzystania szans polskich w Unii, ale może

to jedynie budzić zdziwienie i niepokój w całej Unii

Europejskiej.

Otóż musimy się wyzwolić od kompleksów i nie

kierować się emocjami – mówi minister w swoim wystąpieniu.

Całkowicie podzielam tę myśl. Nawet jak się

nie chcemy do tego przyznać, te kompleksy, historyczne

zaszłości i emocje nam charakterystyczne dają coraz

to znać o sobie. Jesteśmy wciąż uwrażliwieni, wyczuleni

na skutki przeszłości, choćby w ocenie wojny

i próbach zacierania prawidłowego wizerunku tej wojny

i skutków dla Polski. To wszystko trzeba – moim

zdaniem – czynić razem, odpowiadając sobie także

na pytanie, czy i kiedy Polska będzie orędownikiem

wspólnej polityki zagranicznej w Unii Europejskiej

i polityki obronnej. Bowiem Unia Europejska jest już

partnerem globalnym, ponosić będzie globalną odpowiedzialność,

a nie mówi jednym głosem wobec reszty

świata. I to jest pytanie, o które warto w takiej debacie

także się pokusić, precyzując, a nie tylko ogólnie wartościując

tę sytuację. A więc wspólna polityka obronna

i wspólna polityka zagraniczna powinny być celem

polskich zabiegów i udziału w dialogu ogólnoeuropejskim

z racji odpowiedzialności Unii Europejskiej

o charakterze globalnym.

Chciałbym postawić pytanie do tej dyskusji także

rządowi, który o tym nie wspomniał, czy możemy zgodzić

się z poglądem, że strategia lizbońska już przegrała?

W publicystyce coraz częściej się tę sprawę podnosi.

Nie jest tak, że nie ma powodu do tego typu ocen.

No, ale jeśli związaliśmy się z ideami strategii lizbońskiej

i w edukacji, i w badaniach naukowych, i w poszukiwaniu

wzrostu gospodarczego, i w skłonności do

przestawienia się na innowacyjny charakter rozwoju

i postępu, to musi nas obchodzić, czy te zamysły

Wspólnoty, w której jesteśmy, zawarte w strategii lizbońskiej,

tak jak politycy i publicyści głoszą, są przegrane

już w 2005 r., czy my jednak jako kraj wierzymy,

że w ramach strategii lizbońskiej można jeszcze wiele

dokonać. A jeśli nie, to warto, żeby Polska miała propozycje

i pomysły, jak restytuować założenia generalne

strategii lizbońskiej, żebyśmy mogli w nich widzieć

także własne cele rozwojowe dla kraju.

Nie chcąc przedłużać, koledzy z klubu będą jeszcze

się wypowiadać w zupełnie konkretnych już sprawach,

chcę podkreślić, że nigdy za dużo wypowiedzi

na temat możliwej roli Polski w przywracaniu jedności

euroatlantyckiej, w znajdywaniu tej równowagi, która

mogłaby wynikać z faktu, że świetne polsko-amerykańskie

stosunki nie są już dwustronną tylko kategorią,

ale mogą być wartością dla całej Europy. Tylko to my

musimy powiedzieć, jak moglibyśmy przemieniać tę

dwustronną wartość polsko-amerykańskich stosunków

na kategorie poprawiania stosunków wewnętrznych

w Europie i euroatlantyckich. Myślę, że dla nikogo

wśród polskich elit nie może być wątpliwością, że relacje

transatlantyckie to jest sprawa, w której Polska

może odegrać ważną rolę.

Zgadzam się z tezą rządową o potrzebie redefinicji

globalnego ładu. Dziś już o tym wszyscy mówią,

ale chcę to widzieć troszkę szerzej. Otóż w naszych

dyskusjach w Polsce, i przy okazji polityki zagranicznej,

i przy innych okazjach, wciąż nieobecny jest kontekst

globalny. My go pozostawiamy niejako jako coś

z zewnątrz, coś, co dopiero kiedyś, kiedyś może nas

dotyczyć. I to nie jest dobrze. Globalizacji – wszyscy

wiemy – nie można ani uniknąć, ani przeczekać. Globalizacja

dziś oznacza konkretny pakiet zjawisk, które

w Polsce już występują. A więc pytania o ład globalny

to pytania o bezpieczeństwo globalne, o system bezpieczeństwa

globalnego, o sprawność czy niesprawność

instytucji, nie tylko ONZ-tu, gdzie jakże długo ślimaczy

się reforma, ale także globalny system obsługi fi-

nansów gospodarki światowej, także problem sprzeczności

pomiędzy globalizacją gospodarki a demokracją,

która generuje regulacje. Dziś nie ma światowej demokracji,

która by wytwarzała regulacje dające ramy

dla tego żywiołu globalizacji. To jest przecież kwestia

naszej dyskusji o tym, jak na Polskę może oddziaływać

strumień kapitału spekulacyjnego w świecie, co

z inwestycjami bezpośrednimi, jaka jest w Polsce taktyka

i strategia korporacji transnarodowych, na ile tu

mogą zbiegać się intencje i dążenia do zysku korporacji

transnarodowych i naszych planów. To jest sprawa

zmiany mentalności kadr menedżerskich i zarządzających,

umiejętności zarządzania wiedzą i informacją

w ujęciu globalnym, umiejętności zarządzania ryzykiem,

bo nowa sytuacja otwartego kraju to także nowy

charakter ryzyk, którymi trzeba zarządzać, to wreszcie

obecność wyobrażeń o świecie współczesnym w całości

w edukacji od wczesnych etapów świadomości

dziecka po wykształcone kadry menedżerskie i utytułowane

naukowe, i inne. Więc trochę tracimy na rzecz

doraźności. Bardzo często zarządzamy doraźnością

w Polsce w toku konfliktów i sporów i umyka nam to

strategiczne odniesienie, którym Europa i Unia dawno

zajmują się. Nasze tęgie polskie głowy mogłyby tu

wiele wnosić, ale zaprzątnięte są zbyt często waśniami

o to, co kto robił w przeszłości, zaprzątnięte są rewizją

Trzeciej Rzeczypospolitej, złowróżbnymi rzekomo

skutkami okrągłego stołu, skłonnościami do powściągania

demokracji i rewidowania wszystkiego ku rzekomo

skutecznej autorytarności rządzenia. To jest zła

optyka i w takiej optyce będziemy się tylko zamykać

bez komunikacji i z myśleniem o demokracji w innych

krajach, a to jest niemałe wyzwanie.

Chcę więc zakończyć takim apelem do nas wszystkich

i deklaracją gotowości Sojuszu Lewicy Demokratycznej

jako partii wyraźnie propaństwowej i uczciwie

proeuropejskiej, czego nikt chyba nawet z najbardziej

nas nielubiejącej opozycji nie zakwestionuje, żeby

właśnie podjąć sprawę dyskusji, jak Polska jest w stanie

być obecna i zaradzać sobie i we Wspólnocie tym

wyzwaniom, które są niekorzystne, stawiają nas pod

pręgierzem nowego standardu konkurencyjności, do

której nie jesteśmy przygotowani, i stawiają nas wobec

pytania, czy budujemy na pożytek stosunków z innymi

krajami dobry rodzimy potencjał, którego moglibyśmy

użyć w tym podnoszeniu konkurencyjności.

Ogólnie chcę powiedzieć, że wielką wartością naszej

polityki zagranicznej jest jej ciągłość, jest wkład

prezydenta Kwaśniewskiego i warto tej wartości bronić,

wszystko co sporne załatwiając na roboczo, bez

wielkiego okrzyku bojowego, który bardzo często na

tej sali się rozlega. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi.

Proszę o zabranie głosu pana marszałka Donalda

Tuska występującego w imieniu Platformy Obywatelskiej.

Poseł Donald Tusk:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Było do przewidzenia,

że zarówno pan minister spraw zagranicznych, jak

i pierwszy mówca w tej debacie, a sądzę, że nie będzie

błędem stwierdzenie, że także następni mówcy w tej

debacie będą sporo mówili o racji stanu i o wspólnym

pojęciu Polaków, czym jest nasza narodowa racja stanu.

Nie ulega też wątpliwości, zgodzę się tu ze słowami pana

ministra, że przez 15 lat dochodziliśmy coraz mądrzej

i coraz skuteczniej do właśnie możliwie powszechnego

rozumienia, na czym racja stanu Polski polega. Dochodziliśmy

czasami w sporze, prawie zawsze wtedy, kiedy

rzeczy ważne i ciekawe działy się w Polsce i poza

naszymi granicami w takim dynamicznym procesie,

w którym na szczęście nie brakowało liderów i jak

zawsze bywali maruderzy. Z roku na rok, i to jest zasługa

nas wszystkich, na szczęście coraz mniej tych,

którzy chcieli przeszkadzać w tworzeniu nie tylko

wspólnego rozumienia, ale także później realizacji

polskiej racji stanu. Ale mówię o tym także dlatego,

aby uświadomić tym, którzy chcieliby roztoczyć taką

optymistyczną kiczowatą wizję powszechnego pełnego

porozumienia co do pryncypiów polskiej polityki

zagranicznej, że ona będzie dynamiczna, także

w przyszłych latach. Będzie się ona wykuwać w sporze

pomiędzy partiami politycznymi, politykami o wizję

przyszłości Polski, Europy i świata.

Tak przecież było – i tu spojrzę w stronę mojego

przedmówcy – choćby w sprawie, która ożywia nasze

emocje jeszcze dzisiaj, sprawie bardzo ważnej dla Polski.

Mówię o wydarzeniach na Ukrainie. Każdy, kto ma

pamięć, która sięga wstecz nie tydzień, ale – zgódźmy

się, panie marszałku Oleksy – chociaż miesiąc, będzie

pamiętał, że wsparcie ze strony Polski dla pomarańczowej

rewolucji na Ukrainie wymagało determinacji

niektórych, by inni także w końcu zrozumieli, co dzieje

się na Ukrainie. Pamiętam, jak poważny bój trzeba

było stoczyć choćby o tak symboliczne sprawy, jak

możliwość wystąpienia na tej sali przedstawiciela pomarańczowej

rewolucji.

I nie uważam, by debata na temat polityki zagranicznej

była dobrym pretekstem do prawienia

złośliwości konkurencyjnym partiom politycznym

lub konkurencyjnym politykom. Mówię o tym tylko

dlatego, żeby uświadomić – także marszałkowi Oleksemu

– że zasób takich uzasadnionych złośliwości

miałbym duży, gdyby tylko powodowała mną taka

intencja. Nie ulega zatem wątpliwości, że szczególnie

w trudnych momentach… Sprawa ukraińska jest bardzo

wrażliwa, bo Ukraina leży w bardzo szczególnym

– delikatnym i trudnym czasami dla Polski – miejscu

świata, tam gdzie spotykają się nasze granice, głównie

ze względu na sąsiedztwo Rosji, o czym przekonaliśmy

się w ostatnich tygodniach. Ta sprawa wymagała

nie tylko rozwagi, ale i odwagi. Wydaje się zatem,

że nasza polityka zagraniczna – co udowadnia przypadek

Ukrainy, te słowa dedykuję panu ministrowi,

ale przede wszystkim mojemu przedmówcy – wymaga

odwagi i wyobraźni, czasami nawet w takiej skali,

jakiej wymagały nasze wewnętrzne polskie sprawy

w roku 1980, 1981 czy 1989.

W mojej ocenie nie ma przypadku… To chciałbym

z kolei zadedykować tym wszystkim, którzy nie

mają okazji przemawiać w salach sejmowych, którzy

długie lata płacili poważną daninę, a wykazywali się

odwagą i wyobraźnią, dzięki czemu dziś dochodzimy

do idei wolności, idei obecności Polski we wspólnocie

zachodniej, w Unii Europejskiej, w NATO, idei Polski,

która pomaga innym krajom, które chcą osiągnąć

prawdziwą demokrację i prawdziwą niepodległość.

W dzisiejszych wystąpieniach przydałby się hołd bezimiennym

ludziom, także ze strony tych, którym nie

zawsze starczało refleksu...

Chciałbym również zwrócić uwagę na to, co dzisiaj

wszyscy uznajemy za polską rację stanu, to, czego

dzisiaj nikt rozważny w Polsce nie kwestionuje – nie

mówię o marginesach, o radykalnych odłamach polskiej

polityki, ale o bardzo szeroko pojętym trzonie

polskiej polityki. Nikt ani w wizjach, ani w praktyce

politycznej nie kwestionuje tego, o czym przed chwilą

mówiłem, czyli naszej obecności w świecie Zachodu,

naszej aktywnej obecności wszędzie tam, gdzie możemy

pomóc ludziom działającym na rzecz demokracji,

praw człowieka, wolności. To jest i było możliwe

dzięki pewnemu dziedzictwu, które trzeba chronić. To

nie jest tak, że to powszechne wyobrażenie… Śmiem

twierdzić, że środowiska, które tworzą Platformę Obywatelską,

mają swój zasadniczy udział w tym, że tak

dzisiaj wygląda wyobrażenie polskiej racji stanu. Ono

wymaga nieustannej pieczołowitości.

W mojej ocenie wydarzenia ostatnich tygodni w sprawie

ukraińskiej pokazują, że taka pozycja Polski w świecie,

taki sposób patrzenia przez Polskę na najbliższą okolicę,

Europę i cały świat wymaga nieustannego napięcia,

nie tylko merytorycznego, kompetencyjnego, ale także

etycznego i historycznego. Bez pamięci historycznej,

bez autentycznej wrażliwości moralnej i etycznej

– jakkolwiek znawcy nie lekceważą czasami moralności

i etyki w polityce – nie będzie mądrej, rozważnej i odważnej

polskiej polityki.

Nieprzypadkowo w tych słowach jako pierwsze

państwo pojawiła się Ukraina. Nie tylko dlatego, że

przynajmniej część z nas ma jeszcze w sobie emocje,

jakie wywołały zdarzenia na Ukrainie, ale przecież także

dlatego, że nie mamy wątpliwości, iż to, co zdarzyło

się na Ukrainie, jest przełomem i w relacjach polsko-

-ukraińskich, i – co dla nas bardzo ważne – w pozycji

Polski w tej części świata. Bo ważniejsze być może

nawet od rozstrzygnięć formalnych, od inicjatyw politycznych,

które – i dobrze, że tak było – wypływały

z różnych obozów politycznych w Polsce, są sytuacje,

o których wspominali polscy obserwatorzy, uczestnicy

tamtych zdarzeń, mający pełną świadomość, chyba

uprawnioną, że przełamano 400 lat fatalnych zdarzeń

pomiędzy Polską a Ukrainą i że to, co zdarzyło się

w umysłach i sercach Ukraińców i Polaków, jest bezcenne

i wykracza poza doraźną ocenę polityczną.

(Głos z sali: Złudzenia…)

Jednak nie wzgląd na emocje, ale bardzo poważny

interes polityczny, już racjonalnie i chłodno oceniany,

każe nam kontynuować te prace, co oznacza – i tutaj

Platforma Obywatelska nie ma wątpliwości – że Polska

powinna być konsekwentnym, pomysłowym i stanowczym

sprzymierzeńcem aspiracji euroatlantyckich

Ukrainy. Oznacza to w rozumieniu Platformy Obywatelskiej,

tak czy inaczej, szczęśliwy finał tych aspiracji,

czyli pełnoprawną obecność Ukrainy w Unii Europejskiej,

a należy sądzić, że dużo szybciej – obecność

Ukrainy w NATO. (Oklaski)

Dlatego Polska jako sprzymierzeniec marzeń i aspiracji

ukraińskich jest jednocześnie państwem, które racjonalnie

dba o swoje strategiczne i bardzo perspektywiczne

bezpieczeństwo. Kiedy mówimy tak mocno

o Ukrainie, to nie dlatego, żebyśmy zapominali o innych

wschodnich sąsiadach. Dzisiaj warto zwrócić

uwagę – i dziękuję panu ministrowi, że także ten temat

wywołał – na kraje, o których czasami zapominamy

w ferworze wielkich zdarzeń; myślę tu o Mołdowie,

a także o Białorusi. Tak czy inaczej, Polska powinna

pamiętać o tym, że w perspektywie – nie my ją dzisiaj

precyzyjnie określimy – także Mołdowa i Białoruś

mogą się stać uczestnikami europejskiej wspólnoty.

I rzeczywiście oznacza to być może odważniejsze,

chociaż nie mnie tutaj definiować, na czym ta odwaga

miałaby polegać, działania świata zachodniego, jeśli

chodzi o problemy nad Dniestrem.

Od tematu najtrudniejszego, kiedy rozmawiamy

o wschodniej granicy, czyli od relacji polsko-rosyjskich,

nikt nie może uciec. Mam wrażenie, że dzisiaj

trzeba bardzo stanowczo i twardo to powiedzieć,

dlatego że czasami odczuwamy niepokój, iż nie

wszystko jest tak, jak powinno być, po to by ten niepokój

nie zbudował w kimkolwiek pokusy odejścia

od tego, co w ostatnim czasie budowaliśmy wspólnie

z takim trudem. Mówię tu o pełnej samodzielności

i całkowitej precyzji w definiowaniu polskich interesów

w relacjach z Rosją.

Trzeba zrobić wszystko, żeby relacje polsko-rosyjskie

były relacjami przyjaznymi i żeby te relacje zawsze

w sposób autonomiczny uwzględniały polską rację

stanu i polski interes. Mówiąc wprost, Polska wybiła się

na pełną samodzielność i to w relacjach z niektórymi

państwami musi powodować napięcia i kłopoty – o tym

później powiem jeszcze parę słów – ale jako Polacy musimy

się także do tego przyzwyczaić. Samodzielność,

pewien wymiar wielkości wynikający z odwagi do

samodzielnej polityki zagranicznej skutkuje brakiem

komfortu. Nie obawiajmy się sytuacji, opisywanej

przez niektórych w czarnych barwach, kiedy w naszych

relacjach z sąsiadami nie wszystko gra, właśnie dlatego

że jest to dzisiaj dowodem także na to, iż zdobyliśmy

się jako państwo na samodzielną politykę zagraniczną.

W relacjach z Rosją Polska musi nieustannie i bardzo

precyzyjnie definiować własne interesy. To oznacza

także – i proszę potraktować te słowa jako wskazanie

na trochę dalszą przyszłość, dotyczącą może nie tego,

ale raczej przyszłego roku – to oznacza absolutną potrzebę

tworzenia tej polityki w relacji z Rosją przez polityków

i ludzi, których stać, także mentalnie, na pełną

samodzielność w działaniu. To szczególnie w relacjach

z Rosją ma i będzie miało dla Polski pierwszorzędne

znaczenie, zarówno w złym, jak i w dobrym tego słowa

znaczeniu. Z całą pewnością w interesie Polski – tutaj

sukces ukraiński pokazuje, że jest to możliwe, chociaż

czasami wymaga niekonwencjonalnego myślenia

– jest kształtowanie relacji polsko-rosyjskich poprzez

Unię Europejską. To, co jest warunkiem skutecznej

i bezpiecznej polityki polsko-rosyjskiej, to tak naprawdę

powinno oznaczać politykę europejsko-rosyjską

z istotnym – powiedzmy dzisiaj ambitnie – kluczowym

znaczeniem polskiego stanowiska w kształtowaniu tej

polityki. (Oklaski) Będziemy mogli spokojnie myśleć

o naszym sąsiedztwie z Rosją, o naszym największym

sąsiedzie wtedy, kiedy będziemy mogli powiedzieć

sobie, a także potomnym, że to Polska współdecyduje

w sposób istotny o polityce europejsko-rosyjskiej,

a dotyczy to także tak trudnych tematów, jak bezpieczeństwo

energetyczne. Chciałbym dzisiaj powiedzieć,

że warto, aby wreszcie Polska zaczęła mówić nie tylko

o problemie własnego bezpieczeństwa energetycznego,

ale żebyśmy powiedzieli to także w kontekście stosunków

polsko-rosyjskich i europejsko-rosyjskich, że

o bezpieczeństwie energetycznym trzeba rozmawiać

w wymiarze kontynentalnym i unijnym. Brak bezpieczeństwa

energetycznego Polski oznacza – i to Polacy

muszą mówić głośno i stanowczo – brak bezpieczeństwa

energetycznego Europy. Dlatego także tę sprawę powinniśmy

umiejętnie starać się czynić sprawą do rozstrzygania

przez naszych partnerów w Unii Europejskiej.

Drugi sąsiad, z którym nasze relacje powinny być

przyjazne, i przez ostatnie lata były przyjazne, ale mamy

poczucie, że w ostatnim czasie doszło do zatarcia, sąsiad

kluczowy dla mądrej obecności Polski w Europie,

czyli Niemcy. Tu także uwaga do ludzi rządzących

dzisiaj Polską. Uwaga pozbawiona złośliwości, bo

w sprawie niemieckiej nie potrafię mówić podwójnym

językiem, to jest zbyt ważna sprawa dla Polski, aby

pozwalać sobie tutaj na polityczne wycieczki, trzeba

mówić wprost i precyzyjnie. Otóż części kłopotów

w relacjach polsko-niemieckich nie byłoby, gdyby ministrowie

odpowiedzialni w ostatnich latach w Polsce

za politykę zagraniczną byli bardziej wrażliwi na takie

problemy, jak Centrum przeciw Wypędzeniom, Pruskie

Powiernictwo, 2 lata temu, a nie przez ostatnie miesiące.

Bardzo dużo złych rzeczy zdarzyło się w relacjach

polsko-niemieckich, dlatego że polska władza 3–4 lata

temu nie była wrażliwa, jeśli chodzi o te tematy. Mówię

to jako świadek i uczestnik wielu rozmów, jako osoba,

która 3 lata temu starała się uwrażliwić osoby odpowiedzialne

w państwie polskim za te kwestie, wówczas

bezskutecznie. Często pojawiały się, i do dzisiaj

się pojawiają, opinie, że obawy Polaków związane z tą

zmianą nastrojów, a także zmianą pewnej politycznej

praktyki w Niemczech, są przesadzone i że w związku

z tym nie warto się tym zajmować na serio. Otóż nie

może pretendować do roli przywódcy polityk, partia

polityczna, urzędnik państwowy, do roli przywódcy

lub wyznaczającego praktykę w polityce zagranicznej,

który lekceważy polskie obawy. Obawy mogą być na

wyrost, chociaż nie znam miary, która dzisiaj precyzyjnie

zmierzyłaby, co jest na wyrost, a co nie w tych obawach

dotyczących roszczeń niemieckich. Wiem jedno:

Polską mogą rządzić ludzie, którzy rozumieją obawy

Polaków i współczują z nimi. Jeśli Polacy – a mieliśmy

tego dziesiątki dowodów – odczuwali zagrożenie, jeśli

Polacy odczuwali poważny dyskomfort w związku

z działalnością niektórych niemieckich kręgów, '7Awiązanych

głównie z akcją roszczeniową przeciwko Polsce

i Polakom, to zadaniem tego i przyszłego rządu

polskiego jest je uwzględniać i skutecznie im zapobiegać,

i to wtedy, kiedy mamy do czynienia z sytuacją już

bardzo, bardzo nabrzmiałą. Cieszę się jednak, że po raz

pierwszy tak naprawdę od lat usłyszałem z ust ministra

spraw zagranicznych tego rządu tak twarde słowa

dotyczące prawdy historycznej, fałszowania historii

w kontekście choćby obozów śmierci i mam nadzieję,

że ta tonacja w najbliższych miesiącach, a wydaje

się, iż mogę zapewnić, że w przyszłości także będzie

oddawała prawdziwie przyjazną, stanowczą i czasami

twardą politykę polsko-niemiecką w wykonaniu naszej

strony.

Stany Zjednoczone. Kiedy dzisiaj mówimy o Stanach

Zjednoczonych, nie możemy nie mówić o Iraku,

ale uważam, że to jedno zdanie trzeba powiedzieć bardzo

głośno, to też jest ten zasób wspólny dla polskich

polityków, dla polskich partii politycznych i dobrze,

znaczy nie dla wszystkich, ale dla wielu, to stanowcze

opowiadanie się za dobrymi relacjami ze Stanami

Zjednoczonymi Polski jako państwa i Europy, Unii Europejskiej.

Polska nie musi, nie powinna i nie musi ścigać

się w jakimś wyimaginowanym rankingu państw

najbardziej proamerykańskich, ale Polska powinna

w Unii Europejskiej stanowczo działać na rzecz redukcji

niemądrych nastrojów antyamerykańskich. My musimy

być, tu przepraszam za analogizm, anty-antyamerykańscy,

to z całą pewnością, nie tylko dlatego, że Polacy

trafnie odczytują w Stanach Zjednoczonych sojusznika

najskuteczniej gwarantującego Polsce bezpieczeństwo,

ale również dlatego, że nie ma bezpiecznej i skutecznie

działającej Unii Europejskiej bez jak najściślejszego

i takiego naturalnego związku ze Stanami Zjednoczonymi.

Nawet jeśli będą pojawiały się i różnice interesów,

i różnice zdań co do poszczególnych zdarzeń, to nikt

mądry i odpowiedzialny na pewno w Polsce nie może

kwestionować zasadniczego dla przyszłości znaczenia

dobrych, przyjaznych, najgłębszych z możliwych relacji

europejsko-amerykańskich, a co za tym idzie, a czasami

przed tym, także relacji polsko-amerykańskich.

I dobrze się dzieje, nie musimy się tego wstydzić, że

my, Polacy być może dzisiaj lepiej, z większą wrażliwością

odczuwamy kryzys wspólnoty Zachodu, tej

wspólnoty euroatlantyckiej, a nie tylko europejskiej.

Jest coś znamiennego i nie wiem, czy państwo to

zauważyli, jak skutecznie Stany Zjednoczone i u siebie,

i na świecie wskazały na zdarzenie z 11 września

jako atak na naszą cywilizacyjną wspólnotę i jak źle

zareagowała, bo właściwie w ogóle nie zareagowała,

Europa na atak w Madrycie. Jeśli porównamy te dwa

zdarzenia, to zrozumiemy jak wiele spraw w Europie

musi ulec naprawie, żebyśmy rzeczywiście poczuli się

wspólnotą. Atak terrorystyczny w Madrycie dla innych

państw europejskich nie był atakiem na ich państwa,

nie było poczucia wspólnoty, jeśli chodzi o ten atak,

może dlatego też tak niewielu Europejczyków dziś

rozumie, albo udaje, że nie rozumie, że ewentualna

porażka amerykańskiej misji w Iraku, jakkolwiek krytycznie

będą ją oceniać różni politycy, jest też porażką

Europy i całej naszej wspólnoty cywilizacyjnej, porażką

i w Iraku, i w skali globalnej. Każdy, kto życzy

Amerykanom niepowodzenia w Iraku, życzy fatalnego

w skutkach niepowodzenia Europy, Polski, każdego

państwa europejskiego z osobna i Europy jako całości,

całej naszej cywilizacji euroatlantyckiej. Kto tego nie

rozumie, podważa istotę nie tylko relacji europejsko-

-amerykańskich, ale jakby istotę bezpieczeństwa naszej

cywilizacji, dlatego niezależnie od ocen, co można

poprawić, jak korygować np. naszą obecność w Iraku,

Polacy powinni solidarnie dopominać się w Europie,

i to bardzo twardym i poważnym głosem, o jak najlepsze

relacje europejsko-amerykańskie. Co do tego

nie powinno być w Polsce także zasadniczego sporu

w obrębie ugrupowań, które podzielają to wspólnotowe

myślenie o polskiej racji stanu.

Oczywiście marszałek Oleksy nie podarowałby

przedstawicielowi Platformy pominięcia tak ważnej

sprawy, jak traktat konstytucyjny. Dzisiaj jeszcze jest

czas, żeby tych wszystkich, którzy proponują możliwie

szybki termin traktatu konstytucyjnego, bezre-

fleksyjnie, poważnie zapytać, po pierwsze – i o to my,

Platforma Obywatelska, przez te dni i miesiące do referendum,

kiedykolwiek miałoby ono być, będziemy

pytali każdego, kto proponuje szybkie i pozytywne

rozpatrzenie traktatu konstytucyjnego w referendum

– żeby precyzyjnie i z cywilną i polityczną '6Fdwagą

powiedział, precyzyjnie, w czym sytuacja Polski poprawi

się w Europie po przyjęciu traktatu konstytucyjnego.

Sytuacja Polski w Europie. Apeluję do polskich

polityków, aby w debacie nad traktatem konstytucyjnym

odłożyli na razie na bok oczywiste komunały tak

naprawdę, że Europa jako Wspólnota potrzebuje tego

traktatu. Niech każdy, kto w tej sprawie zabiera głos,

skupi się nad precyzyjną informacją: co Polska zyskuje,

a co traci przez wejście lub niewejście traktatu konstytucyjnego.

Pan marszałek twierdzi, że Platforma Obywatelska

ma w tej kwestii dylemat. Tak, oczywiście, mamy dylemat.

Każdy rzetelnie opisujący tę sprawę Polak, rozumiejący,

o co chodzi w traktacie konstytucyjnym, ma

oczywisty dylemat, co zrobić, wspólnie, a nie korzystając

z politycznej okazji. Zarzucanie tego Platformie jest

nieporozumieniem. Wszyscy w Polsce wiedzą, także

w tym gmachu wszyscy wiedzą, kto ma interes polityczny

w tym, żeby równocześnie odbywało się referendum

z wyborami. I po co mamy udawać, że nie wiemy?

(Poseł Tadeusz Iwiński: Polacy!)

Ale kluczowe dzisiaj wydaje się to, żebyśmy wspólnie

– wspólnie, odpowiedzialnie – powiedzieli Polakom,

informując ich, bo przecież Polacy nie przeczytają

tych kilkuset stron, jak będzie się różniła sytuacja

Polski, jeśli traktat nie wejdzie w życie, od tej, kiedy

wejdzie w życie, i co oznaczają terminy: późniejsze

i wcześniejsze referendum.

Co do terminu referendum według mojej oceny nie

może być sporu. Każdy, kto ma dobrą wolę i nie ma

partykularnego interesu politycznego, a także rozumie,

na czym polegają skutki traktatu, musi rozumieć, że im

później do tego Polacy się zabiorą, tym lepiej, niezależnie

od tego, komu to sprzyja, komu to szkodzi.

Dlatego także od pana ministra oczekiwalibyśmy,

tak sądzę, może nie dzisiaj, ale w przyszłości, aby

oprócz tej magicznej formuły, że Europa potrzebuje

traktatu konstytucyjnego, żeby bardzo precyzyjnie

– a to i tak będzie obowiązek wobec Polaków przed referendum

– wskazywał na praktyczne, polityczne skutki

wejścia w życie traktatu. I dobrze byłoby, bo przecież

nikt nie jest bezbłędny, abyśmy przed referendum,

także my, ludzie Platformy, wiedzieli czy może błądzimy,

sądząc, że pozycja polityczna Polski osłabnie, jeśli

traktat konstytucyjny wejdzie w życie. Chociaż jak

na razie najprostsze rachunki wskazują na to, że jeśli

traktat nie wejdzie, to pozycja Polski będzie silniejsza.

Mówię o pozycji politycznej.

Chciałbym na koniec odwołać się do słów pana ministra

– bo tych nie zrozumiałem i wydają mi się one

niezwykle istotne – dotyczących ewentualnej pozycji

Polski jako lidera regionalnego. Usłyszałem, że Polska

nie powinna aspirować do roli lidera regionalnego.

I zabrzmiała mi tu fałszywa nuta. Znaczy, po pierwsze,

obiektywnie, bez bufonady, ale obiektywnie Polska jest

liderem regionalnym. Co więcej, w interesie Polski jest

nie tylko to, żeby utrzymywać, ale i wzmacniać swoją

pozycję także w polityce regionalnej w Unii Europejskiej.

I zdaje się, że pan minister, ale także mój przedmówca

reprezentujący SLD z dumą mówili o polskiej

roli na Ukrainie w ostatnich wydarzeniach – roli klasycznego

lidera w tych zdarzeniach.

Dlaczego Polska ma redukować swoje znaczenie?

Dlaczego nie mamy wreszcie uwierzyć we własne siły,

oczywiście nie przeceniając ich? Dlaczego mielibyśmy

nie uznać rzeczy tak naprawdę oczywistej – a także ci,

którzy obserwują nas z zewnątrz – że Polska to jeden

z największych narodów europejskich, że Polska to

klucz do przyszłości tej części Europy, tego regionu,

że Polska nie powinna przesadnie angażować swoich

wysiłków, emocji w organizowanie takich instytucji

międzynarodowych, które pięknie się nazywają, dają

pretekst do wielu zjazdów, konferencji, ale nie są prawdziwą,

czasami twardą, częściej przyjazną polityką?

Skoro zgodzimy się z tezą wygłoszoną przez przedmówcę,

że Europa to także teatr interesów, czasami

brutalnych, że nic się nie zmieniło przez 2000 lat, to

powiedzmy sobie dzisiaj, że Polskę stać na polityczną

wielkość, w ramach naszych możliwości, która wymaga

pełnej samodzielności, która wymaga poczucia

siły, dumy narodowej, która wymaga także rzeczy najtrudniejszej

dzisiaj – i to ostatnie zdanie – tego, abyśmy

przede wszystkim mieli uzasadnione prawo czuć

się dumni z własnego państwa. Nie odegramy roli, do

której jesteśmy naturalnie predestynowani, nie osiągniemy

tego wielkiego sukcesu wybicia się Polski

już nie tylko na niepodległość, ale i na samodzielność

i wielkie znaczenie w tej części świata, jeśli nie będziemy

odczuwali dumy z własnego państwa. A dzisiaj nie

sposób tej dumy odczuwać.

I dlatego być może – a nie jest to oczywiście zadanie

pana ministra Rotfelda – najtrudniejszą i najważniejszą

drogą do sukcesu międzynarodowego jest droga, która

biegnie przez Polskę. To jest przede wszystkim droga

walki z szeroko pojętą korupcją i z nieudolnością, ze

słabym państwem, z państwem zadłużonym. Jeśli uporamy

się z naszymi wewnętrznymi problemami, co pozwoli

zbudować prawdziwy, autentyczny status Polski,

także ze względu na kryteria wewnętrzne, to będziemy

mogli z dumą powiedzieć, że Polska wygrywa także

te najważniejsze batalie o naszą pozycję międzynarodową.

Ale to już jest temat na inne wystąpienie, to

już jest pewnie temat na inny czas. Mam nadzieję, że

szczególnie moi przyjaciele z Platformy Obywatelskiej

wierzą w to, że ten czas bardzo, bardzo szybko nastąpi.

Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu marszałkowi.

Proszę o zabranie głosu pana marszałka Kazimierza

Ujazdowskiego występującego w imieniu Klubu Parlamentarnego

Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Kazimierz Michał Ujazdowski:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

Rozmawiamy w sytuacji, w której pojawia się pewna

trudność, dlatego że właściwie mamy do czynienia

jednocześnie ze sprawozdaniem z rocznej działalności

ministra spraw zagranicznych – szerzej: z polskiej polityki

zagranicznej – zaprezentowanym przez nowego

ministra, który nie odpowiada za całokształt polityki

realizowanej w roku ubiegłym i który w swoim przemówieniu

wyraził także pewne idee, poglądy nieobecne

czy też słabo obecne w dotychczasowej polityce

rządu. Zresztą to są te akcenty, który sobie wysoko cenimy.

Chcę też powiedzieć, że mamy wysokie zaufanie

do pana ministra jako osoby i cenimy sobie doświadczenie

i dorobek ekspercki. I bez względu na krytyczną

i surową ocenę tego, co rząd robił w roku 2004, proszę

traktować to jako kredyt zaufania.

Otóż w naszym przekonaniu można mówić o jednym

wyraźnym sukcesie polskiej polityki, sukcesie,

który stał się udziałem byłego ministra i obecnego

ministra pana Adama Rotfelda. To jest kwestia bardzo

wyraźnego i jednoznacznego poparcia sił patriotycznych

i niepodległościowych na Ukrainie. To jest kwestia

jednoznacznego poparcia tego wielkiego wysiłku,

który przejawił się na Ukrainie, wysiłku zbliżenia tego

kraju do świata instytucji zachodnich. To jest jeden widoczny

sukces i bardzo się cieszymy, że było to jednocześnie

przedmiotem wielkiej akcji obywatelskiej,

powszechnego w Polsce zrozumienia dla tego procesu

– dlatego również, iż silna i związana z Zachodem

Ukraina jest po prostu czynnikiem wzmacniającym

pozycję Rzeczypospolitej i polskie bezpieczeństwo narodowe.

To jest sukces.

Ale w pozostałych kwestiach, a szczególnie w dwóch

najistotniejszych kwestiach, w kwestii sojuszu ze Stanami

Zjednoczonymi i w materii europejskiej mieliśmy

mnóstwo wtórności, pasywności i niezdecydowania.

I mam takie wrażenie, że przedstawiona informacja nie

dotyka istoty rzeczy. Mianowicie Polska jest sojusznikiem

Stanów Zjednoczonych i Prawo i Sprawiedliwość

traktuje ten sojusz jako sojusz niekoniunkturalny,

który powinien być trwały, powinien być umacniany.

Ale nie możemy zapomnieć o tych wypowiedziach

i tych deklaracjach, które robiły wrażenie bardzo chaotyczne,

przede wszystkim o wypowiedziach pana

prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w czasie

kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, które

wskazywały na pewną reorientację polityczną czy nawet

pewną możliwość reorientacji politycznej, krótko

mówiąc, na przeniesienie głównego punktu ciężkości

na współpracę z Niemcami i Francją. To były wypowiedzi

nie do końca poważne, za które prezydenta nie

można w żadnym wypadku chwalić. Towarzyszyły

temu dość późno wypowiedziane pretensje do naszego

amerykańskiego partnera w kwestii gospodarczej

i wizowej. W tych sprawach mamy absolutną rację, ale

to jednak rząd i prezydent ponoszą odpowiedzialność

za to, że nie były one bardzo wyraźnie postawione

w pierwszej fazie zawiązania koalicji irackiej z udziałem

Rzeczypospolitej. Lepiej byłoby, gdyby polskie

cele definiowane były zawczasu.

Poza tym uważamy, że Rzeczpospolita nie tylko powinna

wytrwać w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi,

ale i powinna ten sojusz umocnić oraz poszukiwać wyróżnionych

form współpracy. I konkluzje pana ministra

Rotfelda traktujemy jako konkluzje bardzo bliskie

w tym zakresie stanowisku Prawa i Sprawiedliwości.

Mamy nadzieję, że słowa będą odpowiadać czynom, że

za tymi słowami będą szły czyny.

W sprawie europejskiej w pierwszej połowie roku

2004 mieliśmy właściwie do czynienia z porzuceniem

stanowiska polskiego w kwestii traktatu konstytucyjnego.

W sprawozdaniu pochwalono się tym, iż Polska

ociepliła relacje z Niemcami i z Francją. Być może

tak dzieje się w rzeczy samej, ale to ocieplenie następuje

w sytuacji całkowitego porzucenia dotychczasowego

stanowiska Polski w sprawie traktatu konstytucyjnego

i właściwie w sytuacji uchylenia sporu tam,

gdzie spór powinien się toczyć, i tam, gdzie spór jest

oczywisty.

Chcę również podziękować za te bardzo wyraźne

i niewypowiadane dotychczas słowa w kwestii prawdy

historycznej i w kwestii odpowiedzialności Niemiec

za zbrodnie popełnione w czasie drugiej wojny światowej.

W istocie gdyby te słowa były wypowiadane regularnie

i z taką siłą stanowczości, to być może część

problemów polsko-niemieckich nie byłaby aktualna.

Niemniej jednak mam wrażenie, że mamy do czynienia

z taką oto wersją polityki, w której rząd podąża dość

biernie za wysiłkiem dyplomacji niemieckiej i francuskiej,

nie definiując własnej wizji miejsca Rzeczypospolitej

w Unii Europejskiej i roli Unii Europejskiej na

arenie międzynarodowej. Tutaj oczekiwalibyśmy słów

bardzo precyzyjnych i bardzo jasnych.

Polska powinna traktować Wspólnotę Europejską

jako drugi filar bezpieczeństwa Zachodu, jako związek

państw, który będzie kooperował ze Stanami Zjednoczonymi,

i to w każdej sprawie, także w kwestii bardzo

praktycznych i ważnych decyzji. Polska nie powinna

na przykład godzić się z głosami przemawiającymi

za uchyleniem embarga na handel bronią z Chinami,

embarga, które było właściwą i zrozumiałą reakcją Zachodu

na politykę chińską i na łamanie praw człowieka

w tym kraju. (Oklaski)

Ta kwestia będzie szerzej rozwinięta przez pana

posła Marka Jurka. Podaję ją jako przykład, dlatego

że polityka polska stoi przed koniecznością systematycznego

dokonywania bardzo trudnych wyborów.

Jeśli chodzi o tęsknotę za pierwszym okresem po

1989 r., kiedy dostosowywanie się czy dochodzenie

do instytucji świata zachodniego było głównym celem,

wokół którego istniał konsensus różnych ugrupowań

politycznych, to ta epoka minęła. Zresztą

typowym modelem relacji międzynarodowych jest

trudny wybór, a nie wygoda i jednokierunkowość

polityki zagranicznej.

W sprawie traktatu właściwie też mamy do czynienia

z wycofaniem się z polskiego stanowiska i z czymś

bardziej niebezpiecznym – z brakiem polskiego głosu

i głosu polskiego rządu w sprawie przyszłości Unii Europejskiej.

Prawo i Sprawiedliwość broni poglądu, iż

traktat jest niekorzystny dla Polski, ale także jest ryzykowny

dla całej Wspólnoty Europejskiej.

Traktat uchyla konstytucyjny sprawdzian suwerenności

państw, jakim jest nadrzędność konstytucji

narodowej nad prawem europejskim; traktat wprowadza

zasadę elastyczności, o której prezes Sądu Konstytucyjnego

Republiki Federalnej Niemiec powiada,

iż stanowi zagrożenie z punktu widzenia tradycyjnie

pojmowanej suwerenności – no oczekiwalibyśmy tak

poważnej dyskusji ze strony polskiego rządu; traktat

uchyla mechanizm nicejski – i tutaj rzecz jest jasna:

my dostajemy słabszy instrument uczestnictwa

w Unii Europejskiej i perspektywę trudnego weta, tzn.

perspektywę izolacji bądź szarpania się w sprawach,

w których będziemy w mniejszości; wreszcie traktat

jest też pewnym zamysłem centralistycznym, ryzykownym

z punktu widzenia wolności gospodarczej

w Polsce i rozwoju polskiej przedsiębiorczości, dlatego

że pomysły, by wśród kompetencji i zadań różnych znajdowała

się również koordynacja polityki gospodarczej,

to są pomysły, które wystawiają polską przedsiębiorczość

na bardzo poważne ryzyko.

My, będąc z punktu widzenia obecności Polski w Unii

Europejskiej surowymi krytykami traktatu konstytucyjnego,

bronimy nie tylko polskiej pozycji, ale także przyszłości

Europy, bo Europa nie będzie silnym uczestnikiem

życia międzynarodowego jako twór niepartnerski,

zdominowany przez kraje, które zbyt często nie mają

poczucia więzi transatlantyckiej, i jako kontynent centralistyczny,

przeładowany pod względem socjalnym,

dławiący wolność gospodarczą. My bronimy Europy

partnerskiej, zachodniej, chrześcijańskiej i konkurencyjnej

i jesteśmy przekonani, że bronimy Europy przyszłości

przeciwko Europie defensywnej.

Pan minister powiedział o apolityczności polityki

zagranicznej i tutaj też chcielibyśmy pana ministra

trzymać za słowo, dlatego że pomysł przeprowadzenia

referendum wraz z wyborami parlamentarnymi, tak jak

chce SdPl, czy prezydenckimi, tak jak chce SLD, to jest

pomysł nieznany, powiedziałbym, w Unii Europejskiej

i obniżający rangę takiej decyzji, jaką jest referendum.

Nie znam przypadku, by w Unii Europejskiej przeprowadzono

referendum wraz z wyborami wewnętrznymi.

To jest potraktowanie tej kwestii...

(Poseł Tadeusz Iwiński: Włochy, 11 referendów

było razem.)

...instrumentalnie, także najbliższe referenda w Europie

nie będą połączone z wyborami wewnętrznymi.

Mamy też zawinione, rażące błędy nie w tłumaczeniu

traktatu, tylko w polskiej podpisanej wersji traktatu,

które powinny być wcześniej usunięte. Pośpiech

w tej sprawie jest bardzo złym doradcą. Ja nie wiem,

czy on wpłynął na powstanie owych błędów, ale jeśli

ta decyzja ma być potraktowana jako decyzja ważna,

strategiczna na lata, to wymaga po prostu odrębnego

głosowania.

I na koniec bardzo krótko: Polska polityka zagraniczna

jest w stanie dekompozycji. Życzymy panu

ministrowi, by zrealizował zasadę spójności polityki

zagranicznej. Prowadzą ją różne instytucje. Minister

obrony narodowej częstokroć zgłasza inicjatywy, które

we wszystkich krajach dojrzałych może zgłosić tylko

minister spraw zagranicznych – tak jak zaproszenie

Niemiec do udziału w działaniach w Iraku. Służby

promocji gospodarczej nie podlegają ministrowi spraw

zagranicznych. Stąd idea ekonomizacji polityki zagranicznej

jest ideą do zrealizowania, jest postulatem.

Samo ministerstwo nie znajduje się w awangardzie

instytucji nowoczesnych polskiego państwa. Mówię

to jak najkrócej, bo chcę mówić bardzo skrótowo. To

są rzeczy do zrobienia, wymagające dłuższego czasu.

Oczekiwalibyśmy w tej kwestii realnego wysiłku

i realnych skutków. Ale przede wszystkim polityka

polska musi się przyzwyczaić do definiowania celów

i ich realizowania w zmieniających się, częstokroć

niekorzystnych warunkach, odejść od optyki dostosowawczej,

optyki podążania za innymi, zrezygnować

z tej wygody, w ramach której nie można osiągać celów

Rzeczypospolitej. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu marszałkowi.

Proszę o zabranie głosu pana posła Waldemara

Pawlaka występującego w imieniu Klubu Parlamentarnego

Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Poseł Waldemar Pawlak:

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!

Klub Polskiego Stronnictwa Ludowego odnosi się

z uznaniem do zaprezentowanych przez ministra spraw

zagranicznych pana prof. Adama Rotfelda priorytetów

polskiej polityki zagranicznej. Doceniamy kompetentne

i całościowe przedstawienie zagadnień.

W rozumieniu Polskiego Stronnictwa Ludowego

głównym celem polskiej polityki zagranicznej jest zapewnienie

godnego, bezpiecznego miejsca w rodzinie

wolnych narodów. Bezpieczeństwo jest, godne miejsce

możemy zapewnić, budując partnerstwo dla rozwoju,

budując swego rodzaju partnership for prosperity.

Sprawa bezpieczeństwa została zapewniona poprzez

członkostwo w NATO, członkostwo w NATO przed

członkostwem w Unii Europejskiej. Jest to pewnego rodzaju

symbol współczesnych procesów historycznych.

Stało się to dzięki staraniom wielu rządów, bo wokół tej

sprawy było porozumienie ponad podziałami, ale była

też determinacja w polityce Stanów Zjednoczonych.

To zdecydowane stanowisko USA za członkostwem

Polski w NATO, niezależnie od problemów

technicznych, organizacyjnych, jest tu, nad Wisłą, bardzo

cenione. Tego sentymentu nie rozumieją politycy

w krajach Unii Europejskiej, w Republice Federalnej

Niemiec czy we Francji.

Dla Polski i dla Polaków zapewnienie bezpieczeństwa

poprzez NATO, a dopiero potem członkostwo

w Unii Europejskiej na warunkach gorszych niż poprzednie

rozszerzenia się odbywały, oznacza, że politycy

amerykańscy, inspirowani także przez środowiska

Polonii, lepiej chyba czują Polskę niż politycy Unii

Europejskiej.

Spoglądając dziś na Polskę i na politykę zagraniczną,

proponujemy, aby nieco zmienić hierarchię na liście

spraw wymienionych przez pana ministra spraw

zagranicznych. Na pierwsze miejsce przesunęlibyśmy

działania sprzyjające rozwojowi Polski w wymiarze intelektualnym,

społecznym, gospodarczym.

Poszukujmy partnerów dla rozwoju. Kluczową rolę

mają tu nasi sąsiedzi. Pierwsze miejsce zajmuje tu Unia

Europejska. Współpraca gospodarcza z krajami Unii

Europejskiej obejmuje około 3/4 naszej wymiany gospodarczej,

wymiany handlowej.

Swoją drogą pod adresem Stanów Zjednoczonych

też można postawić pytanie, czy ten sentyment i dobrą

współpracę polityczną uda się przełożyć na współpracę

gospodarczą, czy będzie też możliwe, aby ta współpraca

polityczna przełożyła się na relacje odczuwalne

przez ludzi, bo sprawa wiz ma dla Polaków i symboliczny,

i bardzo praktyczny wyraz.

Tu, w Europie, potrzebujemy współpracy naszej

dyplomacji z Polakami, którzy ruszają na podbój Unii

Europejskiej, wsparcia dla przedsiębiorców, aby lepiej

mogli zdobywać rynki europejskie, pomocy dla Polaków,

którzy wyjeżdżają studiować, pracować, tak aby

dobrze się czuli we wspólnej Europie.

Bardzo ważne jest, abyśmy także poprzez działania

dyplomacji wspierali możliwości pozyskania środków

z programów europejskich, tak jak to rolnicy mówią

barwnie, abyśmy się nauczyli „wyciskać brukselkę”.

Ważne jest jednak, żeby nasza dyplomacja mogła też

uczestniczyć aktywnie w kształtowaniu programów

i projektów Unii Europejskiej.

W tym miejscu warto odnieść się do traktatu konstytucyjnego,

bo chyba nie ma potrzeby zagłębiać się

bardzo w szczegóły. W ekspertyzie prof. Błażeja Wierzbowskiego,

sędziego Trybunału Konstytucyjnego, mogliśmy

przeczytać, że w zasadzie traktat konstytucyjny

powiela rozwiązania przyjęte w Konstytucji Rzeczypospolitej

Polskiej co do podstawowych wartości. Jest

pewnie napisany trochę bardziej ogólnie, mniej precyzyjnie

i przez to jest o wiele obszerniejszy. Ale to, co

Polacy mają ocenić i rozstrzygnąć, to są właściwie dwa

dylematy. Jaka jest siła Polski w Unii Europejskiej?

I to się wiąże z naszymi możliwościami pozytywnego

wpływania na Unię. Naszym zdaniem traktat z Nicei

daje nam więcej głosów pozytywnych. Traktat konstytucyjny

wyznacza nam bardziej rolę hamulcowego niż

kreatora. I druga sprawa, którą Polacy też powinni ocenić

przy traktacie konstytucyjnym, to relacje do naszej

suwerenności. Czy poddając się tym rozwiązaniom,

które określa traktat konstytucyjny dla Unii Europejskiej,

Polska nie traci zbyt wiele ze swej suwerenności?

To są – w naszym przekonaniu – dwa podstawowe

dylematy. Dlatego też odnosimy się krytycznie do tego

traktatu, bo wydaje nam się, że warto będzie do sprawy

wrócić, kiedy zobaczymy, jak funkcjonuje system

nicejski. Może bowiem okazać się, że ten system jest

całkiem sprawny, jeśli chodzi o funkcjonowanie i zarządzanie

Unią Europejską.

Na zakończenie kilka krótkich odniesień, posłużę się

pewnymi skrótami z uwagi na czas. Relacje z Niemcami

warto też chyba przesunąć nieco wyżej w hierarchii, na

pewno wyżej niż sprawy dotyczące Iraku. W relacjach

z Niemcami – naszym zdaniem – mamy sytuację, która

wymknęła się z uporządkowanych traktatowych ram.

Zdominowana została przez sensacyjne informacje

w mediach i radykalne wystąpienia niektórych ugrupowań.

W naszej ocenie potrzeba poważnej inicjatywy

dyplomatycznej, aby uporządkować sprawy z Niemcami.

Na pewno o traktacie konstytucyjnym musimy mówić

dopiero po zamknięciu choćby takich spraw, jak

problem Konstytucji Republiki Federalnej Niemiec,

do którego zresztą RFN zobowiązała się już dawno

odnieść, bo w porozumieniu „2 plus 4”, a dotyczący

granic. Wydaje się, że ta sprawa powinna być jednoznacznie

uregulowana. Istotne jest, abyśmy powrócili

do poważnej dyskusji z naszym najbliższym sąsiadem,

aby dyplomacja i relacje polityczne wyprzedzały relacje

w mediach.

Mówiąc o sprawach europejskich, chciałbym się

też odnieść do bardzo może szczegółowej, ale bliskiej

mi sprawy – do problemów, które się ostatnio pojawiły

i z inicjatywy Polski zostały – myślę – rozsądnie skorygowane.

Chodzi o dyrektywę dotyczącą patentów na

oprogramowanie. Dla rozwoju takiego kraju jak Polska

ważne jest, aby patenty nie obejmowały wszystkich

elementów związanych z technikami informacyjnymi,

bo trudno będzie mówić o społeczeństwie informacyjnym,

o rozwoju naszego kraju, jeśli będziemy musieli

kupować bardzo dużo drogiego oprogramowania. I to

poddaję pod rozwagę panu ministrowi spraw zagranicznych,

choć pewnie inne resorty są wiodące w tym

zakresie. Warto jednak, aby nie było tak, że Komisja

Europejska z jednej strony wymierza karę jednemu

z gigantów na rynku informatycznym, a z drugiej strony

daje mu możliwość patentowania wszystkiego, co

się rusza w komputerze.

Panie Marszałku! Szanowni Państwo! Relacje ze

Wschodem. Ważne tu będzie przede wszystkim rzeczowe

ułożenie spraw z Rosją, bo o ile, dla pewnego

porównania, ze Stanami Zjednoczonymi mamy bardzo

dobre relacje polityczne, które się nie przekładają

na wymianę gospodarczą, bo ona jest mniejsza niż

z Rosją, to w przypadku Rosji mamy sporą wymianę

gospodarczą, ale w relacjach politycznych mamy taką

sytuację, że lewica ma stracha przed poważnym dialogiem

z Rosją, żeby nie być posądzana… (Oklaski),

a prawica z kolei stawia się bardzo mocno, tak jakbyśmy

mogli Rosji podyktować wszelkie warunki. (Oklaski)

Potrzebne jest rzeczowe postawienie tych relacji

ze Wschodem. Rosja jest tu tym krajem największym,

ale to samo dotyczy innych krajów.

Myślę, że w wypadku Ukrainy mamy swego rodzaju

paradoks. Polska zaangażowała się bardzo mocno,

ale jeśli chodzi o wzajemność, jest trochę słabiej, bo

możemy powiedzieć, że, symbolicznie, na liście miast,

które pan prezydent Juszczenko będzie odwiedzał,

Warszawy jeszcze nie ma. Sądzę, że warto, abyśmy ten

dialog prowadzili też w sposób bardzo rzeczowy.

Niewątpliwie nie sposób ominąć w tych relacjach

takiego kraju, jak Chiny. Jest pewna bardzo ciekawa

inicjatywa, może trochę poza głównym nurtem dyplomacji,

ale warto, żeby także uzyskiwała wsparcie. Mam

na myśli budowanie transkontynentalnego połączenia

kolejowego z zachodnimi i północnymi regionami

Chin, tak aby wykorzystać szeroki tor od północnych

prowincji Chin przez terytorium Rosji i Ukrainy do

terytorium Polski. Dzięki temu czas transportu wielu

towarów do Unii Europejskiej skróciłby się z siedemdziesięciu

kilku dni do czternastu dni. Sądzę, że Polska

w takiej sytuacji też będzie odgrywała znaczną rolę,

jeśli wziąć pod uwagę to, że Unia Europejska na Chiny

się bardzo otwiera.

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Jeszcze raz z uznaniem

odnosząc się do przedstawionych przez ministra

spraw zagranicznych priorytetów polskiej polityki zagranicznej,

życzymy panu ministrowi, aby potrafił pan

znajdować partnerów, którzy będą się przyczyniali do

rozwoju Polski, aby mógł pan budować partnerstwo

dla rozwoju. Dziękuję. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi.

Proszę o zabranie głosu pana posła Marka Borowskiego

występującego w imieniu Klubu Parlamentarnego

Socjaldemokracji Polskiej.

Poseł Marek Borowski:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

Przysłuchując się wystąpieniu pana ministra Rotfelda,

a także wystąpieniom niektórych moich przedmówców,

stwierdziłem, choć bez zaskoczenia, że wiele

tez czy nawet sformułowań jest identycznych z tymi,

które przygotowałem przed tym wystąpieniem i które

w nim zawarłem. Mogłoby to sprawiać wrażenie plagiatu,

ale doszedłem do wniosku, że nie będę dokonywał

żadnych zmian, ponieważ tego rodzaju zbieżności,

tego rodzaju identyczne sformułowania świadczą tylko

o tym, iż o pewnych sprawach myślimy tak samo. A w

polityce zagranicznej, tej specyficznej dziedzinie polityki,

jeśli wielu ludzi, zwłaszcza z różnych ugrupowań,

myśli tak samo, to tym lepiej dla kraju.

Rok 2005 to rok szczególny dla naszego kraju. Odbędą

się wybory parlamentarne i prezydenckie. Politykę

zagraniczną będą prowadziły po sobie dwa kolejne

rządy. Jest sprawą najwyższej wagi, aby główne linie

i kierunki polskiej polityki zagranicznej nie uległy

zachwianiu, aby proces umacniania pozycji Polski w

świecie, który niewątpliwie dokonywał się w 2004 r.,

był kontynuowany.

Wiele ważnych zadań stoi przed polską dyplomacją

w 2005 r. Mówił o nich szczegółowo pan minister Rotfeld.

Przemawiając w imieniu SdPl, chciałbym przedstawić

nasze stanowisko w sprawach, które uważamy

za kluczowe dla narodowego interesu Polaków.

Do głównych zadań polskiej polityki zagranicznej

w 2005 r. zaliczamy:

— umocnienie naszej pozycji w Unii Europejskiej,

w tym wypracowanie unijnej polityki wschodniej,

— działanie na rzecz umocnienia stosunków transatlantyckich,

— doprowadzenie do opuszczenia bądź zmiany

charakteru obecności wojsk polskich w Iraku,

— wykorzystanie dobrego klimatu w stosunkach

z Ukrainą dla rozbudowy wzajemnej współpracy.

Dyskutując o tych wszystkich sprawach, powinniśmy

brać pod uwagę, że polska polityka zagraniczna

wkroczyła już nie tylko na salony, ale nawet pod

strzechy. Tego nie było od lat. W polskich domach

dyskutuje się już nie tylko o cenach, nieobyczajnych

zachowaniach posłów, komisjach śledczych i różnych

mniej czy bardziej sensownych pomysłach rządu, ale

także o tym, czy bliższa jest nam Europa, czy Stany

Zjednoczone, co powiedział Chirac, a co Borrell, czy

Unia Europejska daje, czy zabiera, a także po co i jak

długo jeszcze będziemy w Iraku. Wielu Polaków żywo

interesuje się przebiegiem zdarzeń na Ukrainie, wielu

wyraża swój niepokój stanem stosunków polsko-rosyjskich.

Możemy i powinniśmy z tego zainteresowania

się cieszyć.

Dziś, w czasach wszechobecnej globalizacji, gdy

nie ma barier między krajami ani dla kontaktów międzyludzkich,

ani niestety dla terrorystów i organizacji

przestępczych, a jednocześnie, gdy gospodarki wszystkich

krajów są ze sobą ściśle powiązane, nie ma już

miejsca dla prowadzenia polityki z gatunku „moja chata

z kraja”. W szczególności dotyczy to Polski, którą

szczególne położenie geograficzne i narodowe ambicje

lokują w grupie tych państw, dla których sensowna

i aktywna polityka zagraniczna ma ogromne znaczenie

dla stosunków wewnętrznych, dla rozwoju gospodarczego

i społecznego kraju.

Przed rokiem 1989 polska polityka zagraniczna nie

była suwerenna, nie mogła więc interesować praktycznie

nikogo. Po 1989 r. przez dobrych kilka lat jej cele

były tak oczywiste, że stanowiła przedmiot konsensusu

narodowego i partyjnego, a więc także nie prowokowała

do wielkich dyskusji. Dopiero od momentu, gdy cele

te zostały osiągnięte, sytuacja zmieniła się radykalnie.

Dlaczego tak się stało? Otóż dlatego, że po zrealizowaniu

głównych celów, jakimi było wejście do NATO

i do Unii Europejskiej, Polska awansowała, z roli statysty

przeszła na etat aktora. Nie jesteśmy może aktorem

pierwszoplanowym, ale figurujemy na afiszu i z nami

sztuka jest lepsza niż bez nas.

(Głos z sali: Dobrego aktora.)

To wejście do gry ma jednak swoje konsekwencje.

Zaczynamy nareszcie wywierać wpływ na bieg wydarzeń

na świecie. Zawsze o tym marzyliśmy, ale nie do

końca zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie tylko splendor,

ale też przede wszystkim wielka odpowiedzialność.

Ze swej postawy i działalności trzeba bowiem

zdawać sprawę nie tylko przed Polakami, ale i przed

znacznie mniej wyrozumiałą międzynarodową opinią

publiczną.

Broniąc swoich interesów narodowych, musimy pamiętać,

że inni też mają do takiej obrony prawo, a zatem

że konsensus jest naturalnym sposobem uprawiania

polityki zagranicznej, a nie zdradą, jak to nierzadko

słyszymy z ust niektórych zacietrzewionych polityków

(Oklaski), że nieustępliwość w obronie własnych racji

tylko do pewnego momentu jest godną pochwały

pryncypialnością, ale po przekroczeniu przysłowiowej

cienkiej czerwonej linii zamienia się w ośli upór, szkodliwy

dla interesów kraju i obywateli.

Taki właśnie charakter ma nasza polska dyskusja

o konstytucji europejskiej. Nie chodzi oczywiście

tylko o samą konstytucję, ale o miejsce i rolę Polski

w Unii Europejskiej. Oto pierwsze z wielkich wyzwań,

jakie stoją przed polską polityką zagraniczną, ba, przed

polską polityką w ogóle. Przeżywaliśmy i nadal przeżywamy

3 najważniejsze lata, które można oznaczyć

kryptonimem „3A”: rok 2003 – rok akceptacji, rok

2004 – rok akcesji, wreszcie rok 2005 – rok adaptacji.

Musimy jak najszybciej nauczyć się dyskutować o naszych

wzajemnych relacjach z Unią Europejską, dokonywać

w tym zakresie stosownych ocen i analiz.

SdPl postuluje ustanowienie na bazie proponowanego

Narodowego Centrum Studiów Strategicznych

instytucję niezależnej od rządu i presji politycznych

Krajowej Rady Europejskiej (Oklaski) celem prowadzenia

debat o stanie realizacji celów Narodowego

Planu Rozwoju oraz efektywności bieżącego wykorzystania

funduszy europejskich i krajowych dla tych

celów. Krajowa Rada Europejska współpracowałaby

w kraju z resortami rządowymi, komisjami sejmowymi,

środowiskami naukowymi i eksperckimi, instytucjami

samorządu terytorialnego i gospodarczego, związkami

zawodowymi i organizacjami pozarządowymi. Impuls,

można powiedzieć, inaugurację takiego właśnie działania

oglądaliśmy wczoraj na Zamku Królewskim z inicjatywy

prezydenta, ale przecież prezydent nie może

być stale organizatorem tego rodzaju dyskusji, dlatego

potrzebne jest właśnie takie ciało jak Krajowa Rada

Europejska.

Musimy zaadaptować nasze krajowe struktury do

wszystkich możliwości, które stwarza Unia – to oczywiście

zadanie polityki wewnętrznej – ale musimy także

rozepchać się nieco w samej Unii, dotrzeć do miejsca,

gdzie powstają koncepcje, i brać udział w procesie

decyzyjnym. Jeśli się nam nie uda, skażemy się na wykonywanie

tego, co wymyślą inni.

Polska ma odpowiedni potencjał ludnościowy, kulturowy

i rozwojowy, aby aspirować do roli jednego

z rozgrywających. Nasi politycy muszą jednak zrozumieć

– oczywiście mówię do tych, którzy tego nie rozumieją

– że nie ma niczego na piękne oczy, żeby wziąć,

trzeba także coś z siebie dać. (Oklaski)

Historia Europy powojennej to historia stopniowego

jednoczenia i integracji. Konstytucja europejska

jest kolejnym krokiem na tej drodze i w tej sztafecie

pokoleń. Trzeba pamiętać, że daleko już odeszliśmy

od sześciopaństwowej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.

Dziś jest to 25, a jutro będzie 28 krajów.

Taką strukturą nie da się kierować po staremu. Traktat

porządkuje tę kwestię.

Pan marszałek Donald Tusk pytał tutaj, zwracał się

z apelem, aby powiedzieć, w czym Polska będzie miała

się lepiej po przyjęciu konstytucji. Żeby odpowiedzieć

mu na to pytanie, żeby wyjaśnić to przeciętnemu Polakowi,

to trzeba zaznaczyć, że podejście, które zaprezentował

tutaj przed nami, jest całkowicie połowiczne,

bowiem z jednej strony chodzi o to, ile bezpośrednio

jako kraj skorzystamy na tym, ale z drugiej strony

trzeba pamiętać o tym, że weszliśmy do Unii Europejskiej

po coś. Weszliśmy, bo uznaliśmy, że integracja

europejska, ujednolicanie prawa, Wspólna Polityka

Zagraniczna i Bezpieczeństwa, krótko mówiąc, wspólne

działania na wielu odcinkach, to jest to, co będzie

dobre dla Europy i Polski. A zatem to, co jest dobre dla

Europy, jest także dobre dla Polski. (Oklaski)

Po pierwsze, traktat rozdziela kompetencje Unii

i państw członkowskich, określa rodzaje europejskich

decyzji, upraszcza tryb ich podejmowania. Nie daje

żadnych podstaw do obaw o dominację jednych nad

drugimi. Przeciwnie, umacnia konsensus jako metodę

podejmowania decyzji.

Po drugie, zwiększa możliwości prowadzenia Wspólnej

Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. SdPl opowiada

się za taką polityką z wielu powodów, o których

powiem jeszcze przy okazji omawiania stosunków

transatlantyckich – tu chciałbym wymienić tylko jeden.

Chodzi o stosunki Polski z jej wschodnimi sąsiadami,

a zwłaszcza o stosunki polsko-rosyjskie. Wielu mówców

odnosiło się do tego. Polska nie jest w stanie samodzielnie

prowadzić skutecznej polityki wschodniej.

Rosja wykazuje stałą tendencję do pomijania Polski

w swoich rachubach politycznych i gospodarczych, do

rozmawiania ponad naszymi głowami z zachodnioeuropejskimi

partnerami. Nie szczędzi nam mniejszych

i większych złośliwości, a także przejawów lekceważenia.

Czasami zdarzają się działania niebezpieczne,

jak słynne zakręcenie kurka z gazem.

(Głos z sali: I z ropą!)

Mamy za mało możliwości, aby się temu przeciwstawić

w pojedynkę. Tylko wspólna polityka zagraniczna

Unii Europejskiej, w tym polityka wschodnia,

stwarza nam szansę, po pierwsze, na współkształtowanie

stosunków Unia – Wschód, a po drugie, na skuteczniejsze

reprezentowanie naszych interesów w stosunkach

z Rosją. Konieczność prowadzenia wspólnej

polityki zagranicznej znakomicie potwierdziły wydarzenia

na Ukrainie, kiedy mimo naszego ogromnego

zaangażowania bez włączenia się do akcji Unii, to

jest zresztą także naszą zasługą, sprawy mogły potoczyć

się zupełnie inaczej, a negatywne konsekwencje

przede wszystkim odczulibyśmy właśnie my jako państwo

sąsiadujące.

Wróćmy jednak na chwilę do Rosji. Nie pozwalając

jeździć sobie po głowie, podkreślam, nie pozwalając

jeździć sobie po głowie, nie musimy dodatkowo

szarpać niedźwiedzia za wąsy. Ciągłe podkreślanie, że

jedynym celem Rosji jest działanie na szkodę Polski,

że każdy kapitał rosyjski ma korzenie mafijne, a każdy

znaczniejszy Rosjanin to kolejne wydanie Ałganowa

i kontakt z nim prowadzi wprost przed oblicze

komisji śledczej być może zaspokaja czyjąś potrzebę

brylowania w mediach, ale w stosunkach z Rosją na

pewno nie pomaga. (Oklaski) Szanując siebie, szanujmy

też partnera.

Po trzecie, dzięki traktatowi konstytucyjnemu maleje

tzw. deficyt demokratyczny w Europie, gdyż wzrasta

rola parlamentów narodowych w opracowywaniu

nowych praw europejskich. Nasz Sejm po prostu będzie

miał więcej do powiedzenia niż obecnie. Trzeba

więc ten traktat przyjąć, a jeśli tak, to na co czekać?

Nie rozumiem kunktatorskiej postawy ugrupowań podobno

proeuropejskich, a zwłaszcza Platformy Obywatelskiej,

które chcą odwlec referendum w nadziei,

że kto inny odrzuci traktat wcześniej. Jednocześnie

panowie przewodniczący Rokita i Tusk stwierdzają, że

gdyby wszyscy przed nami traktat przyjęli, to i my powinniśmy

go przyjąć. To już nie jest stanie w rozkroku.

(Oklaski)

Donald Tusk prosił, żeby unikać złośliwości. Staram

się, staram się. Debata ma jednak swoje prawa

i proszę potraktować to jako złośliwość serdeczną,

która zmierza do tego, abyście zeszli z błędnej drogi.

(Oklaski, wesołość na sali)

Otóż to nie jest już stanie w rozkroku, to jakaś przedziwna

figura akrobatyczna, którą Aleksander Kwaśniewski

określił niegdyś jako „stójka na dwunastnicy”.

(Wesołość na sali) Nie bardzo wiadomo, co to za

figura, chcę jasno powiedzieć, ale widać, że wyjątkowo pokręcona.

Oczywiście jest wytłumaczenie dla tej

postawy, tyle że dla Platformy Obywatelskiej niezbyt

łatwe do zaprezentowania. Platforma nie wie po prostu

jak wywikłać się z populistycznego hasła wzniesionego

przez przewodniczącego Rokitę: Nicea albo śmierć.

Wymyślono więc, że najlepiej schować się za innymi.

Może traktat odrzuci Dania, a może Wielka Brytania,

i wtedy nie trzeba będzie się wstydzić za swoje zachowanie.

Problem w tym, że takie postępowanie w istocie

rzeczy zwiększa ryzyko, że traktat w końcu nie wejdzie

w życie. Niech się koledzy z Platformy Obywatelskiej

nie obrażą, ale to są podwórkowe gry i zabawy, niegodne

poważnej partii i jej kandydatów na premiera i na

prezydenta. (Oklaski)

Nieprzyjęcie traktatu nie spowoduje bynajmniej

nowych negocjacji, o których mówią liderzy Platformy

Obywatelskiej, w trakcie których Polska dostanie

to, co chce, ale prawie na pewno wywoła wewnętrzny

kryzys w Unii. Większość państw, z Francją i Niemcami

na czele, odkurzy koncepcję Europy dwóch prędkości

i doprowadzi do utworzenia tzw. twardego rdzenia

integrującego się szybciej niż inni. Będzie to musiało

osłabić więzi wspólnotowe, a zwłaszcza tak ważną dla

Polski zasadę solidarności. Jest to więc plan nie tylko

kunktatorski, ale i szkodliwy dla naszych narodowych

interesów.

Apeluję do odpowiedzialnych polityków, zarówno

z prawej, jak i z lewej strony, zarówno zasiadających

w parlamencie, jak i działających poza Sejmem, do organizacji

pozarządowych, które tak chlubnie zapisały

się przed referendum akcesyjnym, o połączenie wysiłków

i stworzenie ruchu na rzecz referendum i ratyfikacji

traktatu konstytucyjnego w 2005 r. Naszym hasłem

powinno być: Konstytucja – teraz! Mamy prawo głosu.

Polacy nie po to przez wiele lat dobijali się o prawo

głosu w sprawach europejskich, aby teraz z niego nie

korzystać i oglądać się na innych.

SdPl uważa, że jeżeli mamy szansę znaleźć się w grupie

tych krajów, które dyktują tempo integracji, to trzeba

tę szansę wykorzystać. Tak więc pierwszy ważny cel:

umocnienie pozycji Polski w Unii Europejskiej wymaga

naszej aktywności w kwestii traktatu konstytucyjnego.

Zwlekanie czy wręcz odrzucania traktatu nie będzie

sprzyjać realizacji tego zadania.

Rzecz jasna, silna pozycja Polski w Unii nie zależy

tylko od tej kwestii. Musimy być także aktywni na innych

polach, a że jest to właściwa droga, pokazał przykład

ukraiński.

Z uznaniem odnotowujemy również starania naszej

dyplomacji, znajdujące zresztą odzew drugiej strony,

o poprawienie i zacieśnienie stosunków z Niemcami

i Francją. Trudne sprawy z historii stosunków polsko-

-niemieckich, które niespodziewanie i nie z naszej

winy pojawiły się na porządku dnia, powinniśmy rozwiązywać

w dialogu i z zaufaniem do intencji drugiej

strony, broniąc jednakże twardo naszych racji.

Po okresie napięć spowodowanych iskrzeniem na

linii Europa – Stany Zjednoczone nasze stosunku powracają

do bardzo dobrego poziomu, co daje szansę na

ożywienie trójkąta weimarskiego. Warto o to zabiegać.

W ten sposób doszliśmy do drugiego ważnego zadania

polskiej polityki zagranicznej, jakim jest działanie

na rzecz poprawy i umocnienia stosunków transatlantyckich.

Jako odpowiedzialny i aktywny sojusznik

Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie kraj silnie

osadzony w Europie, powiązany z nią tysiącami nici,

źle czujemy się w sytuacji, gdy stawia się nas przed

dylematem: z Unią czy z USA? Dlatego, na miarę naszych

możliwości, powinniśmy wspomagać wszystko

to, co umocni wspólnotę transatlantycką. Oznacza to

jednak także konieczność mówienia gorzkich prawd

prosto w oczy. Niektórym krajom europejskim trzeba

powiedzieć, że antyamerykanizm to postawa zarówno

szkodliwa, jak i niesłuszna, zwłaszcza gdy jednocześnie

oczekuje się, że to właśnie Stany Zjednoczone

powinny brać na siebie największe ciężary związane

z zapewnieniem bezpieczeństwa światowego, a często

i regionalnego, a zdarzało się, że i pod naszym bokiem

w Europie.

Naszych amerykańskich przyjaciół z kolei powinniśmy

przekonywać, że nie jest tak, iż niewdzięczna

Europa nie rozumie Ameryki i jej problemów. Przecież

po ataku terrorystycznym na Nowy Jork Europa okazała

daleko idącą solidarność z Ameryką, czego dowody

dała i nadal daje w Afganistanie. Napięcia powstały

po amerykańskich decyzjach dotyczących Iraku. Sedno

tego problemu trafnie ujął Zbigniew Brzeziński

w tytule swojej ostatniej książki „Wybór. Dominacja

czy przywództwo” – krótko i celnie. Przechył w kierunku

dominacji już doprowadził i będzie prowadził do

napięć i szkód w stosunkach transatlantyckich. Przywództwo

natomiast wymaga stałego dialogu z głównymi

sojusznikami co do oceny danej sytuacji oraz

adekwatnych działań. W przypadku Iraku tego dialogu

było zdecydowanie za mało. Odbiło się to negatywnie

na przebiegu procesów stabilizacyjnych w tym kraju

i nadal tę stabilizację utrudnia. W sposób oczywisty

określone koszty braku tego dialogu poniósł i ponosi

także nasz kraj jako sojusznik Stanów Zjednoczonych.

Przygotowywana podróż Busha do Europy i pozytywne

sygnały wysyłane przez Francję i Niemcy dają nadzieję,

że wzajemne stosunki wrócą do normy. Polska

może się z tego tylko cieszyć. Europa bardzo potrzebuje

wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Stanie się wtedy mocniejszym i bardziej przydatnym

partnerem dla Stanów Zjednoczonych, a właśnie otwierają

się nowe możliwości wspólnego działania Europy

i Ameryki na Bliskim Wschodzie, gdzie po zmianie

przywództwa w Palestynie i powstaniu koalicyjnego

rządu w Izraelu pojawiła się szansa na stopniową normalizację.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa światowego

nie ma ważniejszego zadania niż uśmierzenie tej

wiecznej, zdawałoby się, wojny. Polska, mając dobre

stosunki z obiema stronami konfliktu, może także odegrać

swoją rolę.

Pan marszałek pozwoli, troszeczkę przedłużę.

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Proszę.

Poseł Marek Borowski:

Dziękuję.

Trzecim ważnym celem, jaki powinien zostać zrealizowany

w 2005 r., jest wycofanie albo zmiana charakteru

obecności polskich wojsk w Iraku. (Oklaski)

Polska odpowiedziała pozytywnie na apel Stanów Zjednoczonych

o pomoc i współdziałanie w zlikwidowaniu

zagrożenia, jakie niósł ze sobą zbrodniczy reżim Saddama

Husajna. Polscy żołnierze po raz pierwszy na tak

wielką skalę wzięli udział w misji stabilizacyjnej poza

granicami kraju. Zadeklarowanymi celami tej misji było

zapewnienie porządku i bezpieczeństwa Irakijczykom,

pomoc w odbudowie kraju, przekazanie władzy w ręce

narodu irackiego. To słuszne i godne cele. Niestety, po

półtorarocznym pobycie polskich wojsk w Iraku cele

te nie zostały jeszcze zrealizowane. Warunki, w jakich

przychodzi działać żołnierzom międzynarodowego kontyngentu,

są radykalnie odmienne od zakładanych. Nasi

żołnierze spisują się w tych warunkach znakomicie,

wykazując odwagę, odpowiedzialność i profesjonalizm.

Robiono to już wielokrotnie, ale myślę, że jeszcze raz

warto podziękować i przekazać wyrazy uznania wszystkim,

którzy pełnili lub pełnią służbę w Iraku. Nie zmienia

to faktu, że nie tak wyobrażaliśmy sobie misję stabilizacyjną

naszych żołnierzy. Pytania o jej sens, długość

trwania i warunki zakończenia nie są bezzasadne. Wszyscy

czekamy na irackie wybory. Istnieje spora szansa,

że za niespełna dwa tygodnie, mimo zamachów terrorystycznych

i niesnasek wewnętrznych, Irakijczycy wyłonią

wreszcie władzę pochodzącą z wyboru. W takim

przypadku, naszym zdaniem, formuła dalszej obecności

obcych wojsk w Iraku musi zostać uzależniona od woli

rządu irackiego. Trzeba także podjąć próbę poszerzenia

koalicji stanowiącej wsparcie dla odbudowy i stabilizacji

Iraku. Decyzja polskiego rządu w tej sprawie powinna

zostać podjęta po konsultacji z Sejmem. Z lekcji irackiej

trzeba także wyciągnąć liczne wnioski. Jeden z nich

to taki, że Polska jako członek ONZ, Unii Europejskiej

i NATO powinna brać udział w akcjach wojskowych

poza granicami naszego kraju tylko w ramach i z upoważnienia

jednej z wymienionych organizacji. Motywowane

terrorystycznym zagrożeniem oraz osiami zła

działania jednostronne nie stwarzają bowiem wielkich

szans na stabilne, zrównoważone i sprawiedliwe rozwiązania.

Z Iraku wróćmy teraz na grunt europejski. Czwarte

zadanie polskiej polityki zagranicznej (ale i krajowej)

to wykorzystanie bardzo dobrego klimatu w stosunkach

z Ukrainą dla zacieśnienia wzajemnych więzi,

zwłaszcza gospodarczych. Wiele tu o tym mówiono,

skupię się tylko na jednej sprawie. Szybko rozwijająca

się gospodarka 50-milionowej Ukrainy to wielka szansa

dla naszych przedsiębiorców, i to na długie lata. Polska

powinna oczywiście w dalszym ciągu pełnić rolę

adwokata Ukrainy, zwłaszcza w Unii Europejskiej.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego wzywająca do

stworzenia Ukrainie europejskiej perspektywy stwarza

Polsce nowe możliwości działania. Pożądane byłoby,

aby Unia przeznaczyła pewne kwoty na wsparcie finansowe

dla Ukrainy, na staże, studia i wyjazdy szkoleniowe

dla ukraińskiej młodzieży, zwłaszcza z regionów

wschodnich. W naszym Narodowym Planie Rozwoju

warto umieścić budowę '64obrych połączeń drogowych

i kolejowych z Kijowem, bo takowych nie ma.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Tych kilka tematów

– Unia Europejska, Stany Zjednoczone, Rosja, Irak,

Ukraina – nie wyczerpuje oczywiście bogatej problematyki

polskiej polityki zagranicznej. Z konieczności

pominąłem tak istotne kwestie, jak stosunki z krajami

Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej, kontakty z Polonią,

czy bardzo ważną problematykę reformy ONZ. O tym

wszystkim pan minister mówił i jest tu pełna zgodność

z tym, co pan minister przedstawił. O jednej tylko sprawie

chciałbym jeszcze krótko powiedzieć słów kilka,

a mianowicie o tzw. ekonomizacji polskiej polityki zagranicznej.

Od wielu lat słyszymy słuszne wywody, że

minął już czas dyplomacji frakowej czy tajnej, że rządy

krajów lepiej od nas rozwiniętych od swoich ambasadorów

oczekują przede wszystkim wspierania ekspansji

gospodarczej swoich przedsiębiorców na obcy rynek

i że tak właśnie powinno być u nas, ale niestety nie

jest. Padają pomysły, aby ambasadorów rozliczać nie z

liczby depesz i clarisów, ale z tempa wzrostu naszego

eksportu do kraju, w którym tenże ambasador reprezentuje

Polskę. To wszystko jest bardzo słuszne i nawet da

się zrealizować, wszakże pod jednym warunkiem, że

damy ambasadorom instrumenty do takiej działalności.

Tymczasem od wielu lat trwa chocholi taniec wokół biur

radców handlowych albo wydziałów ekonomiczno-handlowych,

różnie się te komórki nazywały, ale łączy je

od lat jedno: ani ambasador, ani minister spraw zagranicznych

nie dysponują ich personelem. Tę prerogatywę

ma ministerstwo gospodarki. Jest to wyjątkowo długo

utrzymujący się relikt odległej przeszłości i jak dotąd,

nie udało się tego zmienić. Apeluję do pana premiera

Belki, aby wykazał w tej kwestii odwagę i konsekwencję

i wreszcie zlikwidował ten szkodliwy dualizm. (Oklaski)

To się jeszcze nikomu nie udało. Pan premier może być

pierwszy i w ten sposób przejść do historii.

Wysoka Izbo! Socjaldemokracja Polska dobrze

ocenia polską politykę zagraniczną w 2004 r. i z aprobatą

przyjmuje przedstawione przez ministra Rotfelda

kierunki tej polityki na rok 2005. Do tej oceny dołączamy

nasze przemyślenia i sugestie z nadzieją, że zostaną

one pozytywnie przyjęte.

Rok 2005 to nie tylko rok podwójnych wyborów; na

ten rok przypada 60-lecie zakończenia II wojny światowej

i 25-lecie porozumień sierpniowych. Na tle tych

dat widać wyraźnie, jak daleką i trudną drogę przeszliśmy

– drogę ku lepszemu. Postarajmy się, aby w wirze

przedwyborczych walk i emocji nie zgubić tego, co

w polityce zagranicznej każdego kraju najważniejsze:

porozumienia ponad podziałami. Dziękuję. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu marszałkowi.

Proszę o zabranie głosu panią poseł Wandę Łyżwińską

występującą w imieniu Klubu Parlamentarnego

Samoobrona.

Poseł Wanda Łyżwińska:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

W imieniu Klubu Parlamentarnego Samoobrona Rzeczypospolitej

Polskiej mam zaszczyt przedstawić stanowisko

w sprawie informacji ministra spraw zagranicznych

o zadaniach polskiej polityki zagranicznej.

Tradycyjnie już każdego roku w styczniu omawiamy

w Sejmie politykę zagraniczną i oceniamy przedłożone

przez rząd założenia tej polityki na rok bieżący.

Słuszna jest wygłoszona tu opinia, że polityka zagraniczna

państwa powinna być oparta na polskiej racji

stanu. Powinna ona stawiać sobie za cel rozwijanie jak

najkorzystniejszych dla Polski wszechstronnych kontaktów

z partnerami zewnętrznymi. Niestety, z każdym

rokiem coraz trudniej jest utrzymać konsensus jeśli

chodzi o reprezentowane w Sejmie stanowiska odnośnie

do węzłowych spraw związanych ze stosunkami

zewnętrznymi. Świadczy to o pogłębiających się rozbieżnościach

w ocenach, a także o odmiennym rozumieniu

i definiowaniu polskiej racji stanu.

Z uwagą wysłuchałam prezentacji wygłoszonej

przez nowego ministra spraw zagranicznych pana prof.

Adama Rotfelda, pamiętając, że dyplomacja jest sztuką

wymagającą szczególnych predyspozycji i umiejętności

od osób w nią zaangażowanych. Trzeba przyznać,

że pan minister spełnia te wymogi kwalifikacyjne. Pan

minister zapowiedział kontynuowanie polityki swego

poprzednika w zasadniczych sprawach merytorycznych,

przy jednoczesnym wprowadzaniu zmian organizacyjno-

technicznych. Można więc założyć, że w

kwestiach zasadniczych wszystko będzie się toczyć,

jak dotychczas, i nadal nie będzie możliwy konsensus,

a różne ugrupowania polityczne wciąż będą odmiennie

akcentowały poszczególne fragmenty polskiej polityki

zagranicznej. Wszystko tak się dzieje – wbrew zapewnieniom

byłego ministra Cimoszewicza o istnieniu

solidnego i trwałego konsensusu wewnętrznego odnośnie

do strategicznych celów polityki zagranicznej III

Rzeczypospolitej – dlatego że prowadzona przez rząd

polityka nie ma poparcia większości społeczeństwa.

Rozbieżności jeśli chodzi o udział polskich jednostek

wojskowych w konflikcie w Iraku są tego ewidentnym

dowodem.

Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej jest jedną z

czołowych sił politycznych w Polsce, zdolną do przejęcia

władzy i pokierowania odpowiedzialnie sprawami

państwa. Wychodząc z tych założeń, chciałabym odnieść

się pokrótce do węzłowych problemów naszej

polityki zagranicznej.

Trzeba uwzględnić, że Polska ma korzystną pozycję

geopolityczną. Spełniamy dziś w Europie rolę pomostu

współpracy, a nie, jak to było do niedawna, przedmurza

przyjmującego pierwsze ciosy. Mamy zupełnie nowych

sąsiadów na wszystkich granicach, mamy możliwość

ułożenia z każdym z nich poprawnych i przyjaznych

stosunków. Po wstąpieniu do NATO i Unii Europejskiej

jako kraj średni naszego kontynentu mamy szansę

stać się znaczącym partnerem w rodzinie krajów europejskich.

Dlatego jedną z czołowych zasad polskiej

polityki zagranicznej powinno być szukanie przyjaciół

przede wszystkim blisko. Nie znaczy to, że nie mamy

i nie powinniśmy mieć przyjaciół daleko. Mamy i takich,

i takich, również w Stanach Zjednoczonych,

i przyjaźń ta wielokrotnie się sprawdziła, chociaż przy

okazji pełnego wsparcia udzielonego Stanom Zjednoczonym

przez Polskę w konflikcie irackim przyjaźń ta

okazała się bardzo szorstka.

Chciałabym w tym kontekście poruszyć sprawę

wycofania polskiego kontyngentu wojskowego z Iraku.

Domaga się tego ponad 70% polskiego społeczeństwa.

Nie można tego ignorować i utrzymywać, że nasza polityka

zagraniczna cieszy się, jak napisał w czerwcu

ub. r. minister Cimoszewicz, silnym poparciem społeczeństwa,

bo tak nie jest.

Uwzględniając rzeczywiste nastroje społeczne, Samoobrona

Rzeczypospolitej Polskiej przedłożyła w Sejmie

i w Senacie projekt uchwały w sprawie wycofania

polskich sił zbrojnych z Iraku. Projekt nasz jest bardzo

wyważony, uwzględnia zarówno realia sytuacji w Iraku,

jak i wymóg zachowania prestiżu Polski na arenie

międzynarodowej. Stanowisko Samoobrony nie oznacza

jakiejkolwiek niechęci do kontynuowania współpracy

wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi w Iraku.

Wręcz przeciwnie, w ramach sił stabilizacyjnych wykonywane

są wspólne zadania, ale ten okres się kończy

w związku ze zbliżającymi się w Iraku wyborami

powszechnymi.

Chciałabym przy tej okazji przypomnieć, że zgodnie

z rezolucją Rady Bezpieczeństwa nr 1546 z dnia

8 czerwca 2004 r. tymczasowy rząd w Iraku przejął pełnię

władzy z dniem 30 czerwca ub. r. Tego samego dnia

zakończona została okupacja Iraku i przywrócona jego

pełna suwerenność. Tak postanowiła Rada Bezpieczeństwa

ONZ. Natomiast już 30 stycznia br. mają się odbyć

wybory demokratycznego irackiego zgromadzenia

narodowego. Jest więc teraz stosowny czas, aby podjąć

niezwłocznie rozmowy z kompetentnymi władzami

Stanów Zjednoczonych i tymczasowego rządu Iraku

w sprawie ustalenia bliskiego terminu wyprowadzenia

z Iraku polskich wojsk i zakończenia ich misji wkrótce

po przeprowadzonych wyborach. Wiązałoby się to

z koniecznością przeprowadzenia szerokich konsultacji

oraz koordynacji działań także z państwami koalicji,

mającymi jednostki wojskowe pod polskim dowództwem,

celem przygotowania decyzji o rozformowaniu

i zakończeniu działania Wielonarodowej Dywizji Centrum–

Południe. Taka decyzja wydaje się konieczna,

tym bardziej że kontyngent węgierski, newralgiczny

dla funkcjonowania dywizji wewnątrz strefy, będzie

wycofany do końca marca br. Kontyngent bułgarski

będzie znacząco zmniejszony. Kontyngent ukraiński

w sile 1400 żołnierzy ma się wycofać w połowie bieżącego

roku. W tej sytuacji obszar działania dywizji pod

polskim dowództwem został już zmniejszony, a w dalszej

perspektywie, wobec zapowiedzianych wycofań,

wykonywanie przez dywizję odpowiedzialnych planowanych

działań w strefie Centrum–Południe stanie się

niemożliwe i dywizja w okrojonym składzie faktycznie

przestanie istnieć. Rysuje się zatem konieczność przejęcia

odpowiedzialności za całą strefę przez wojska

amerykańskie lub przez władze irackie, z pomocą pozostających

w Iraku wojsk koalicji.

Rozmowy o wycofaniu polskich wojsk można podjąć

niezwłocznie, a ustalenie konkretnych terminów

pozostawić do czasu uzgodnień z nowymi władzami

irackimi. Naszym zdaniem misja stabilizacyjna dywizji

pod polskim dowództwem mogłaby trwać do dnia

31 marca br., a pozostały miesiąc czy dwa można by

przeznaczyć na zamykanie spraw dowodzenia dywizją,

przekazywanie kompetencji następcom oraz likwidację

bazy pobytowej i stopniowy powrót wszystkich pododdziałów

do kraju.

Wycofanie polskich wojsk z Iraku nie może być w żadnym

wypadku traktowane jako rejterada. Byłby to powrót

po dobrym i godnym wykonaniu zadania w Iraku. Jako

kraj kojarzony z uczestnictwem w licznych operacjach

pokojowych ONZ, mamy dobrą opinię w świecie i nie

nadajemy się na agresora i okupanta. Trzeba, aby z Polską

kojarzył się kraj przyjazny i pokojowy, a nie cierpienia

i krzywdy związane z okupacją. Temu będzie sprzyjać

szybkie wycofanie naszych wojsk.

Niestety budowanie demokracji w Iraku napotyka

przeszkody. Nie potwierdził się powód inwazji na Irak,

którym był zarzut dotyczący posiadania przez Saddama

Husajna broni masowego rażenia. Nie potwierdziła

się też teoria o decydującej roli siły militarnej. W Iraku

narasta opór przeciwko obcej obecności. Wyjściem

z sytuacji może być budowanie władzy na fundamencie

wolnej woli ludności. Dopiero na bazie własnej

organizacji państwa, w oparciu o własne organy władzy

i porządku publicznego, będzie można kształtować

świadomość społeczeństwa irackiego i stopniowo

przekonywać je do zasad obowiązujących w demokratycznym

państwie oraz do przestrzegania porządku

i poszanowania prawa.

W tym procesie nasze wojska spełniły już swoją

rolę. Możemy jednak dalej być pomocni w szkoleniu

kadry mundurowej, możemy być otwarci na udział

w operacjach w ramach ONZ, jeżeli takie będą decyzje,

czy to w składzie „niebieskich hełmów”, czy

w ramach akcji gospodarczych lub humanitarnych,

ale z roli okupanta Iraku powinniśmy się jak najszybciej

wycofać i zaraz po wyborach w Iraku będzie na

to odpowiedni czas.

Rozmaite napięcia w ramach polityczno-wojskowego

sojuszu transatlantyckiego, szczególnie między

Stanami Zjednoczonymi a Francją i Niemcami, a także

w obrębie Unii Europejskiej, powstałe z powodu

odmiennego podejścia do konfliktu w Iraku, uległy

znacznemu zmniejszeniu. Na tle tych rozbieżności

wielu polityków zastanawia się, czy powinniśmy być

bardziej proamerykańscy, czy bardziej proeuropejscy.

Chciałabym powiedzieć, że dla Samoobrony nie jest

to dylemat. Uważamy, że występując i działając na

arenie międzynarodowej, nasi przedstawiciele powinni

przede wszystkim troszczyć się o polskie interesy,

o dobro naszego kraju i przez pryzmat tych interesów,

traktowanych jako nadrzędne, rozwiązywać konkretne

dylematy w stosunkach międzynarodowych.

Wracam do zaprezentowanej wcześniej tezy, że

wszędzie dbając o przyjaciół, powinniśmy zabiegać

szczególnie o dobre relacje z najbliższymi sąsiadami.

Tworzenie Europy scentralizowanej, jako silnego

związku gospodarczego, ale także politycznego, niesie

w sobie potencjalne zarzewie rywalizacji między

potęgami gospodarczymi i może prowadzić do postępującego

rozpadu jedności transatlantyckiej. Dlatego

Polska będzie musiała w przyszłości bardziej wywarzać

zakres swojego politycznego i wojskowego

wsparcia pomiędzy Wspólnotą Europejską a Stanami

Zjednoczonymi, dbając jednocześnie o dobre stosunki

ze wszystkimi partnerami, myśląc przede wszystkim

o szerszym interesie naszego kraju, i to w długiej perspektywie

czasowej.

Samoobrona Rzeczypospolitej nie jest i nigdy nie

była przeciwna współpracy ogólnoeuropejskiej, nie

jest przeciwna Unii Europejskiej, natomiast nie akceptuje

wynegocjowanych przez rząd Leszka Millera ostatecznych

warunków naszego członkostwa, ponieważ są

one nierównoprawne. I chociaż zarzuca się Samoobronie,

że mimo jej ostrzeżeń dochody rolników są teraz

znacznie wyższe, to proponowalibyśmy zachowanie

spokoju i zaczekanie, aż rolnicy otrzymają zapłatę za

zboże z tegorocznych plonów, aż kupią po wyższych

obecnie cenach środki produkcji rolnej. Dopiero wtedy

będziemy mogli w pełni ocenić wysokość przychodów

wsi, a perspektywy przychodów wsi w dłuższym okresie

będzie można ocenić po przyjęciu przez Unię nowego

budżetu na lata 2007–2013 oraz wprowadzeniu

w życie strategii lizbońskiej.

Wracając do pozycji Polski w Europie, trzeba powiedzieć,

że bardzo ona podupadła, chociaż ostatnio

dochodzi do ożywienia kontaktów z poważnymi partnerami,

jak chociażby Francja czy Niemcy. Polska

straciła pozycję w trójkącie weimarskim, w grupie wyszehradzkiej

i jest wypychana z grupy sześciu najważniejszych

państw Unii Europejskiej. Teraz widać, jak

brak twardego stanowiska w negocjacjach przedakcesyjnych

rzutuje na nasze miejsce we Wspólnocie Europejskiej.

Nie pomagają wysuwane w obronie słusznych

spraw mało dyplomatyczne hasła, jak „Nicea albo

śmierć”, czy demonstracyjne happeningi w Parlamencie

Europejskim w wykonaniu niektórych polskich eurodeputowanych.

Proszę zwrócić uwagę, że czterech eurodeputowanych

z Samoobrony wstrzymało się w głosowaniu nad

projektem traktatu konstytucyjnego, mimo że mamy do

niego sporo zastrzeżeń. Była to nie tylko manifestacja dobrej

woli, ale potwierdzenie żądania, żeby renegocjować

traktat konstytucyjny w tych sprawach, które wywołują poważny

sprzeciw. Nie możemy bowiem zrozumieć, dlaczego

jest taki opór przeciwko wpisaniu do konstytucji oczywistego

faktu o chrześcijańskich wartościach Europy.

Kolejnym spornym tematem jest system głosowania,

ale o tym już wielokrotnie mówiono z tej trybuny.

Niepokój i zastrzeżenia wywołują też przepisy art. 10

traktatu konstytucyjnego, które przewidują nadrzędność

prawa unijnego nad prawem każdego z państw

członkowskich, a więc również nad naszą konstytucją,

która jest dla nas najważniejszym aktem prawnym

Rzeczypospolitej.

Przy okazji ratyfikacji przez Polskę nowych umów

międzynarodowych można zauważyć, że nasze członkostwo

w Unii Europejskiej zmienia w wielu przypadkach

zakres i charakter naszych zobowiązań prawno-międzynarodowych

i powoduje, że określone dziedziny współpracy

międzynarodowej zostają oddane do wyłącznej

kompetencji Unii. Stawia to przed nami wymóg przekazywania

naszych dotychczasowych uprawnień w niektórych

zakresach i związanego z tym procesu decyzyjnego

na szczebel wspólnotowy. Do tego procesu wyzbywania

się kompetencji państwa Samoobrona Rzeczypospolitej

nie może się przyzwyczaić.

Uważamy, że referendum w sprawie przyjęcia traktatu

konstytucyjnego musi być poprzedzone szeroką

akcją informacyjną, aby każdy obywatel miał czas na

zapoznanie się z treścią tego dokumentu oraz argumentami

za i przeciw jego przyjęciu, aby więc miał możliwość

dokonania świadomego wyboru. Wymaga to

przesunięcia terminu referendum na termin możliwie

najpóźniejszy.

Z niepokojem przyjmujemy optymizm pana ministra

Rotfelda odnośnie do stanu stosunków Polski z sąsiadami.

O ile bowiem można mówić o rzeczywistych

postępach, a nawet pojednaniu francusko-niemieckim,

o tyle działania na rzecz ułożenia stosunków dwustronnych

i doprowadzenia do pojednania Polski z Niemcami,

Ukrainą i Litwą przechodzą jeszcze różne fazy. Są

to, przykładowo, kwestie roszczeń odszkodowawczych

obywateli Niemiec, konfliktów ludnościowych i ochrony

miejsc pamięci na Ukrainie czy praw mniejszości

polskiej na Litwie. Są duże perspektywy, jeśli chodzi

o postęp w tych sprawach, na przykład w relacjach

z Ukrainą po ostatnich wyborach prezydenckich, ale

czeka nas jeszcze wiele intensywnych prac i zabiegów,

zwłaszcza w sferze gospodarczej i politycznej, aby to

wszystko pozałatwiać.

Chciałabym podkreślić, że zdaniem Samoobrony

stosunki polsko-niemieckie rozwijają się dobrze w sferze

gospodarczej. Podważyło je odmienne podejście do

konfliktu w Iraku. I dopiero roszczenia odszkodowawcze

za skutki II wojny światowej stały się powodem powstania

pewnych zakłóceń. W tej sytuacji przyjęliśmy

z uwagą, że rząd Republiki Federalnej Niemiec odniósł

się życzliwie i ze zrozumieniem do polskich obaw i uznał

sprawę odszkodowań za ostatecznie zamkniętą. Niestety,

nie jest to kwestia całkowicie zamknięta w świadomości

obu narodów. Są w Niemczech środowiska, które wysuwają

roszczenia, pomijając kwestię winy. Doktryna wypędzenia,

za którą kryje się niewątpliwie dramat tysięcy

niemieckich rodzin, przedstawiana jest wyłącznie jako

rezultat prześladowań ze strony Polski i Czech, przy

zafałszowywaniu historii i zamazywaniu różnic między

przyczynami i skutkami. To prawda, że wszystkie ofiary

przemocy i cierpień zasługują na pamięć potomnych, ale

na szczególną europejską pamięć zasługują zwłaszcza

ci, którzy zostali zaatakowani, zagazowani i rozstrzelani

w wyniku obcego barbarzyństwa. Dlatego nie należy się

dziwić, że roszczenia niektórych środowisk niemieckich

wywołały w Polsce falę oburzenia i inicjatywę sporządzenia

polskich strat wojennych, dokonania bilansu strat

po obu stronach i na tej bazie szukania trwałego uregulowania

stosunków polsko-niemieckich.

Chciałabym teraz, panie marszałku, zwrócić się do

pana ministra Rotfelda. Samoobrona nie zgadza się z panem

w uszeregowaniu niektórych priorytetów w polskiej

polityce zagranicznej, ale z jednym zgadzamy się na

pewno – z zapewnieniem, które złożył pan w Warszawie

w czasie pobytu ministra spraw zagranicznych Francji

Michela Barniera, gdy stwierdził pan w wypowiedzi dla

telewizji: „Nam nie zabraknie woli ani aktywności, aby

poprawiać stosunki polsko-francuskie”.

Polska nie powinna zapominać, że to Francja, wyciągając

wnioski z II wojny światowej, postanowiła zapobiec

przyszłym kataklizmom wynikającym z różnic

w potencjale ekonomicznym krajów europejskich. To

politycy francuscy Jean Monnet i Robert Schumann

wysunęli ideę, a następnie doprowadzili do powołania

Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem,

w 1957 r., Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Polska

jako pierwsza ofiara agresji hitlerowskiej stała się

naturalnym sojusznikiem Francji. Stąd generał de Gaulle

jako pierwszy przywódca Zachodu uznał polską granicę

z Niemcami. Francja zawsze chciała mieć w Polsce

najważniejszego sojusznika na Wschodzie i tylko w wyniku

naszych błędów, w których udział miał także pan

minister Cimoszewicz, zmuszona jest zabiegać czasami

ponad naszymi głowami o zbliżenie z innymi krajami.

Proszę zwrócić uwagę, że Francja, która zapewniła sobie

w Nicei taką samą ilość głosów jak Niemcy, zgodziła

się w traktacie konstytucyjnym odstąpić od tych korzystnych

dla siebie zapisów i uznać przewagę liczebną

ludności Niemiec. To ustępstwo, a tym samym dalsze

zbliżenie do Niemiec stanowi teraz jej atut w nowym

podejściu do relacji transatlantyckiej.

Panie marszałku, dosłownie minutę.

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Proszę bardzo.

Poseł Wanda Łyżwińska:

Wejście Polski do Unii Europejskiej spowoduje

wzrost roli i znaczenia stosunków z Rosją, gdyż mają

one dla polskich interesów wymiar strategiczny. Istnieje

więc szansa, aby stopniowo malał polski deficyt

w obrotach handlowych z Rosją. Ale kluczem do otwarcia

rynków wschodnich dla polskich towarów i usług

jest poprawa stosunków politycznych. Rząd powinien

odciąć się od wrzaskliwej grupki rusofobów, którzy

wsłuchują się w koncepcję prof. Zbigniewa Brzezińskiego,

aby oddziaływać na naszych bliskich wschodnich

sąsiadów, dla osłabienia tam wpływów Rosji.

Takiemu kierunkowi polityki wobec Rosji Samoobrona

Rzeczypospolitej jest przeciwna. Uważamy,

że pora już zaniechać nieprzyjaznych gestów wobec

Rosji i zatroszczyć się o zbudowanie solidnych podstaw

współpracy z tym krajem, przede wszystkim gospodarczej.

Temu celowi służyłoby wynegocjowanie

z Rosją nowej umowy handlowej, która doprowadziłaby

wreszcie do znaczącej poprawy wskaźników

polskiego eksportu, ułatwiłaby rosyjskie inwestycje

w Polsce i zapewniła funkcjonowanie instytucji i infrastruktury

finansowej wspierającej wzajemny handel

i współpracę gospodarczą.

Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy

i konsekwentnie wspiera jej interesy na arenie międzynarodowej.

Wybory prezydenckie na Ukrainie i rola

mediacyjna w nich Polski jeszcze bardziej umocniły

te stosunki. Procesy przemian, jakie tam następują, są

wyrazem dążeń i aspiracji narodu ukraińskiego. I miejmy

nadzieję, że będą służyć dobremu ułożeniu stosunków

polsko-ukraińskich i stabilizacji w Europie.

Samoobrona uwzględnia to, że w naszym Sejmie

reprezentowane są różne opinie na temat oceny sytuacji

wewnętrznej na Białorusi i że jest dużo sympatii,

a nawet czynnego wsparcia dla białoruskiej opozycji

antyrządowej. Chcemy jednak odróżnić interesowanie

się sytuacją wewnętrzną sąsiadów od wpływania na

kształtowanie tej sytuacji i określanie tego działania

jako celów strategicznych naszej polityki zagranicznej.

To nie znaczy, że nie mamy się interesować rozwojem

sytuacji na Białorusi. Sympatia dla opozycji nie może

zastąpić stosunków z państwem i narodem białoruskim.

Dlatego akcent w stanowisku pana ministra oceniam

jako nieadekwatny do jednego z naszych najbliższych

sąsiadów.

Samoobrona ocenia, że rozwijając kontakty międzynarodowe,

należy doceniać wagę Chin, jedno z pięciu wielkich

mocarstw, kolebkę kulturalno-cywilizacyjną ludzkości,

kraj szybko rozwijającej się gospodarki. Dla Unii

Europejskiej Chiny są drugim partnerem po USA. Polskę

i Chiny zbliżyć może nie tylko współpraca handlowa, ale

interesy społeczno-ekonomiczne związane z procesami

wewnętrznych reform, a także podobieństwo sytuacji politycznej

wynikające z geostrategicznego usytuowania obu

krajów. Przekonała się o tym delegacja Samoobrony, która

na początku grudnia ub. r. odwiedziła Chiny.

Z pewnym niepokojem obserwujemy zbyt powolne

odbudowywanie naszych dobrych stosunków z krajami

arabskimi. Wizyta premiera Marka Belki w Libii to

wciąż o wiele za mało.

I na koniec kilka słów o ekonomizacji polityki zagranicznej,

zapowiedzianej, ale dotąd nieprzeprowadzonej.

Reorganizacja służby zagranicznej w kierunku scalania

wszystkich działań za granicą na rzecz polskiej gospodarki

wydaje się konieczna i pilna. Utrzymanie w strukturze

MSZ stanowiska wicepremiera od tych spraw zapowiada

dalsze negocjacje z ministerstwem gospodarki.

Oby zostały one jak najszybciej zakończone.

Naszym zdaniem obiektywną miarą skuteczności

i kompetencji polskich służb zagranicznych jest wynik

w bilansie handlu zagranicznego i w bilansie obrotów

bieżących. Inne miary są tylko pomocnicze.

Klub Parlamentarny Samoobrony Rzeczypospolitej

odniósł się w tej debacie tylko do niektórych tematów

poruszonych w informacji przez pana ministra. Niestety,

nie podzielamy wielu zaprezentowanych opinii

ani zamierzeń odnośnie do sposobów i środków prowadzenia

polskiej polityki zagranicznej w roku 2005,

co wykazałam w swoim wystąpieniu. W takiej sytuacji

nie możemy udzielić poparcia przedłożonej informacji.

Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję, pani poseł.

Proszę o zabranie głosu pana posła Janusza Dobrosza

występującego w imieniu Ligi Polskich Rodzin.

Poseł Janusz Dobrosz:

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!

Gdy omawiamy dziś główne kierunki i zadania polskiej

polityki zagranicznej, Klub Parlamentarny Ligi Polskich

Rodzin z troską i niepokojem odnotowuje, iż kierujące

nią od lat elity, bez względu na oficjalną przynależność

polityczną, czy do prawicy, czy do lewicy, nie zawsze

potrafią trafnie zidentyfikować, gdzie tkwią realne interesy

narodu i państwa polskiego. Niestety nie jest to wyłącznie

przywara naszych czasów. Za błędy i brak zrozumienia

zdarzeń politycznych, za złe sojusze, za naiwną

politykę zagraniczną Polska i Polacy od wieków płacili

bardzo słone rachunki, włącznie z utratą niepodległości

i własnego państwa.

Dla polityków obozu narodowego, którego współczesną

częścią jest Liga Polskich Rodzin, istnieje tylko

jeden kierunek – jest nim i powinien być zawsze interes

narodowy i takie rozumienie procesów i zdarzeń

politycznych, które stawia naszą rację stanu na pierwszym

miejscu.

Mamy nieodparte wrażenie, że chorobliwą tendencją

polskiej polityki zagranicznej jest unikanie wypowiedzi

w najistotniejszych tematach, chętnie zaś rozprawia

się o pewnych iluzjach, marzeniach i baśniach.

Taka powszechna praktyka przynosi niekiedy szkody,

zupełnie zaciemnia widzenie przyszłości i wykoleja

narodowe myślenie.

Nieodżałowanej pamięci Kabaret Starszych Panów

śpiewał niegdyś, że „piosenka jest dobra na wszystko”.

Kabaretowi politycy od lat to samo mówią o Unii Europejskiej

i o konstytucji europejskiej. Jakby wobec niej

Polska, kraj o ponadtysiącletniej tradycji, kraj, który

wielokrotnie odzyskiwał niepodległość, nie miała innej

alternatywy – nie wchodząc oczywiście w konflikt

z Unią Europejską i współpracując z nią.

Ostatnie zamieszanie wokół oświadczenia przewodniczącego

Parlamentu Europejskiego pana Josepa

Borrella, jakiekowiek by ono było, czy w prawdziwym

brzmieniu zostało przekazane, czy nie, mówi myślącemu

Polakowi wprost: w Unii Europejskiej nie ma miejsca

na w pełni suwerenną politykę zagraniczną, a o jej

głównych kierunkach decydują najsilniejsi w Brukseli.

Polska jest tylko pewną wykładnią tej polityki, a jeżeli

się sprzeciwia tej głównej polityce i strategii, to wcześniej

czy później musi otrzymać reprymendę. Dzieje

się tak, kiedy jeszcze nie obowiązuje konstytucja europejska,

a co będzie, nie daj Boże, jeżeli ona wejdzie

w życie, skoro istnieje w tej konstytucji zapis o ministrze

spraw zagranicznych Unii Europejskiej? Ileż minister

spraw zagranicznych naszego kraju będzie miał

do powiedzenia wtedy?

Jest jakiś swoisty chichot historii. No, Leonid Breżniew

staje się znowu wiecznie żywy, bo jego doktryna

o ograniczonej suwerenności jakby tutaj zaczyna powracać

na arenę międzynarodową. Czy tak powinno

być, czy tak być musi?

Klub Parlamentarny Ligi Polskich Rodzin szanuje

wolę narodu wyrażoną w referendum, ale wyraźnie

stwierdzamy, że wszelkimi dostępnymi środkami, legalnymi

środkami, będziemy dążyć do tego, żeby Polska

uzyskała ponownie pełną suwerenność, a przy tym

również pełną suwerenność, jeśli chodzi o politykę zagraniczną.

Za śmiertelne zagrożenie uważamy właśnie tę

konstytucję, nawet może bardziej od samego wejścia

Polski do Unii Europejskiej. W przeciwieństwie do posła

Jana Marii Rokity, który z tej trybuny oświadczał:

Nicea albo śmierć!, po czym, depcząc nicejskie ustalenia,

niektórzy uważają, że można się na konstytucję

zgodzić, my – powtarzam, w przeciwieństwie do pana

Jana Marii Rokity – wołamy: Śmierć tej europejskiej

konstytucji, bo to śmierć dla niezależnego państwa

polskiego! (Oklaski) Żadne pokrętne tłumaczenia ekspertów

na zamówienie nie zmienią faktu, że jest ona

sprzeczna z obowiązującą polską konstytucją, a nawet

z tą przysięgą, którą my tu składamy jako parlamentarzyści,

kiedy rozpoczyna się kolejna kadencja Sejmu

– że będziemy strzec niepodległości Polski i jej suwerenności.

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Doświadczenia

smutne i bolesne, które dotykały naszą ojczyznę, winny

nas nauczyć, że na politycznej szachownicy przed

Polską rysuje się największe zagrożenie wtedy, gdy

następuje strategiczny sojusz Niemiec i Rosji, a jesteśmy

stosunkowo w lepszej sytuacji, kiedy Stany Zjednoczone

i Rosja mają lepsze stosunki bezpośrednie niż

Rosja i Niemcy.

Spotkanie w Soczi prezydentów Rosji, Niemiec

i Francji, przyjemne może dla niektórych, jeśli chodzi

o estetyczne wrażenia, ale u Polaków zapala się

czerwone światełko. I czy my na tej sali dyskutujemy,

jak stworzyć przeciwwagę dla tego rodzaju działania.

Dlatego że wiemy, jak wielką rolę Stany Zjednoczone

odgrywają na arenie międzynarodowej, Klub Parlamentarny

Ligi Polskich Rodzin w pełni zgadza się

z tezą, że jest to dla nas strategiczny sojusz, że gdyby

nie prezydent Wilson, sytuacja Polski w 1918 r. byłaby

znacznie trudniejsza, nie mielibyśmy prawdopodobnie

dostępu do morza. Ale też zdajemy sobie sprawę, że

Stany Zjednoczone popełniają błędy i wszędzie tam,

gdzie je popełniają, jak prawdziwi przyjaciele nie przytakujemy,

tylko ostrzegamy. Ojciec Święty Jan Paweł

II też ostrzega. Stany Zjednoczone nie powinny się angażować

w takim układzie, w jakim się zaangażowały,

w konflikt iracki. Było do przewidzenia, że łatwiej

będzie do Iraku wejść, niż z niego wyjść. I niestety,

ten scenariusz się dalej dzisiaj realizuje. Uważamy, że

prawdziwy przyjaciel nie tylko potakuje. Jeszcze raz to

stwierdzam. A nawet spójrzmy na to z punktu widzenia

naszego interesu narodowego. Czy leży w naszym

polskim interesie narodowym, żeby Stany Zjednoczone

rozpraszały swoje siły i gasiły konflikty wszędzie?

Naszym interesem jest, żeby Stany Zjednoczone twardo,

jednoznacznie militarnie były obecne w Europie.

A jeżeli będą się rozpraszać, to czy w tej Europie będą?

Mamy co do tego bardzo poważne wątpliwości. I dlatego

też co do konfliktu irackiego uważaliśmy, że Polska

jest sojusznikiem, ale w tamtym czasie błędem było

popieranie tejże interwencji, a paradoks obecnej sytuacji

polega na tym, że dobrego wyjścia z niej nie ma.

Z jednej strony bowiem, wyjście z Iraku to z humanitarnego

punktu widzenia ochrona naszych żołnierzy, to

też nieuczestniczenie w działaniach tworzących dwuznaczną

sytuację międzynarodową, a z drugiej strony,

to woda na młyn Francuzów, Niemców, którzy będą

sobie z Polski pokpiwać. Czy to znaczy, że my jako

Liga Polskich Rodzin nie wyrażamy wielkiego szacunku

dla naszych żołnierzy? Nie, wyrażamy olbrzymi

szacunek dla naszych polskich żołnierzy, którzy przecież

tam giną. Z ich punktu widzenia działają w dobrej

wierze. Ale tak naprawdę to został zawiązany węzeł

gordyjski, i przypominam, uczyniono to na podstawie

decyzji pana prezydenta i premiera, a Sejm dopiero

post factum o wszystkim się dowiadywał. Tak się polityki

prowadzić nie powinno. W Kortezach, we wszystkich

parlamentach tych krajów, które się zdecydowały

na interwencję w Iraku, była dyskusja i była decyzja

parlamentów. U nas takiej decyzji w parlamencie niestety

nie było. Oczywiście można by było dużo mówić

na temat tego, że nie zawsze nas sojusznik traktuje tak,

jak powinien traktować, ale to tak szeroka kwestia, że

lepiej nie psuć atmosfery w i tak nieraz nadwerężonych

stosunkach polsko-amerykańskich. Ale prosiłbym pana

ministra, żeby wreszcie do końca załatwić jedną rzecz.

Naprawdę dla amerykańskiego partnera, wielkiego, potężnego,

bogatego, nie jest aż tak konieczne to, żeby od

polskiego obywatela, który notabene potem wizy nie

otrzymuje, pobierać 100-dolarowe myto. To jest rzecz

niedopuszczalna pod każdym względem.

Wracając do sprawy interwencji, to też, cokolwiek

byśmy powiedzieli, te wszystkie głosy, które się w Europie

pojawiają, o Polsce jako o koniu trojańskim wynikły

z tej decyzji. Natomiast, powtarzam, żołnierze są

wspaniali, a jak byłem niedawno w Płowdiw, to bułgarscy

przyjaciele mówili, że z polskimi żołnierzami się

jak najlepiej współdziała. Tylko żeby ci nasi żołnierze

nie zostali tam ostatni. Hiszpanie wyszli, Ukraińcy mają

wyjść. Sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.

Od lat towarzyszy debacie nad polską polityką zagraniczną,

tak jakby na poboczu, pojawia się temat tego,

co się dzieje z prawem międzynarodowym, że dzisiaj

prawa człowieka często są wykorzystywane przeciwko

czemuś, co zawsze stanowiło podstawę stosunków

międzynarodowych, tzn. prawu suwerennych państw.

I trzeba było się z tym zgodzić. Jest taka pani Julie Zem

z Niemiec, która jest specjalistką od prawa międzynarodowego,

ale również znaną literatką. Ona wyraźnie pokazuje,

że Europa, świat powinny znaleźć inną formułę.

Oczywiście nie jest tak, że nie należy interweniować,

kiedy faktycznie dzieją się straszne rzeczy. Ale też nie

znaczy to, że zawsze to ma być pretekst. Bo pewien system

został stworzony, potem naruszony i teraz nie stworzono

zupełnie nowego.

Trzeba by było się zastanowić, jak polska dyplomacja

w tej sytuacji ma się zachowywać, bo ta pani

twierdzi wyraźnie, że po takich interwencjach, często

w dobrej wierze podejmowanych, następuje anarchia.

I my widzimy wyraźnie, że w Serbii tak się stało. Na

początku był pretekst: prawa człowieka i Albańczycy,

a dzisiaj rękoma Amerykanów, dzisiaj rękoma Europejczyków

niszczy się ostatnich Serbów w Kosowie,

a to kraina stara jak świat dla Serbów. A z drugiej strony,

proszę państwa, tam rodzi się zupełnie niewyobrażalny

dla Europy system rodowy, problem narkotyków

– to wszystko nie zostało przewidziane, a powinno zostać

przewidziane. Klub Parlamentarny Ligi Polskich

Rodzin wzywa polską dyplomację, żeby tutaj coś znaleźć.

Wiem, że byłyby tutaj próby reformy Organizacji

Narodów Zjednoczonych, ale powinniśmy prowadzić

szerszą dyskusję na ten temat. Jeszcze raz powtarzam:

nie można burzyć czegoś, kiedy się nie zastępuje tego

określonym systemem.

Bez wątpienia najważniejsze dla polskiej racji stanu

wobec znaczących zmian, jakie zachodzą w układzie sił

i charakterze Unii Europejskiej, stają się stosunki polsko-

niemieckie. Od wielu lat ostrzegaliśmy, iż cukierkowe

traktowanie przez większość tzw. elit naszego

zachodniego sąsiada prowadzi Polskę w ślepą uliczkę.

I niestety pojawia się jednak to zasadnicze pytanie, czy

winniśmy byli wtedy – a tutaj wielu z nas protestowało

– przyjmować formułę, według której naszym adwokatem

w sprawie wstąpienia do Unii Europejskiej miało

być tylko państwo niemieckie. Dzisiaj widzimy wyraźnie,

jaki to był błąd, że można było nawet w ramach

Unii Europejskiej znaleźć inne rozwiązania. (Oklaski)

I teraz, proszę państwa, Wysoka Izbo, popatrzmy na

ten bilans. Otóż dobrze się stało – dzisiaj chciałem

panu ministrowi tutaj za to podziękować, pan minister

twardo tę sprawę postawił – ale nie może być tak, że

Wysoka Izba zastępuje rząd, podejmuje dwie uchwały

bardzo ważne w tej kwestii: o reparacjach wojennych

i o zupełnym braku podstaw prawnych roszczeń niemieckich,

a potem premier czy minister spraw zagranicznych

to dyskredytuje. Przecież to była amunicja,

którą my jako Wysoka Izba daliśmy rządowi. (Oklaski)

Trzeba było z tego skorzystać. Bo, proszę państwa,

właśnie w Komisji Spraw Zagranicznych, wspólnej

komisji z parlamentarzystami niemieckiego Bundestagu,

wychodzi ta podwójna gra strony niemieckiej. Otóż

wszyscy powiedzieli, co myślą, każde z ugrupowań w

niemieckim Bundestagu, wszyscy się zadeklarowali,

że są przeciwko roszczeniom, a potem ja zadałem im

takie pytanie: Szanowni panowie, skoro tak, to niech

przemówi wasz klasyk, Karol – zawiesiłem głos i powiedziałem:

May, bo każdy z nas jako chłopiec czytał

„Winnetou”, a tam jest napisane, Winnetou tak mówi:

„Niech przemówią czyny”. Panowie, jesteście parlamentarzystami,

jesteście posłami do Bundestagu, wy

macie siłę sprawczą, zmieńcie 116 artykuł konstytucji,

który zakłada istnienie Niemiec w granicach z 1937 r.,

jeśli chodzi o prawa obywatelskie, zmieńcie prawo cywilne,

które daje doktrynę prawną Niemcom do roszczeń.

Wtedy uznam, że strona niemiecka wypełnia to,

co deklaruje (Oklaski), a za deklaracjami pana kanclerza

Schroedera, pięknymi w słowach – ja nie twierdzę,

że były podyktowane złymi intencjami – musi pójść

prawo, bo amunicję będzie miał pan Pawelka, będą

mieli inni.

Prosiłbym o to, żądam tego w imieniu Ligi Polskich

Rodzin, żeby tych kwestii tutaj dopilnować, bo nawet

te dokumenty, które tutaj PISM nam przygotował, zbiór

dokumentów dotyczących kwestii odszkodowawczych

między polską stroną a niemiecką, to wreszcie krok naprzód.

Dotychczas było tak, że był to temat tabu, a jak

się o tym mówiło, to się było oszołomem, to się nie

znało prawa, a teraz się okazuje, kto był oszołomem

i kto nie znał prawa. (Oklaski) Tak że wszędzie tam,

gdzie można to powiedzieć, to trzeba to powiedzieć.

I też tym razem będę może dość oryginalny, bo zawsze

Liga jest poczytywana tylko za takie krytykujące ugrupowanie,

i podziękuję panu ministrowi Rotfeldowi

– pan wreszcie powiedział to, co się powinno mówić

w tej sprawie. Jest 60-lecie powrotu Ziem Zachodnich

do macierzy. Dlaczego my mamy zawsze się

z tym chować, mówić: 50 lat od zakończenia wojny. Ta

decyzja Poczdamu to nie była tylko rekompensata za

utracone ziemie wschodnie, ale pewna dziejowa, historyczna

prawidłowość i sprawiedliwość. I dlatego nie

wstydźmy się, bo skoro naród żydowski po 2 tysiącach

lat mógł wrócić do Izraela, to tak samo Polacy po 300,

po 400, po 500, po 100 latach mogli wrócić do piastowskiego

gniazda. I tego się nie wstydźmy. (Oklaski)

Szanowni Państwo! Jeśli chodzi o Rosję, o stosunki

z Rosją – pan poseł Chaładaj chyba czytał wcześniej

moje wystąpienie, ale od ręki napisane – w każdym razie

jeśli chodzi o Rosję, to też jakoś jesteśmy zdominowani

dziwaczną polityką wobec Rosji. My cały czas uważaliśmy,

że Rosję trzeba traktować po partnersku, choć

pomiędzy Rosją a Polską są historyczne zaszłości trudne

do pogodzenia. Uważamy, że trzeba – tak jak z Niemcami

– pewien bilans zamknąć. To i Rosja wobec Polski

jest odpowiedzialna za zbrodnie na Wschodzie – i trzeba

o tym rozmawiać – ale też musimy sobie zdawać sprawę

z pozycji Rosji na świecie. Rosja to kolos i trzeba z tym

kolosem dobrze żyć i znajdować takie punkty, zwłaszcza

w sprawach gospodarczych, ekonomicznych szerzej,

w kwestiach związanych z kulturą, wymianą młodzieży,

żeby doprowadzić wreszcie do pełnej normalizacji.

Bardzo przepraszam, panie marszałku, może jeszcze

troszeczkę przedłużę, bo to jest dość poważna debata.

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Proszę bardzo.

Poseł Janusz Dobrosz:

Wysoki Sejmie! Chciałbym też powiedzieć, że w Polsce

– i to z naszej strony właśnie, chcemy to wyraźnie

powiedzieć – jest troszeczkę takie zawieszenie w stosunku

do Czech. My uważamy, że dla Polski, jeśli chodzi

o strategicznego partnera, może bardziej niż Ukraina tym

strategicznym partnerem powinny być Czechy. Pomiędzy

naszymi narodami jest przeróżna zaszłość historyczna.

Trochę lekceważymy Czechów, trzeba powiedzieć szczerze,

z kolei Czesi nie zawsze mają do nas zaufanie, nie

zawsze mają rację, bo to nie tak jest w historii, że tylko

my byliśmy winni, ale naszym dziejowym posłannictwem

jest stworzenie naprawdę modelowej współpracy

pomiędzy naszymi państwami. Zarówno pozytywny

rozwój w Europie i na świecie, jak i pewne zagrożenia

nas wspólnie łączą – Czechy i Polskę – i czas naprawdę

w tym kierunku zintensyfikować działania, choć wiem, że

są podejmowane.

Natomiast co do kwestii ukraińskich chcę powiedzieć,

że my nie jesteśmy rusofilami, co nam tutaj

wielu zarzucało, lecz na kwestię Ukrainy patrzymy,

uwzględniając dość skomplikowane problemy, które

tam się pojawiają. Teraz można mieć dobre intencje,

dobrze, że demokracja na Ukrainie wygrała, ale już

ktoś dzisiaj tu zapytał: gdzie przewidziana jest pierwsza

wizyta pana prezydenta Juszczenki? Zastanówmy

się. Popatrzmy też na to, że zaplecze prezydenta Juszczenki

często może budzić w polskich obywatelach

strach i jeżenie się włosów. A UPA, a OUN? Na litość

Boga, przecież to są zbrodniarze. Naprawdę mam nadzieję,

że Juszczenko ich pogoni, ale pewne zagrożenie

istnieje. Na tej szachownicy – powtarzam – może się

wydarzyć, że przy dobrej uwerturze na samym początku

dojdzie do pewnego rozpadu, dekompozycji ukraińskiego

państwa. A czy to będzie w polskim interesie

narodowym? Bardzo w to wątpię.

Wysoka Izbo! Chciałbym też potwierdzić słuszność

– tak uważam, tak nasz klub uważa – kierunku zakładającego

bardziej intensywną współpracę z Wielką Brytanią.

Szkoda, że dopiero teraz. Wcześniej nie było tak

wyraźnego trendu. Wielka Brytania w wielu kwestiach

podobnie patrzy na kwestie europejskie. Wiem, że są

z Churchillem różne konotacje historyczne, ale my chyba,

nauczeni przez historię, będziemy umieli wyczuć,

kiedy jesteśmy przedmiotem gry wielkich, a kiedy umiemy

jako podmiot w tym wszystkim znaleźć się.

W ostatnim momencie chciałbym, panie marszałku,

Wysoki Sejmie, powiedzieć o kwestii antypolonizmu.

Bardzo się cieszę, że pan minister po raz pierwszy

w tej sali tak twardo postawił sprawę. Wara wszystkim,

którzy haniebnie oskarżają Polskę o antysemityzm

i nas o współudział w mordowaniu narodu żydowskiego.

Tych wszystkich ludzi trzeba odesłać do konkretnej

wiedzy, ale też od czasu do czasu pozwy sądowe im

wytoczyć, bo to, co się stało ostatnio w Norwegii, czy

to, co się dzieje we Włoszech, to nie jest przypadek. To

nie jest tak, że ci ludzie nie znają historii, to jest atak na

Polskę. Nie chcę być złośliwy, bo uważam, że wśród

Norwegów jest wielu naszych przyjaciół, ale Polska

Quislinga nie stworzyła. W Polsce były zupełnie inne

przepisy, które dotyczyły narodowości żydowskiej,

a inaczej u nas. Ten proces trzeba raz na zawsze przerwać

(Oklaski), bo to godzi w nasze interesy narodowe.

I dobrze, że tutaj pan minister o tym mówi. A przecież

możemy się posiłkować też wieloma ekspertyzami

osób, którym nikt nie zarzuci braku wiarygodności, bo

pan Finkelstein sam jest pochodzenia żydowskiego.

Jest to Żyd, który pięknie pisze, w jaki sposób te kwestie

trzeba rozwiązać, i nie, że zawsze jego rodacy są

w tych kwestiach uczciwi wobec Polski i Polaków.

Reasumując, panie marszałku, Wysoki Sejmie, dostrzegamy

w tym wystąpieniu szereg nowych, pozytywnych

elementów, ale uważamy, iż przyjęcie i podpisanie

się polskiego rządu pod czymś takim jak konstytucja europejska

mimo wszystko nie pozwala nam w pełni popierać

polityki zagranicznej rządu, chociaż jeszcze raz

powtarzam: staramy się w tych kwestiach i być krytyczni,

i dostrzegać tam, gdzie można, pozytywy, w pełni je, że

tak powiem, akceptować i w pełni popierać.

Nie mamy czasu – bo czas na wystąpienie w imieniu

klubu jest ograniczony – na dyskusję na temat naszej

współpracy z Azją. Słuszna teza – powinniśmy

współpracę z wielkim, potężnym państwem chińskim

intensyfikować. I z Indiami, z Bliskim Wschodem,

z krajami afrykańskimi. Ale też poza tym wyrażamy

wątpliwość, czy świat dzisiaj, biorąc pod uwagę

charakter tego wielkiego wydarzenia, charakter tych

wszystkich tragedii, które były w Darfurze, udziela

poparcia ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, bo

z kolei jeśli chodzi o Azję, to widać, że świat, społeczność

międzynarodowa wykazuje się tutaj pozytywnie,

pokazuje solidarność wobec tej wielkiej tragedii.

Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi.

Proszę o zabranie głosu pana posła Marka Pola

w imieniu Klubu Parlamentarnego Unii Pracy.

Poseł Marek Pol:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Gdy pan poseł

Dobrosz wymienił imię pewnego bliskiego mi wodza

indiańskiego, myślałem, że jego wystąpienie dobiega

już końca. Okazało się, że jednak nie. Oczywiście zgadzam

się z wieloma tezami zawartymi w wystąpieniu

mojego przedmówcy, postrzegam jednak, że odwołując

się do tego, co wspólnie czytaliśmy, a więc do Karola

Maya, czasem możemy popaść w pewne uproszczenia,

i w związku z tym namawiam, abyśmy tego unikali.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Jest to jedna z ważniejszych

debat, która odbywa się dorocznie w parlamencie,

debata nad zadaniami polskiej polityki zagranicznej

na rok przyszły. Rok 2004 w polskiej polityce zagranicznej

– nie ma chyba co do tego żadnej wątpliwości

– był bardzo ważny i dobry, ale był to też rok trudny.

W dużym stopniu to, co działo się w roku 2004 w polskiej

polityce zagranicznej, będzie wpływało na możliwości

realizowania zadań w tym obszarze w roku 2005,

a więc na moment cofnijmy się do tego roku. Był to niezwykle

ważny rok dla polskiej polityki zagranicznej, dla

Polski jako całości, bo weszliśmy do Unii Europejskiej,

co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jest to historyczna

data, 1 maja 2004 r. pozostanie w podręcznikach

historii na wiele, wiele pokoleń Polaków i fakt wejścia

do Unii Europejskiej zdeterminuje nasze życie w stopniu

znacznie większym, niż nam się dzisiaj to wydaje.

Rok ważny – mówię o roku 2004 – bo zakończyliśmy

trudny proces dochodzenia do traktatu konstytucyjnego

w Unii Europejskiej, rok ważny również dlatego, że

uczestniczyliśmy jako Polska – uczestniczył prezydent,

minister spraw zagranicznych – w ważnych dla Polski

i w ogóle dla demokracji europejskiej wydarzeniach na

Ukrainie, wydarzeniach zakończonych pomyślnie, zwycięsko

właśnie dla demokracji.

Pomimo jednak tych niewątpliwych sukcesów

polskiej polityki zagranicznej mamy szereg zjawisk,

z których nie możemy być zadowoleni. Mówił o tym

częściowo pan minister Rotfeld. Na pewno nie poprawiły

się, lecz raczej pogorszyły się nasze stosunki

z Rosją. Lista obszarów potencjalnego konfliktu

z Rosjanami jest coraz dłuższa, a nie coraz krótsza. Na

pewno pomimo bardzo pozytywnego stanowiska rządu

niemieckiego i starań ze strony rządu polskiego wzrosło

napięcie pomiędzy Polakami i Niemcami, a w konsekwencji

między Polską a Niemcami. Na pewno rok

2004 był trudny dlatego, że jesteśmy uwikłani w wojnę

iracką, a nasza obecność w Iraku jest coraz poważniej

kwestionowana przez większość społeczeństwa, a także

jesteśmy coraz bardziej osamotnieni – nasi żołnierze

są coraz bardziej osamotnieni, coraz mniej krajów

uczestniczy wraz z nami w misji nazywanej przez nas

misją stabilizacyjną, ale przez część Irakijczyków nazywanej

okupacją – w tej misji w Iraku. Ten rok był

też trudny dlatego, że nasze znakomite polityczne stosunku

z USA, z których powinniśmy się cieszyć, nie

znajdowały odbicia w efektach rzeczowych, w tych

kwestiach, które są ważne dla Polaków, a więc w sprawach

gospodarczych i w sprawach dostępności Stanów

Zjednoczonych dla naszych obywateli.

Jedna jeszcze kwestia ważna, o której wspomniał

pan minister Rotfeld, za co mu dziękuję, bo znamienna.

Otóż po raz pierwszy w roku 2004 w sprawach polityki

zagranicznej doszło do dosyć ostrych politycznych

napięć wewnątrz kraju. Partie polityczne przestały mówić

w niektórych kwestiach, w tym w kwestii irackiej,

w kwestii niemieckiej, trochę w kwestii rosyjskiej, jednym

głosem. To nie jest dobre zjawisko, to jest coś,

czego wystrzegaliśmy się do tej pory, niemniej ten rok,

rok 2004, przyniósł tę nowość i ta nowość może być

dalej kontynuowana.

Podsumowując ten rok, który jest podstawą zadań

dla 2005 r., możliwości w 2005 r., jakie rysują się

w polityce zagranicznej, możemy powiedzieć, że jest

to rok zdecydowanie pozytywny, pozytywy bowiem

zdecydowanie przeważają nad negatywami w polskiej

polityce zagranicznej.

Przechodząc zaś do roku 2005, podzielę się pewną

refleksją natury ogólnej. Otóż jestem przekonany – jest

to zjawisko zupełnie naturalne – że większość obywateli

naszego kraju, gdy słyszy o debacie, o polskiej polityce

zagranicznej, o polskiej dyplomacji, w małym stopniu

zdaje sobie sprawę ze związków tego, co się robi w polityce

zagranicznej, z codziennym ich życiem, z możliwością

zdobycia pracy, z możliwością zdobycia pieniędzy

na życie, z poprawą swojego statusu, z większą dostępnością

świadczeń ze strony państwa, a więc, krótko

mówiąc, większą zamożnością państwa. Tego prostego

związku nie ma.

To widzenie polityki zagranicznej się zmienia

oczywiście, bo wejście do Unii Europejskiej i pieniądze

stamtąd płynące są dostrzegane. Wielu ludzi widzi,

że dzięki naszemu członkostwu w Unii Europejskiej

mamy pewne dodatkowe możliwości, ale to skojarzenie

jest dość odległe. Wydaje się również, że takie

proste skojarzenie, iż bardzo wiele w Polsce zależy od

tego, jak nam się układa polityka zagraniczna, szeroko

rozumiana, realizowana przez bardzo wiele podmiotów

tej polityki ze strony polskiej, ta świadomość

też nie została bardzo wyraźnie zarysowana w bardzo

oczywiście profesjonalnie przygotowanym dokumencie,

prezentowanym przez pana ministra Rotfelda.

Mając świadomość tego, jakie to ma znaczenie,

i przykładając ten 8-punktowy – myślałem, że to dekalog

będzie, ale to jest 8 punktów – plan priorytetów, dopiero

wówczas możemy dojść do wniosku, że rzeczywiście

polityka zagraniczna ma ogromny wpływ na to, jak

żyjemy, na to, czy mamy pracę, czy jej nie mamy, czy

mamy możliwości lepszego życia, czy ich nie mamy.

Wszyscy natomiast, którzy się zajmują zawodowo

polityką zagraniczną, doskonale wiedzą, że Polska,

przede wszystkim dzięki wejściu do Unii Europejskiej,

zyskała absolutnie historyczną szansę, historyczną

możliwość pokonania różnic i zapóźnień, szczególnie

różnic w poziomie rozwoju gospodarczego, zapóźnień

i słabości polskiej gospodarki, a także, przepraszam,

dość wyraźnych różnic w poziomie życia społeczeństw,

polskiego i rozwiniętych krajów „piętnastki”, należących

do tej pory do Unii Europejskiej. Ta historyczna

szansa będzie trwała około 10 lat, nie dłużej. Przez

ten czas będziemy krajem, co do zasilania którego

w środki europejskie opory nie będą zbyt wielkie. Będą

one narastały wraz ze zwiększającą się liczbą członków

Unii Europejskiej. Najbliższe lata, te, w których

będziemy w Unii Europejskiej za obecnego budżetu

Unii, i te lata, na które już dziś przygotowujemy Narodowy

Plan Rozwoju, od 2007 r. do 2013 r., to są lata,

które możemy i musimy spożytkować na to, by Polska

zrobiła wielki skok gospodarczy, cywilizacyjny i społeczny.

Jeżeli te lata przepuścimy, jeżeli rozmienimy

się na drobne, to drugiej takiej szansy, jak sądzę, w tym

wieku Polska mieć nie będzie. Temu właśnie celowi,

wyraźnemu ruchowi do przodu polskiej gospodarki,

poziomu życia ludzi, szans, jakie Polacy mogą zyskać

dopiero dzięki otwarciu na Europę, temu muszą być

podporządkowane wszelkie działania wszystkich organów

państwa, w tym polska polityka zagraniczna. To

trzeba jasno powiedzieć. Temu ona powinna służyć.

Jest czasem tak, że polityka zagraniczna, dyplomacja

– mająca dłuższy horyzont i myśląca nie tylko o bieżących

warunkach życia obywatela – rozmija się nieco

z tym, co buduje się wewnątrz kraju. Jest to kwestia bezpieczeństwa,

kwestia przyszłych sojuszy. Dziś mamy

okazję, aby zadania, które musimy realizować, by wykorzystać

swoją szansę, łączyć z tymi, które są związane

z naszym bezpieczeństwem, i tymi, które są związane

z naszą strategią na długą przyszłość.

Budowa silnej pozycji Polski, wykorzystanie tej

szansy wymaga spełnienia kilku podstawowych warunków.

Po pierwsze, musimy mieć silną pozycję w Unii

Europejskiej, bo tylko taka pozycja daje nam szansę

w walce o środki, w walce o nasze interesy wtedy, kiedy

podejmowane są na forach Unii Europejskiej najważniejsze

dla nas decyzje.

Oczywiście dziś mówimy: Potrzebujemy jak najwięcej

pieniędzy. I to jest prawda, bez pieniędzy nie

ma szans na rozwój. Jednak po to, aby te pieniądze

uzyskać, Polska musi jawić się jako partner silny, ale

przewidywalny, taki, który jest gotów współpracować:

umie powiedzieć „nie”, ale też potrafi znaleźć konsensus,

zrozumieć partnera, to, że partner też ma swoje

oczekiwania i swoje interesy.

Taką postawę Polska zaprezentowała w pracach

nad konstytucją europejską. Byliśmy nieomal jedynym

państwem, który sprzeciwiał się przyjęciu konstytucji,

czyli właściwie nie akceptowaliśmy konstytucji bardzo

długo, jednak potrafiliśmy też w pewnym momencie,

po odpowiednich korektach traktatu, powiedzieć „tak”

i znaleźć możliwość konsensusu, porozumienia z innymi

krajami.

Unia Pracy uważa, że w roku bieżącym dla znaczenia

Polski w Europie, dla znaczenia Polski w Unii Europejskiej

akceptacja traktatu konstytucyjnego Unii jest

nieodzowna. Jesteśmy absolutnie przeciwni różnym

sztuczkom i kombinacjom, które są proponowane, aby

decyzję w tej sprawie odkładać na jak najpóźniej, aby

referendum w tej sprawie odbyło się jak najpóźniej.

Bogiem a prawdą, nigdy nie wiadomo, czy ci, którzy

mówią, że chcą późniejszego referendum, tak naprawdę

chcą referendum, czy chcą doprowadzić do sytuacji, że

ważne referendum się nie odbędzie. Decyzję podejmie

przyszły parlament, zdominowany, jak wszystko na to

wskazuje, przez siły niezbyt przychylne naszej integracji

z Unią Europejską. My członkowie, sympatycy Unii

Pracy będziemy namawiali do tego, aby referendum odbyło

się w tym roku. Apelujemy do polskiego rządu, do

ministra spraw zagranicznych, do premiera, będziemy

wspierali ze wszystkich swoich sił wszystkie działania

na rzecz poparcia traktatu europejskiego.

Szybki rozwój gospodarczy, a właściwie inaczej:

miejsca pracy, bardziej dostatnie życie naszych obywateli,

lepsze możliwości pomocy tym, którzy nie są

w stanie zarobić na siebie, a więc summa summarum

szybszy rozwój gospodarczy jest możliwy wtedy, kiedy

mamy uspokojoną sytuację wokół. Oczywiście

pierwsza i zasadnicza kwestia to nasze dobre stosunki

wewnątrz Unii Europejskiej, ulokowanie się w centrum

wydarzeń, ulokowanie się w tym obszarze, co do

którego nie ma wątpliwości, że są najważniejsi w nim,

ale niezwykle ważne są też nasze stosunki z naszymi

najbliższymi sąsiadami, z tymi sąsiadami, z którymi

brak dobrych stosunków może na tyle angażować nas

wszystkich, iż z szansy rozwojowej nie skorzystamy.

Mówię oczywiście o stosunkach z Rosją i stosunkach

z Niemcami. Z Rosją stosunki polityczne układają

się w ostatnim czasie nie najlepiej. Wydaje się, że wina

leży po obu stronach i że trudno będzie przełamać pewne

uprzedzenia, pewne fobie, pewne kompleksy, które

są również u nas w kraju, ale trzeba starać się je przełamywać,

trzeba starać się szukać w partnerach tego,

co dobre, a nie wyłącznie tego, co złe, trzeba starać się

szukać wspólnych możliwości znajdowania rozwiązań,

a nie wyłącznie podejrzewania drugiej strony o złe zamiary

i niechęć.

Podobnie stosunki z Niemcami. Wbrew pozorom

i wbrew deklaracjom władz obu krajów – w tym zakresie

jest lepiej, władze deklarują absolutną współpracę

– niestety lista problemów narasta. Ta narastająca lista

problemów pojawia się najpierw chyba po stronie niemieckiej.

Są to kwestie odszkodowań osób fizycznych,

które co prawda nie są popierane przez rząd, ale grożą

naszym właścicielom gruntów, ziemi, kamienic, domów,

gospodarstw. Reakcja z naszej strony jest bardzo

zdecydowana. Niektórzy namawiają do niezwykle ostrej

reakcji, co moim zdaniem jest absolutnym błędem.

Wydaje się, że problemy, które są między Polską

a Niemcami, można załatwić dobrze tylko wtedy, kiedy

nie będzie zamiatało się ich pod dywan, kiedy będzie

mówiło się jasno i jednoznacznie, gdzie jest problem

odszkodowań i reparacji, ale gdzie jest też problem od-

szkodowań dla osób fizycznych np. wyjeżdżających do

Niemiec po latach 50., w każdym razie nie bezpośrednio

w wyniku przesunięcia granic.

I jeszcze jeden obszar spraw – panie marszałku,

będę się zbliżał do końca, ale proszę o pewną wyrozumiałość

– a mianowicie kwestia naszego bezpieczeństwa.

Polska jak rzadko który kraj, Polacy jak rzadko

który naród wiedzą, co znaczy wojna, jakie nieszczęścia

ze sobą niesie, jakie dramaty, ile zniszczonych planów,

ilu zabitych i okaleczonych psychicznie i fizycznie

ludzi. W związku z tym nie ma żadnej wątpliwości,

że naszym nadrzędnym i strategicznym celem całej

polityki zagranicznej, w tym realizowanej w tym roku,

jest kwestia bezpieczeństwa Polski.

Chcąc być bezpieczni, wstępujemy do Unii Europejskiej,

to są gwarancje bezpieczeństwa, ale przede

wszystkim chcąc być bezpieczni, staliśmy się członkiem

NATO. Chcąc być bezpieczni, zdecydowaliśmy

się na strategiczną współpracę, na strategiczne partnerstwo

ze Stanami Zjednoczonymi. W ramach tego strategicznego

partnerstwa zdecydowaliśmy się wesprzeć

naszego partnera w wojnie irackiej, w wojnie, która

miała wyeliminować kraj grożący bronią masowego

rażenia. Okazuje się, że tej broni tam nie było. Unia

Pracy miała spore wątpliwości, czy wysłanie polskich

wojsk na tę wojnę jest słuszne. Dziś nie mamy żadnych

wątpliwości, że trzeba polskie wojska stamtąd wycofywać.

Chcemy podziękować panu premierowi Belce i polskiej

dyplomacji, że twardo stali na stanowisku, że wybory

w Iraku muszą odbyć się z końcem stycznia, tak jak zadeklarowano,

i że władzę trzeba przekazać Irakijczykom.

To było pierwsze zobowiązanie, które złożył pan premier

Belka w rozmowach z Unią Pracy i jedna z pierwszych

deklaracji, która spowodowała, że poparliśmy rząd pana

premiera Belki. Drugie zobowiązanie było takie, że

niezwłocznie po powołaniu rządu irackiego wybranego

w demokratycznych wyborach polska dyplomacja podejmie

zdecydowane kroki w kierunku wycofania polskich

wojsk, a w każdym razie aby w jak najkrótszym czasie

dokonać wyraźnej zmiany ich statusu na wojska pokojowe,

wojska ONZ. Oczekujemy tego drugiego roku. Rok

2005 będzie wyjątkowym sprawdzianem dla Polski, dla

rządu polskiego, dla premiera i zobowiązań, które składał

mojemu klubowi, ale nie tylko, składał je również społeczeństwu.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Bardzo wysoko

oceniamy funkcjonowanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych,

polskiej służby dyplomatycznej oraz osobę

pana ministra Rotfelda. Wydaje się, że trudno panu

ministrowi gratulować tego stanowiska, gratulujemy

rządowi Polski, że ma takiego ministra spraw zagranicznych.

Mogę obiecać w imieniu Unii Pracy, że będziemy

wspierali działania ministra spraw zagranicznych,

rządu i prezydenta. Będziemy również starali się

działać w parlamencie. Będziemy wspierali działania

służące tym celom, o których i pan minister mówił,

i my mówiliśmy, a mianowicie wykorzystania przez

Polskę historycznej szansy i budowania warunków do

tego, aby ta historyczna szansa była możliwa do wykorzystania

przez Polskę. Dziękuję za uwagę. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi.

Proszę o zabranie głosu pana posła Romana Jagielińskiego

występującego w imieniu Partii Ludowo-Demokratycznej.

(Poseł Gabriel Janowski: Partii czy klubu?)

Tak, w imieniu Partii Ludowo-Demokratycznej.

(Poseł Gabriel Janowski: Myślałem, że tu mówi się

w imieniu klubu lub koła.)

Poseł Roman Jagieliński:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Mogę tylko powiedzieć,

że rok 2004 w polityce zagranicznej jest pewnym

ukoronowaniem naszych dążeń do wspólnej Europy,

do tego, czego nam bardzo brakowało, bo czuliśmy

się jakby odgraniczeni Odrą od tej swobody obywateli,

przestrzegania wszystkiego, co nazywa się wolnym

rynkiem, swobodą działalności gospodarczej, a przede

wszystkim mieliśmy inne przyzwyczajenia, jeśli chodzi

o realizację pewnych polityk, nawet sektorowych.

1 maja jest sukcesem. Zawsze prezentowałem ten pogląd,

prezentuję i będę prezentował, bo uważałem, że

przystąpienie do Unii Europejskiej to nie tylko sukces

pod względem bezpieczeństwa dla naszego państwa,

ale przede wszystkim tej odradzającej się demokracji

jeszcze nie do końca ustabilizowanej, w procesie transformacji

ustrojowej. Te wzorce, które zostały wypracowane

przez lata, mogą tylko dobrze służyć Polsce,

Polakom i polskiej gospodarce – jeszcze dodatkowo

podkreślam – polskiej wsi i polskiemu rolnictwu.

Przypominam sobie wieloletnie spory, jaki ma mieć

kształt polityka rolna, polityka wobec wsi. W latach 90.

tu na tej sali stronnictwa reprezentujące polską wieś

niejednokrotnie wadziły się. Zawsze stałem na stanowisku,

że ta polityka nie może być inna niż w Unii

Europejskiej, tylko jest kwestia tego, kiedy do tej Unii

dostaniemy się. Jak już weszliśmy, to sporów nie ma.

Dzisiaj wiemy o tym, że jest określony poziom dopłat

bezpośrednich, są określone wzorce działalności rolniczej,

musimy tylko dbać o rynki, musimy też w tych

sprawach aktywizować środowisko. Nie ma też sporu,

jaka jest powierzchnia gospodarstwa. Gdyby nie dzień,

w którym podpisaliśmy w Atenach traktat o przystąpieniu

Polski do Unii Europejskiej, to może jeszcze

wadzilibyśmy się o ustrój rolny. Dzisiaj mamy ten

ustrój i wszyscy cieszymy się z tego. Nie ma sporów,

gospodarstwo rodzinne od 1 ha do 300 ha. Stawiamy

na rolnictwo konkurencyjne. Nie ma też sporu, ilu tych

rolników ma być, bo dla każdego jest miejsce, każdy

swoją przedsiębiorczością może zapewnić dziś byt rodzinie,

a może także stworzyć takie warunki, że jego

następcy będą się cieszyć, że będą także rolnikami. I to

jako przedstawiciela polskiej wsi mnie bardzo cieszy.

Rok 2004 to regulacja także pewnych problemów,

które dotyczą roszczeń między Polską a Niemcami.

Jak tamci podnieśli głos, to i my to zaakcentowaliśmy

też w tym parlamencie, o czym zresztą moi przedmówcy

już mówili. Też określiliśmy, jakie mogą być

warunki, co i komu się należy. I wreszcie ten rząd,

a to były przecież dwa rządy: Leszka Millera i Marka

Belki, doprowadził do tego, że z tamtej strony też

następuje wyspokojenie, tak to określam: wyspokojenie,

bo nie twierdzę, że uspokojenie i zrezygnowanie

z żądań. Jeśli jednak już adresują te żądania, to nie do

nas Polaków, nie do naszego państwa, nie do naszego

budżetu, tylko do swojego niemieckiego budżetu, że

jeśli im się należą rekompensaty z tytułu wypędzenia,

jak to jeszcze określają – a ja to określam, że przede

wszystkim zmiany miejsca zamieszkania z terytorium

Rzeczypospolitej Polskiej na terytorium Niemiec – to

niech żądają od tych, którzy doprowadzili do wybuchu

II wojny światowej, do zajęcia Rzeczypospolitej i do

tego, że te ziemie zostały nam zwrócone.

Rok 2004 to też sprawa iracka, trudna, ale zachowujemy

się tutaj niezwykle przyzwoicie. Postanowiliśmy,

że będziemy wspierać demokratyzację w Iraku,

postanowiliśmy być partnerami w ramach Paktu Północnoatlantyckiego,

a przede wszystkim partnerami

dla największego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone.

Myślę, że potwierdziliśmy tu tę wolę wielkim

wysiłkiem i także wysokimi wydatkami. Oczywiście

zgadzamy się z tym, że naród iracki winien stanowić

o sobie. Moment wyborów, moment utrwalenia tej demokracji,

nawet niech to będzie na wzór iracki, winien

być przyczyną, żeby jak najszybciej te wojska z Iraku

wyszły, ale wtedy, kiedy wychodząc stamtąd, będziemy

mieli gwarancję, że znów nie odrodzi się reżim

w stylu Saddama Husajna.

Rok 2004, i także możemy tu mówić o roku 2005, to

czas, gdy powinniśmy kontynuować nasze stanowisko

w sprawie Ukrainy. Myślę, że możemy to odnotowywać

z sukcesem. Jest to wielka sprawa, a jednocześnie

efektywne zachowanie się prezydenta i naszych służb,

w tym także dzisiejszego marszałka Włodzimierza Cimoszewicza,

a wtedy ministra spraw zagranicznych.

Radziłbym jednak przyglądać się temu, monitorować,

być aktywnym, żeby to, co zostało wykształtowane

w ramach tzw. pomarańczowej rewolucji, nie zostało

zaprzepaszczone, żeby znów nie odrodził się klimat

antypolski, a byłem niejednokrotnie świadkiem zachowań

na terenie Ukrainy, gdzie kilkanaście czy kilka lat

temu tę antypolskość jeszcze się wyczuwało. Myślę, że

jeśli dzisiaj są te pewne przewartościowania, to wzajemnie

powinniśmy to szczególnie szanować i utrwalać,

tak aby ta nowa władza nie dopuściła znów do czynów

nieprzyjaznych Polsce. Myślę, że to, iż możemy

naród ukraiński wesprzeć w drodze do Unii Europejskiej,

jest dla nas szczególnie korzystne.

Dziś pan minister i także moi przedmówcy mówili

o Mołdowie, mówili też o Białorusi. Uważam, że tych

państw też nie możemy zostawiać samym sobie w ich

polityce zagranicznej i powinniśmy stwarzać im klimat

przyłączenia do wspólnej Europy.

Brakuje mi na pewno w polityce europejskiej jednego

obszaru. Nie ma odniesienia, panie ministrze,

do sytuacji na Bałkanach. Słyszałem, przeglądałem

wystąpienie, jest odniesienie tylko do Słowenii jako

kraju, który przystąpił do Unii Europejskiej. Na pewno

jesteśmy bliscy Chorwatom, winny odżyć stare przyjaźnie

do Serbów, ale nie zapomnijmy, że mamy tam

Macedonię, że mamy tam Albanię. Źle działoby się

w przyszłości w polityce europejskiej, gdyby całość się

uładziła, a zostałby ten jeden, bardzo trudny do rozwiązania

problem, który mógłby znów się odrodzić

za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat tak straszną rzezią

wzajemną, jak to było na początku lat 90. Tu musimy

zdecydowanie także aktywizować wszystko to, co jest

związane z Unią Europejską czy z Paktem Północnoatlantyckim,

żeby do podobnej sytuacji u nam bliskich

narodów nie doprowadzić. Przecież prawda jest taka,

że z częścią z nich prawie możemy się w języku polskim

porozumiewać, tym bardziej nas to zobowiązuje,

żeby tą polityką bałkańską się zająć.

Z wielką satysfakcją, to chcę podnieść szczególnie,

przyjąłem to zadanie ósme. „Po ósme – chcę to odczytać

z tego pańskiego wystąpienia, panie ministrze – polska

polityka zagraniczna ma osiągnąć cele służące polskiej

gospodarce i polskim podmiotom gospodarczym,

przedsiębiorstwom”. Zapewne działania są, ale one są

przez przedsiębiorców uważane za niewystarczające.

Ma nastąpić ekonomizacja służb i myślę, że to jest ten

dobry kierunek. Na pewno ten wyjazd, bardzo potrzebny,

do Japonii, do Wietnamu, do Sri Lanki, on pokazał,

że możliwości są. Ale jeśli patrzy się na możliwości

handlu z Wietnamczykami, z którymi przecież kiedyś

bardzo owocnie współpracowaliśmy, że w stosunku do

potencjału nasze możliwości są wykorzystywane w tak

ograniczony sposób, to trzeba mówić, że należy jeszcze

bardziej intensywnie na tym polu pracować, żeby

dla przedsiębiorców, dla polskiej gospodarki te warunki

zmienić.

Moi przedmówcy i pan też mówił dużo o stosunkach

z Rosją, o tej wzajemnej winie nawet mówił tu

mój przedmówca Marek Pol. Ja uważam, że w nas, Polakach,

i myślę, że w służbie dyplomatycznej jest zbyt

dużo czegoś, co wywołuje u nas obawę, że Rosjanie

a to ograniczą nam bezpieczeństwo energetyczne, a to

w ogóle bezpieczeństwo. I jak mogą, stawiam to pytanie,

Rosjanie ciągle myśleć o Polakach, jeśli my ich do

Polski w układ ochrony własnych interesów prawie nie

wpuszczamy? Byłem świadkiem wieloletnich dyskusji,

czy mamy wpuścić do polskiej bankowości kapitał

rosyjski czy też nie. Do tej pory tak jest, że nie mamy

wspólnego banku. Bardzo często obsługę przedsięwzięć

gospodarczych, kontraktów prowadzimy za pośrednictwem

banków zewnętrznych. A jak dyskutujemy

teraz w sposób szczególny, bo w komisji śledczej,

o problematyce prywatyzacji, że mogliby zainwestować

w Grupę Lotos czy w rafinerię, wtedy gdańską nazywaną,

to przecież niemalże jeszcze dzisiaj wywołuje

to odreagowywanie: Jak to, rosyjski kapitał u nas?

Przecież jeden jest wiązany z kapitałem mafijnym,

drugi jest wiązany niemalże z kapitałem, który reprezentowany

jest przez agentów wywiadu czy szpiegów.

Jeśli nie stworzymy klimatu, że oni będą mieć

interesy u nas i będą je chronić, to nie ma co myśleć

o tym, że będzie wzajemność z tamtej strony, że będą

nas wpuszczać. Oni wpuszczają nas na ten rynek na

tyle, na ile jest to potrzebne, żeby zabezpieczyć swój

interes, swoje bezpieczeństwo, w tym także bezpieczeństwo

żywnościowe, a potencjał nasz jest niewykorzystywany.

I to nie jest związane li tylko z polityką

prowadzoną przez pana resort. To jest także związane

z polityką, którą prowadzą minister gospodarki, minister

infrastruktury. Musi być inne podejście kompleksowe

całego rządu, bądź parlamentu, inny klimat, nie

tylko kwestia pokazywania, że my jesteśmy wielcy,

bo może kiedyś nasi przodkowie byli też w Moskwie,

a tamci mówią, że my jesteśmy więksi, dlatego że dzisiaj

postanowiliśmy świętować wtedy, kiedy Polaków

z Moskwy wypędzono. I o to bym wnosił, żebyśmy

rozpoczęli też debatę ogólnonarodową, wielowątkową,

ponadpartyjną, jak przewartościować to, żeby Rosja

jako nasz najpoważniejszy partner spoza Unii Europejskiej

była jednak inaczej ułożona w układzie gospodarczym,

tak, żeby to przyniosło pozytywne efekty

dla polskich przedsiębiorstw, bo to jest naczelny cel.

Myślę, że należy przyczynić się do tego, aby Rosja

jak najszybciej stała się członkiem WTO, bo to nam

zagwarantuje stabilny układ w handlu zagranicznym,

w eksporcie do Rosji. W imieniu Koła Poselskiego Partii

Ludowo-Demokratycznej stwierdzam, że to, co zostało

powiedziane w podsumowaniu roku 2004, a także

założenia polityki zagranicznej na 2005 r. są przez nas

w całej rozciągłości akceptowane. Będziemy głosować

za przyjęciem informacji rządu pana prof. Marka Belki.

Dziękuję za uwagę.

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi. (Oklaski)

Proszę o zabranie głosu pana posła Antoniego Macierewicza

występującego w imieniu Ruchu Katolicko-

Narodowego.

Poseł Antoni Macierewicz:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!

Ruch Katolicko-Narodowy będzie głosował za odrzuceniem

pana informacji, pana stanowiska. Będziemy

głosowali za odrzuceniem, chociaż odmiennie niż

pan poseł przewodniczący Jagieliński, który wyczytał

w pana sprawozdaniu uznanie, że Rosja jest naszym

najpoważniejszym, głównym partnerem spoza Unii

Europejskiej, dostrzegliśmy hierarchizację, jaką pan

uczynił, i zdajmy sobie sprawę z tego, że w tym, co

pan przedstawia, mowa jest o tym, że jednak stosunki

transatlantyckie są najważniejsze i że Stany Zjednoczone

są głównym partnerem.

Aprobujemy to w pełni, uważamy to za właściwe

ustrukturalizowanie naszych stosunków. Po raz pierwszy

tak jasno zostało to przedstawione. Cieszymy się

z jednoznaczności w tej materii, witamy ją z zadowoleniem.

Chcę również szczególnie podziękować panu ministrowi

za coś, co w tradycji rządów postkomunistycznych

nigdy jeszcze nie miało miejsca, mianowicie za tak

jednoznaczne, stanowcze i zdecydowane wskazanie, że

w stosunkach z Niemcami, w stosunkach z całym światem

musi zostać wypowiedziana i przypominana prawda

o genezie obozów śmierci, zagłady, zakładanych na terenie

Polski przez okupantów niemieckich, hitlerowskich,

które były niemieckimi obozami umiejscowionymi na

terenie Polski. Szczególnie za to dziękuję, panie ministrze,

bo ten obowiązek, który ciążył na Ministerstwie

Spraw Zagranicznych, dotychczas był lekceważony,

a pan go podjął. Dobrze, że tak się stało.

Równocześnie jednak muszę powiedzieć, że w wielu

zupełnie zasadniczych sprawach nie możemy wyrazić

zgody na zaproponowane przez pana kierunki działań.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że wszedł pan w cudze

buty – jeżeli tak można powiedzieć – że kontynuuje pan

pewną rozwiniętą już linię polityczną i nie sposób dokonać

jednoznacznej zmiany nagle, zwłaszcza że reprezentuje

pan tę samą koalicję i ten sam rząd, który zainicjował

te błędne kierunki.

Myślę przede wszystkim o tym wszystkim, co wiąże

się z przedstawieniem optyki związanej z Unią Europejską,

a zwłaszcza z konstytucją Unii Europejskiej. Można

powiedzieć, że pod tym względem rok 2004 – tu kieruję

uwagę do posłów z SLD i SdPl – był rokiem kompromitacji

i katastrofy. Nie było żadnej konieczności takiego

uzależniania się od Unii Europejskiej, jak to uczyniono.

Rząd miał jednoznaczne poparcie całego Sejmu Rzeczypospolitej,

by nie podpisywać, nie aprobować traktatu

konstytucyjnego Unii Europejskiej na tak upokarzających

i negatywnych dla Polski warunkach. I nie chodzi

o okrzyki: „Nicea albo śmierć”, bo nie chodzi mi o demonstrację;

chodzi o systematycznie wyrażaną wolę Sejmu

w obronie polskiej racji stanu. Proszę nie tłumaczyć,

że odrzucenie traktatu o Unii Europejskiej oznaczałoby

załamanie polityki polskiej, oznaczałoby katastrofę, że

jest jakimś wyrazem antyeuropeizmu. Jest wręcz odwrotnie.

Obrona polskich interesów narodowych od kilkuset

przynajmniej lat jest fundamentem europejskiego

sposobu prowadzenia polityki. Tego, niestety, zabrakło.

Zapowiadane w pana exposé dążenie do przeforsowania,

do akceptacji konstytucji Unii Europejskiej jest jednym

z fundamentów pana polityki, i uniemożliwia wsparcie

tej polityki, bo jest to polityka błędna, pozostająca

w strukturalnym konflikcie z tym, co pan sam, i słusznie,

zapowiada jako najistotniejsze dla polskiej polityki:

z umacnianiem więzów, z umacnianiem sojuszu, z oparciem

polskiej polityki bezpieczeństwa na sojuszu ze

Stanami Zjednoczonymi. Można oczywiście ze względów

dyplomatycznych różnie to niuansować i różnie

to opowiadać, ale faktycznie tak jest. Ta pomyłka pana

posła Jagielińskiego nie jest żadnym przypadkiem. Jest

oczywistością, że jeśli na pierwszym miejscu się podejmuje

i stawia sprawę Unii Europejskiej, to z tyłu, za

rogiem, nawiązując do znanego w tej sprawie felietonu

z drugiej połowy lat pięćdziesiątych, stoi Rosja. Tak

rzeczywiście jest. Rozumiem pana Jagielińskiego, że

głosuje za takim ujęciem sprawy, ale z tego samego

powodu my za tym głosować nie możemy.

Na tym tle muszę powiedzieć o dwóch kwestiach

niesłychanie istotnych. Sprawa pierwsza to stosunki

z Rosją w aspekcie gospodarczym. Panie ministrze,

dzisiaj jesteśmy świadkami wielkiej katastrofy polskiej

polityki gospodarczej. I powiem szczerze, że z zażenowaniem

muszę stwierdzić, że nikt tego słonia, który stoi

dzisiaj w Polsce, nie chce dostrzec. Oto w ciągu ostatnich

godzin, ostatnich dni przyszła do Polski wiadomość

o zerwaniu kontraktu na dostawy 40% ropy naftowej do

Polski. To dorobek tego rządu. To jest skutek nieodpowiedzialności,

jeśli chodzi o prowadzenie polityki

wobec Rosji, tego rządu, to skutek zerwania z tradycją

dotyczącą znalezienia alternatywnych źródeł zasilania

energetycznego. Rząd pana Millera i pana Pola – przepraszam,

chociaż był wicepremierem; myślę oczywiście

o panu Belce – a także pan Kwaśniewski wprowadzili

Polskę w pułapkę, z której teraz rzeczywiście nie bardzo

jest wyjście. Odłożono na lata, jeżeli nie zaprzestano

w ogóle starań o uruchomienie rurociągu Odessa – Brody

– Gdańsk. Uzależniono nas od jednej firmy, która nie

ma żadnych bankowych zabezpieczeń, a która dzisiaj

jest rosyjską firmą państwową, i pan prezydent Putin

szantażuje de facto Polskę, mówiąc: Albo oddacie Ra-

finerię Gdańską, albo kurek będzie zakręcony. Jest to

sytuacja, do której doprowadziła polityka gospodarcza

wobec Rosji. Nie jest to pana wina, mamy tego świadomość,

ale pan nawet nie wskazał kierunków rozwiązania

w przyszłości tej dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła

się Polska. Nie sposób pominąć tej kwestii. Jestem

zawiedziony, że ta sprawa w żaden sposób nie została

podniesiona.

I druga sprawa to oczywiście kwestia niemiecka.

Jak mówiłem na wstępie, cieszę się z takiego zasygnalizowania

kwestii związanych z propagandą nienawiści

wobec Polski, z jaką mamy do czynienia. Ale nie

mogę nie zauważyć, że pominął pan zupełnie kwestie

należnych Polsce reparacji i narastających ze strony

niemieckiej żądań odszkodowań. W świetle przyrzeczeń

pana poprzednika, pana Cimoszewicza, który

wprost powiedział, że Polska będzie płaciła i będzie

zwracała mienie tzw. późnym przesiedlonym, wymaga

to deklaracji nowego ministra spraw zagranicznych. To

musi tu paść nie tylko ze względu na stosunki międzynarodowe,

lecz także ze względu na konsekwencje dla

budżetu państwa i dla bezpieczeństwa wewnętrznego

Polski, poczucia bezpieczeństwa wewnętrznego 1/3

ludności Polski. Nie można nad tym przejść do porządku

dziennego w żadnym wypadku.

I ostatnia już kwestia, panie marszałku, naprawdę,

to skandaliczne zupełnie niechlujstwo, błędy, jakaś nieprawdopodobna

arogancja w prowadzeniu dotychczas

spraw Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Kulminacją

tego jest ten dokument kilkudziesięciu błędów,

niezgodności – nawet byłbym gotów zastanawiać się

nad tym, czy nie należy powiedzieć: fałszerstw – związanych

z tłumaczeniem traktatu o Unii Europejskiej.

Mamy tu do czynienia z dwiema sprawami. Po pierwsze,

jak powiedział pan wiceminister Wolski na posiedzeniu

komisji, sprawa ta znana była ministerstwu już

w listopadzie. Prawda, panie ministrze? Tymczasem

termin druku tego dokumentu to grudzień. Dlaczegóż

Ministerstwo Spraw Zagranicznych dopuściło do tego,

że wydrukowano taki dokument? Dlatego ośmieliłem

się rozważyć, zaznaczyć, czy nie mamy do czynienia

z działalnością intencjonalną, a nie tylko skandalicznym

i karygodnym niechlujstwem. Tutaj, panie ministrze,

zapewne pan to lepiej wie niż ja, bo myślę, że

pan to analizował, są zmiany, których konsekwencje

są nieprawdopodobne. Na przykład olbrzymie zwiększenie

roli Banku Europejskiego i jeszcze większe

uzależnienie finansów Polski niż wynika z traktatów.

Na przykład konsekwencją tych zapisów, gdyby one

przeszły, sfałszowanych, tylko tak mogę powiedzieć,

byłoby po prostu zlikwidowanie polskiego przemysłu

zbrojeniowego, nieuprawnione zwiększenie pozycji

przewodniczącego Rady Europejskiej. Wymieniam

tylko niektóre najbardziej skandaliczne konstytucyjne

rzeczy. To są zmiany wobec i tak daleko idących,

jeśli chodzi o zwiększenie tych uprawnień w traktacie

o konstytucji Unii Europejskiej. A więc rodzi się pytanie,

czy nie mieliśmy do czynienia z przyzwoleniem

przynajmniej Ministerstwa Spraw Zagranicznych na

rzecz zupełnego pozbawienia Polski suwerenności

finansowej i gospodarczej. Dlatego, na koniec, panie

ministrze, trzeba powiedzieć – i to też nie padło w pana

exposé, a powinno jednak paść, jeżeli poważnie traktujemy

swoją odpowiedzialność za reprezentację interesów

państwowych i narodowych Polski – traktat o Unii

Europejskiej pozbawia Polskę suwerenności państwowej.

Można, wyobrażam sobie jako człowiek, choć już

nie jako obywatel Polski, mieć stanowisko aprobujące

taki stan rzeczy, ale nie wolno o tym nie powiedzieć,

przed obywatelami, którzy będą musieli rozstrzygnąć,

czy chcą zrezygnować z suwerenności, nie wolno tego

zatajać. I właśnie dlatego będziemy głosowali przeciwko

temu exposé, choć jego nowe elementy, nowe wartości

i nowe kierunki naprawdę doceniamy. Dziękuję

bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Tomasz Nałęcz:

Dziękuję panu posłowi.

Proszę o zabranie głosu pana posła Jana Łopuszańskiego

występującego w imieniu Koła Poselskiego Porozumienia

Polskiego.

Poseł Jan Łopuszański:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze

Spraw Zagranicznych! To prawda, że trwałość polityki

zagranicznej w czasie i jej poparcie przez główne

siły w państwie jest istotną przesłanką dobrych owoców

tej polityki dla narodu i państwa, co pan podkreślił

w swoim wystąpieniu, ale pod warunkiem, że założenia

tej polityki są adekwatne do wyzwań, przed którymi

stoi naród i jego państwo. Muszę przyznać, że pańskie

exposé charakteryzuje ciągłość głównych założeń

w stosunku do założeń poprzednich czy to lewicowych,

czy prawicowych rządów. I po raz kolejny pragnę powiedzieć,

że te założenia są u samych fundamentów

błędne i źle służą Polsce.

Zanim przystąpię do uzasadnienia tej tezy chciałbym

jednak, wzorem kilku innych uczestników tej debaty,

podziękować panu ministrowi za jedną nową rzecz

w jego exposé, mianowicie za pierwszą tak jasną i tak

zdecydowaną deklarację ministra spraw zagranicznych

obrony dobrego imienia Polski przed oszczerstwami,

które na Polskę, na naród polski są rzucane w świecie,

gwoli przypomnienia tego, że byliśmy ofiarą hitlerowskiego

ludobójstwa, a nie narodem za to ludobójstwo

współodpowiedzialnym. Życzę skutecznej realizacji

tej deklaracji.

Wysoka Izbo! Zazwyczaj pierwsze słowa exposé ministra

spraw zagranicznych, zresztą nie tylko w Polsce,

nawiązują do określenia zasadniczego celu polityki zagranicznej

w ogóle jako takiej. I zazwyczaj w związku

z tym te słowa dotyczą bezpieczeństwa narodowego,

państwowego danego państwa, które minister spraw

zagranicznych reprezentuje. W wypadku Polski tak to

nawet wynika z Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.

Pierwsze słowa wystąpienia pana ministra spraw zagranicznych

tym razem nie dotyczyły odpowiedzialności za

bezpieczeństwo narodowe Polski, lecz odpowiedzialności

za wspólną politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa

Unii Europejskiej.

Przypominam sobie, że kiedy prowadziliście państwo

Polskę do Unii Europejskiej, z czym tak bardzo

głęboko się nie zgadzałem, to zapewnialiście, że obecność

w Unii zapewni Polsce wielorakie bezpieczeństwo.

Czyli krótko mówiąc, że ma być narzędziem

polskiego bezpieczeństwa. Ja się z tą tezą nie zgadzam,

ale dziś wypada mi podkreślić, że obecnie poszliście

państwo dalej. Mianowicie dbacie o bezpieczeństwo

Unii i skuteczność jej polityki zagranicznej, a bezpieczeństwo

Polski i kształt polskiej polityki zagranicznej

uzależniacie od stanowiska Unii, czyli czynicie je

funkcją polityki unijnej.

Jeden z uczestników tej debaty, przedstawiciel SdPl,

nadał temu nawet charakter pewnej doktryny, sformułował

zdanie: „Co dobre dla Unii – dobre dla Polski”.

Mnie, mimo wszystkich okoliczności, gdzie się powinienem

przestać dziwić, nieustannie zaskakuje i dziwi

skłonność do odgrzewania starych i smutnych haseł

z polskiej przeszłości. Przecież kiedyś to hasło brzmiało:

„Co dobre dla Związku Radzieckiego – jest dobre

dla PRL”. Oczywiście to nie pan minister tego użył.

Mam wrażenie – mówię to do pana, bo pan to exposé

przedstawiał, mówię do pańskiego rządu, ale także

do kolejnych rządów, które tę politykę prowadzą – że

chyba państwo nie jesteście zdolni lub nie chcecie być

zdolni do wyrażania samodzielnej polskiej myśli politycznej.

W stosunkach wewnątrzunijnych nie jesteście

w ogóle zdolni do określania rzeczywistych zagrożeń

Polski, wewnątrz Unii. A w stosunkach z krajami spoza

Unii nie jesteście zdolni do określania zagrożeń

i stawiania propozycji w oderwaniu od propozycji, które

stawia Bruksela czy główne unijne stolice. I to nawet

gdyby ta polityka miała być w tym czy innym punkcie

w sposób wyraźny niekorzystna dla Polski.

To wasze stanowisko będzie jeszcze Polskę bardzo

dużo kosztować, zwłaszcza gdy okaże się np., że nie

da się odrodzić – tu używam pańskich słów – „ducha

transatlantyckiej wspólnoty i przełamać urazów, które

narosły w ostatnich dwóch latach”. Jestem bardzo

wdzięczny za bardzo jasny język pańskiego dzisiejszego

exposé, ale ten jasny język pański im jest jaśniejszy,

tym bardziej pokazuje niespójność podstawowych

założeń tej polityki. Unia, do której została wprowadzona

Polska, przecież po to powstała, żeby zjednoczona

Europa mogła – tu znowu użyję pańskich słów

– „zmierzyć się ze Stanami Zjednoczonymi”. Jak pan

chce w tych warunkach odrodzić ducha transatlantyckiej

współpracy, zamówić jakąś stronę trzecią, która

będzie chciała się zmierzyć jednocześnie z Unią i jednocześnie

ze Stanami Zjednoczonymi?

Przyznaje pan, że w sprawie współpracy atlantyckiej

mamy stanowisko wspólne z Anglią, a rangę stosunków

z Anglią lokuje pan daleko za rangą stosunków

z Niemcami. Zauważa pan, że Unia, zwłaszcza Niemcy

i Francja, podnoszą rangę swoich stosunków z Rosją.

Jako człowiek zorientowany wie pan, co to oznacza

dla perspektywy współpracy transatlantyckiej, a rozwój

stosunków z Rosją – polskich stosunków z Rosją

– lokuje pan bardzo daleko w hierarchii polskich celów

politycznych. Wie pan, jako człowiek znający historię,

że współpraca Moskwy i Berlina nigdy nie rodziła

skutków korzystnych dla Polski – delikatnie to mówię.

A jednocześnie rozwój stosunków polsko-rosyjskich

uzależnia pan od wspólnej polityki zagranicznej Unii,

która na kierunku wschodnim jest kierowana przez

Niemcy.

Tak na marginesie tej debaty, tutaj padły sformułowania

o gospodarczych stosunkach z Rosją i co to

oznacza. Miałem także okazję uczestniczyć w rozmowach

z Rosjanami. W Polsce inwestycja w dobre stosunki

z Rosją, po doświadczeniach, które mamy, to jest

ryzyko. Osobiście należę do tych polskich polityków,

którzy gotowi są takie ryzyko ponosić, trzeba jednak

bardzo wyraźnie jedno powiedzieć – na płaszczyźnie

jawnych stosunków politycznych, stosunków między

rządami, między państwami, a nie na zasadzie podskórnych

stosunków agenturalnych, gospodarczych,

co tutaj niektórzy postulowali, nie pan minister. Jednak

obecnie rząd pański i elity polityczne, które pan

m.in. przed nami tu reprezentuje, z powodu stabilizacji

stosunków z Rosją właśnie podskórnie mają poważne

kłopoty polityczne.

Mam wrażenie, panie ministrze, iż pan nie rozumie

albo udaje, że nie rozumie, jaką ogromną rangę

ma w tej sytuacji możliwość maksymalnie swobodnej

polskiej reakcji, reakcji polskiej polityki zagranicznej

na kierunku wschodnim. Jednocześnie popiera pan

zmiany ustrojowe wewnątrz Unii związane z konstytucją,

których wprowadzenie jeszcze bardziej ograniczy

możliwość swobodnej reakcji Polski. Argument, którego

pan używa, chcąc nas do tego przekonać, jest argumentem

z lęku: jeśli się nie zgodzimy na konstytucję,

to będziemy izolowani, jeśli się nie zgodzimy na konstytucję,

to grozi nam Europa dwóch prędkości. Panie

ministrze spraw zagranicznych, nam grozi, że z nami

się nie będą liczyć – z nami już się nie liczą, bo my

sami z sobą się nie liczymy. W świecie, który ogranicza

prawa narodów i który w sposób nieuczciwy dyskutuje

o prerogatywach narodów, na przykład mówi – cytuję

pana ministra – że nie stracimy w Unii tożsamości

narodowej, kiedy wszyscy wiedzą, że nie o tożsamość

narodową się spieramy, tylko o atrybuty suwerenności,

w tym świecie polska polityka zagraniczna nie tylko

nie broni zasady praw narodu, ale uczestniczy w jej

wypieraniu ze współczesnych stosunków międzynarodowych.

W imię sprzeciwu wobec takiej polityki ja

zgłaszam wniosek o odrzucenie pańskiej informacji.

I na zakończenie. Przed Trybunałem Konstytucyjnym

zawisły trzy wnioski o stwierdzenie niezgodności

traktatu ateńskiego z Konstytucją Rzeczypospolitej,

czyli wnioski o stwierdzenie nielegalności tego traktatu.

Sprawa się przeciąga. I w tym czasie rząd polski

zawiera kolejne zobowiązania, '64okonuje kolejnych

rezygnacji, na przykład w procedurach prac nad konstytucją.

Wnioski z tego są dwa, panie ministrze. Po

pierwsze...

Już kończę, panie marszałku.

…nie jest dobre dla Polski, żeby sprawy rozstrzygnięć

przed Trybunałem Konstytucyjnym przeciągały się aż

tak bardzo. Ja rozumiem, że to jest adres nie do pana.

I po drugie, nie jest dobry pośpiech polskiej dyplomacji,

polskiego rządu w zaciąganiu kolejnych takich

zobowiązań i dokonywaniu rezygnacji, bo wtedy

właśnie dopiero, przy tym pośpiechu, okazuje się, że

największym osiągnięciem polskiej dyplomacji są

„osiągnięcia” w zakresie tłumaczenia tekstów traktatów

międzynarodowych. I w związku z tym mam też

prośbę do pana jako poseł, który reprezentuje grupę

kilkudziesięciu kolegów przed Trybunałem Konstytucyjnym

w sprawie wniosku o niezgodność traktatu

ateńskiego z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej,

o dostarczenie mi kserokopii oryginalnych, pełnych,

parafowanych dokumentów z Kopenhagi oraz oryginalnych

podpisanych dokumentów traktatu ateńskiego.

Chciałbym je porównać. Dziękuję bardzo.

(Przewodnictwo w obradach obejmuje wicemarszałek

Sejmu Donald Tusk)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję, panie pośle.

Głos zabierze pan poseł Jan Olszewski, Ruch Odbudowy

Polski i Dom Ojczysty, jeśli dobrze zapisałem.

Tak, panie premierze, w imieniu obu kół.

Proszę uprzejmie.

Poseł Jan Olszewski:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!

Zabierając głos w imieniu kół poselskich Ruchu Odbudowy

Polski i Domu Ojczystego, chciałbym tutaj zasygnalizować

pewien nietypowy z naszej strony wstęp, bo

zaczynający się od komplementu pod adresem ministra

rządu, który zasadniczo kontestujemy. Nie chodzi mi o te

pochwały rzeczy oczywistych w pana wystąpieniu, które

pan już tutaj zebrał. My się do nich oczywiście gorąco

przyłączamy. Mnie jednak chodzi o jedno zdanie w pana

przemówieniu, zdanie rzeczywiście w sposób niesłychanie

precyzyjny określające kluczowy interes polityki

międzynarodowej Polski, podstawowy dla tej sprawy.

To zdanie brzmi: „Nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi

są ważne przede wszystkim dlatego, że tylko Ameryka

jest w stanie dać Polsce gwarancję bezpieczeństwa,

i to w najbardziej wiarygodnym wydaniu”.

Panie ministrze, chwała panu za to stwierdzenie,

ponieważ od lat tak wyraźnego określenia istoty interesów

naszego bezpieczeństwa nie słyszeliśmy w wydaniu

żadnego z ministrów spraw zagranicznych kolejnych

rządów. Ja to przyjmuję ze szczególną satysfakcją,

bo występując tutaj po raz pierwszy bezpośrednio po

udzieleniu mi mandatu przez Sejm do tworzenia rządu

Rzeczypospolitej w grudniu 1991 r., starałem się

– choć może nie tak wyraźnie to wypadło, jak u pana,

ale starałem się – tę oczywistą prawdę sformułować

i określić jej polityczne konsekwencje.

Żałuję, że to zdanie jest włączone w jakiś szeroki

kontekst, a nie znajduję go na pierwszym miejscu, na

samym początku pańskiego exposé. Myślę, panie ministrze,

że występuje pewna zasadnicza sprzeczność

między tą oczywistą formułą określającą podstawy

polskiej racji stanu w stosunkach międzynarodowych

a całym wywodem, który tutaj jest zawarty, w szczególności

z tą jego częścią, gdzie omawiana jest nasza

polityka europejska, polityka dotycząca naszej pozycji

w Unii Europejskiej.

Chciałbym od razu się zastrzec, że formuła podkreślająca

wagę stosunków polsko-amerykańskich, nie

może i nie powinna być kształtowana, tak jak się to często

dzieje, ani na emocjach, ani na specyficznej tradycji,

która wywodzi się jeszcze z PRL-u, mianowicie tradycji

uznawania dyktatu silniejszego „partnera” absolutny

priorytet naszej polityki zagranicznej. Słowo „partner”

oczywiście używam tutaj w cudzysłowie. Ta polityka

zakłada, że jeżeli chcemy, aby nasze interesy były

jakoś respektowane, uznane, to musimy bezwzględnie,

całkowicie, w każdej sytuacji podporządkować się

roszczeniom i żądaniom drugiej strony. Tak wyglądały

stosunki między Polską Rzeczpospolitą Ludową, nawet

w najlepszych jej okresach, a sowieckim protektorem.

Ta tradycja przez znaczną część polskiej elity politycznej,

zwłaszcza tej wywodzącej się z tamtego układu,

jest automatycznie przenoszona na nowe sytuacje i na

nowe stosunki. Rzeczywiście Stany Zjednoczone są

w tej chwili hegemonem świata zachodniego. To jest

bezsporne. Jedynie Stany Zjednoczone zapewniają

stabilność i bezpieczeństwo euroatlantyckiego. To jest

prawda, której nie chcę wartościować. Jedni przyjmują

to z radością, '64la innych to jest powód głębokiej troski.

Można to oceniać jako zjawisko bardzo optymistyczne,

można wprost przeciwnie, jako powód rozpaczy. Ja to

po prostu przyjmuję jako fakt, od tego nie ma ucieczki,

i z którego muszą być w polskie polityce wyciągnięte

wszystkie konsekwencje. A konsekwencje są następujące.

My w naszej polityce europejskiej powinniśmy

i robić wszystko, tak jak pan w swoim wystąpieniu

deklaruje, aby nie dopuścić do demontażu struktur

Paktu Północnoatlantyckiego. Musimy zrobić wszystko

co można dla przywrócenia, właściwych, by nie

użyć słowa „zdrowych” stosunków między Europą

i Stanami Zjednoczonymi. Ale to nie jest tylko w zakresie

naszej mocy. My się mamy najusilniej o to starać,

ale wypadki mogą się przecież potoczyć inaczej. I trzeba

sobie w tym momencie powiedzieć, że oto wyraźnie

kształtuje się wśród europejskiej elity politycznej,

zwłaszcza tej lewicowej (choć muszę przyznać, że nie

tylko) nowa orientacja, orientacja antyamerykańska,

orientacja nastawiona na budowę Europy rywalizującej

ze Stanami Zjednoczonymi, zmierzająca do stworzenia

konkurencyjnego wobec USA układu. Nazwę

tę orientację kontynentalną, bo ona jest oparta na założeniu

ścisłej współpracy nie amerykańsko-europejskiej,

tylko unijno-rosyjskiej. Jakie wynikają z tego

implikacje dla Polski w świetle doświadczeń historii

XX wieku? Każde słowo w tej sprawie byłoby na tej

sali zbędne.

Dlatego chciałbym w świetle tego powiedzieć kilka

słów o naszej polityce europejskiej. Z przyjętej przez

pana formuły wynika w istocie polityka podwójnej lojalności:

lojalności wobec amerykańskiego partnera i

lojalności wobec naszych partnerów, zwłaszcza tych

wiodących partnerów, w Unii Europejskiej. To może

być bardzo korzystna polityka, jeżeli przyjąć, że prawdziwe

jest przysłowie: pokorne cielę dwie krowy ssie.

Jeśli przysłowia są mądrością narodów, to być może ta

polityka ma jakiś sens. Ale też taka polityka w wypadku

jakiegoś głębszego kryzysu międzynarodowego,

a ten jeżeli patrzy się realnie na to, co widzimy dzisiaj

w Europie, jest możliwy w każdym czasie, może

się sprawdzić. I wobec tego musi być sformułowana

alternatywna linia polskiej polityki na taką właśnie

sytuację, linia oparta o budowanie i umacnianie formalnego

statusu szczególnych stosunków polsko-amerykańskich.

Z pana wystąpienia wynika, że ten status

już właściwie osiągnęliśmy, w moim przekonaniu my

właściwie osiągnęliśmy zaledwie możliwość zbliżenia

się do progu tego statusu, bo to jest dzisiaj stan rzeczy

nieoparty na żadnych formalnych porozumieniach

poza zobowiązaniami wynikającymi z zapisów Paktu

Północnoatlantyckiego. Otóż struktury tego paktu są

dziś w kryzysie i w związku z tym trzeba myśleć o alternatywnym

zabezpieczeniu w bezpośrednich polsko-

-amerykańskich stosunkach. To jest bardzo trudne. Ale

ten trud trzeba podjąć, bo nie ma innej możliwości, bo

nie ma innej alternatywy. To jest jedyne trwałe zabezpieczenie.

Nie widzę w programie polskiej polityki zagranicznej

przedstawionym przez pana założeń, które

by tę perspektywę zapewniały.

I druga sprawa, o której tu zresztą mówiono – jeżeli

w polityce europejskiej przyjmujemy takie założenie

(ono pośrednio, ale wyraźnie z tego dokumentu wynika),

że jesteśmy gotowi przyjąć z dobrodziejstwem

inwentarza pakt konstytucyjny europejski i wszystko,

co z niego wynika, dla możliwości prowadzenia własnej

polityki zagranicznej, będziemy za wszelką cenę

starali się przeprowadzić jego ratyfikację, za cenę korzyści

w przyszłym budżecie Unii Europejskiej, to to

jest postawa, którą właściwie określa inne przysłowie,

które mówi o tym jak trudno jest jednocześnie wziąć

pieniądze i cnotę zachować. To się tylko bardzo rzadko

udaje.

Dlatego myślę, panie ministrze, że w tej sprawie

nie da się uzgodnić wspólnej polityki zagranicznej

dla Polski między wszystkimi orientacjami na tej

sali. Niestety to nas dzieli dzisiaj i to nas podzieli w

przyszłości.

I ostatnia sprawa – bo mój czas zbliża się do granicy,

właściwie już przekroczył granicę cierpliwości

pana marszałka. To jest ta jedna sprawa, którą uważam

za szczególnie ważną. Jest sprawa naszych stosunków

z Niemcami. Nie można nie poświęcić jej choćby kilku

słów, ale muszę przypomnieć, że myśmy w tej sprawie

– my, to znaczy ta Izba – mieli obiecaną specjalną debatę,

że była taka obietnica złożona jeszcze przez pana

wówczas ministra, dzisiaj marszałka Cimoszewicza.

Liczę na to, że pan marszałek, skoro złożył wtedy tę

obietnicę, to jej dzisiaj dotrzyma, że będziemy jeszcze

mieli okazję mówienia szerzej o polityce niemieckiej na

tej sali. To jest absolutnie konieczne, ponieważ nie może

być potraktowana wyłącznie jako margines ogólnych

założeń polskiej polityki.

W sprawie niemieckiej zostało popełnione w ciągu

minionego 14-lecia pasmo ciężkich błędów. I to też wyraźnie

trzeba powiedzieć. Te błędy polegały na tym, że

zostawialiśmy nierozstrzygnięte, otwarte do interpretacji

podstawowe sprawy między Polską a Niemcami, wynikające

z konsekwencji II wojny światowej. Poczynając

od traktatu z 1991 r., a kończąc na ostatnich porozumieniach

rządowych, my właściwie cały czas tej podstawowej

kwestii dotyczącej roszczeń majątkowych, obejmujących,

podkreślam, 1/3 majątku nieruchomego na 1/3

terytorium Polski, nie rozstrzygnęliśmy. I pozostawiamy

ją tylko z nadzieją, którą pan tutaj formułuje, że stopniowo,

pomału, metodą różnego typu cząstkowych uzgodnień,

porozumień, może uników, doprowadzimy kiedyś

do tego, że stosunki się wyrównają.

Nie, panie ministrze, to nie jest dobra perspektywa

dla stosunków polsko-niemieckich. Przeciwnie,

to jest pierwszy krok do stworzenia w naszych wzajemnych

stosunkach stanu totalnej katastrofy. Jeżeli

ma się ukształtować rzeczywista perspektywa naszego

wspólnego, solidarnego działania w ramach autentycznej

Wspólnoty Europejskiej, to pierwszym tego warunkiem

jest zamknięcie rachunku pozostałości II wojny

światowej między Polską a Niemcami. Powtarzam to

do znudzenia – znudzenia nawet samego siebie – od

kilku lat na tej sali.

W tym momencie możemy się pocieszać, że obecny

stan stosunków niemieckich jakby z dnia na dzień wyłagodniał.

Już jakoś pani Erika Steinbach nic jakby nie

mówi. Ilość niemieckich pozwów została zredukowana

do kilkudziesięciu. Te procesy toczą się takim normalnym

trybem naszego spowolnionego wymiaru sprawiedliwości,

z perspektywą dosyć długiego trwania,

i można powiedzieć, że daje nam to czas na czekanie.

Ale ja – tak jak ostrzegałem – że w momencie, kiedy

nastąpi akcesja do Unii Europejskiej, te martwe, wydawało

się, pretensje natychmiast się podniosą, tak teraz

twierdzę, że te wszystkie sprawy, które toczą się przed

polskimi sądami, toczą się tylko po to, aby mogły kiedyś

trafić na forum sądów europejskich. I wystarczy

jeden niekorzystny tam dla nas wyrok, żeby posypały

się dziesiątki tysięcy, jeśli nie więcej, pozwów, które

zdestabilizują, zburzą stosunki między Polską a Niemcami

i zburzą nasze stosunki w Unii Europejskiej. Do

tego nie możemy dopuścić. To trzeba przeciąć, nawet

jednostronnie.

Jeżeli jest w tej chwili, przynajmniej psychologicznie,

taki klimat, że po stronie niemieckiej tamtejsze

elity władzy godzą się uznać te pretensje za bezzasadne,

to może trzeba by było wykonać zalecenie przyjęte

w uchwale Sejmu, żeby po prostu jednostronnie notyfikować

naszym partnerom w Unii Europejskiej, że

w tej jednej sprawie żadne wyroki sądów europejskich

respektowane nie będą, że my tę sprawę wyłączamy

z kompetencji sądownictwa europejskiego, bo to jest

jedyna forma zabezpieczenia naszego interesu na przyszłość.

To oczywiście wymaga odwagi, może to jest

nawet związane z pewnym ryzykiem, ale to jest ryzyko

opłacalne. Ja do tego bardzo bym pana, panie ministrze,

i wszystkich pana kolegów w rządzie namawiał.

Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję, panie pośle.

Głos zabierze minister spraw zagranicznych pan

Adam Rotfeld.

Proszę bardzo, panie ministrze.

Minister Spraw Zagranicznych

Adam Daniel Rotfeld:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Nie mogę oczywiście

odnieść się do wszystkich poczynionych tu uwag,

jednak skorzystam z okazji, że jest to ostatnie wystąpienie

w imieniu klubów i kół poselskich, aby pewne kwestie

wyjaśnić albo doprecyzować, odnieść się do nich.

Zacznę od pierwszej uwagi natury ogólnej. Istnieje

zasadnicza różnica między rolą Sejmu, bardzo znaczącą

rolą posłów a rolą Ministerstwa Spraw Zagranicznych

i urzędu ministra spraw zagranicznych. Realizując te

same zadania, musimy się posługiwać innym językiem.

Naszą intencją, przygotowując to exposé, było, aby

– odwołam się tu do Słowackiego – język giętki powiedział

wszystko, co pomyśli głowa, ale trzeba zauważyć,

że nie zawsze da się wszystko tak do końca powiedzieć

już choćby dlatego, iż w istocie najważniejsze jest, ażeby

ta polityka była skuteczna, a nie tylko po to, żeby

była spektakularna.

Otóż dzisiaj na tej sali padło bardzo wiele uwag na

temat naszej polityki wobec Niemiec. Nie próbuję teraz

hierarchizować tych spraw, które były poruszone,

ale powiem, że w ostatnich miesiącach udało się naszej

polityce osiągnąć w stosunkach z Niemcami bardzo

dużo, jakkolwiek to nie znajduje takiego spektakularnego,

widocznego wyrazu w środkach masowego

przekazu, w prasie, w telewizji. Mam na myśli oświadczenie

kanclerza federalnego Schrödera z 1 sierpnia,

kiedy to przyrzekł i uroczyście oświadczył, że rząd niemiecki

nie będzie popierał roszczeń indywidualnych.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem przeprowadziliśmy

rozmowę z kanclerzem federalnym, podkreślając,

że tym słowom trzeba nadać materialną treść i pewien

instytucjonalny wyraz. Wkrótce potem powołana została

komisja złożona z dwóch ekspertów powołanych

przez rządy – po stronie niemieckiej Jochen Frowein,

a po stronie polskiej Jan Barcz – i trzeba powiedzieć,

że ekspertyza przez nich przygotowana, która została

w Polsce wydrukowana w ogromnej liczbie egzemplarzy,

ale co ważniejsze, że w Niemczech dotarła ona do

wszystkich sądów, w istocie rzeczy jest pewnym bardzo

istotnym elementem w tym kierunku, o którym przed

chwilą mówił pan premier Olszewski, i zależało nam

na tym, aby ta sprawa została raz na zawsze zamknięta.

Powołaliśmy wkrótce pełnomocników – po stronie

niemieckiej i po stronie polskiej – do spraw stosunków

polsko-niemieckich, którzy mają regularnie spotykać

się i rozwiązywać problemy. Chodzi jednak o to, że nadając

niekiedy nadmierny rozgłos niektórym sprawom,

utrudniamy sobie sami ich rozstrzyganie.

Chciałbym teraz nawiązać do spraw ogólniejszych.

Mianowicie pan premier Olszewski, ale nie tylko, bo

wielu posłów mówiło o tym, że w istocie to, co chcemy

osiągnąć, to znaczy z jednej strony mieć szczególne,

specjalne, uprzywilejowane stosunki ze Stanami Zjednoczonymi,

a z drugiej strony mieć istotną pozycję

w Unii Europejskiej, to się nie uda, ponieważ są to dążenia

wzajemnie sprzeczne. Otóż chciałem powiedzieć, że

mam w tej sprawie inny pogląd. Wzmacniamy bowiem

swoją pozycję w Unii Europejskiej, utrzymując bardzo

bliskie, uprzywilejowane stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.

Rzecz w tym, że polityka w ogóle nie jest

stanem, tylko jest procesem. I w tym procesie są dwa

bardzo istotne elementy, które kształtują politykę:

z jednej strony to interesy, a z drugiej – wartości. Otóż

polityka Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych,

wspólna polityka transatlantyckich państw, nazwijmy

to – Unia Europejska i Stany Zjednoczone jako wspólnota

demokratycznych państw – oparta jest na wartościach,

jakkolwiek interesy są często sprzeczne. Otóż

tam, gdzie można te wspólne wartości promować, uważamy,

że Unia Europejska i Stany Zjednoczone mogą

być skuteczne tylko wtedy, kiedy działają razem. Co do

tego różniliśmy się z naszymi partnerami w Unii Europejskiej,

którzy nie poparli Stanów Zjednoczonych

w różnych sprawach, a zwłaszcza w kwestii Iraku, jakkolwiek

chcę wyraźnie powiedzieć, że w sprawie Iraku

myśmy też nie do końca podzielali każde stanowisko

Stanów Zjednoczonych.

Rzecz polega na tym – i chciałbym to wyraźnie

powiedzieć – że nasza polityka powinna być wyzbyta

kompleksów i emocji. My bardzo często z jednej strony

mamy kompleks wielkich i uważamy, że musimy

w stosunkach z Rosją czy z Amerykanami rozmawiać

z pozycji słabego państwa, a z drugiej strony mamy

kompleks regionalnego mocarstwa, które pretenduje

do roli lidera.

Otóż tutaj uwaga, panie marszałku, do pana: po to,

żeby być liderem, trzeba być uznanym przez inne państwa

w tym regionie. To one powinny powiedzieć, że

objęliśmy przywództwo. To nie my możemy im mówić,

że jesteśmy przywódcą, bo zanim jeszcze w ogóle

zostaniemy uznani, z góry skazujemy siebie na niepowodzenie.

Mam wrażenie, że w kilku sprawach – mógłbym

wymienić pełną ich listę – udało się nam uzyskać pozycję

państwa, które inspiruje, inicjuje, jakkolwiek nigdy

nie oświadczamy, co chcę powtórzyć raz jeszcze, że

naszą intencją jest występowanie w roli lidera. Jeśli

inne państwa uznają nas za przywódcę, tym lepiej, ale

naszą intencją jest to, żeby działać na rzecz regionu.

Otóż Polska w Unii Europejskiej uzyskała dzisiaj sytuację

nieporównanie lepszą, niż wielu sądziło, że to jest

możliwe, m.in. dlatego, że mieliśmy tę szczególną pozycję

w stosunkach z Amerykanami. Stosunki ze Stanami

Zjednoczonymi, jak powiedziałem, też nie są bezchmurne,

to znaczy nie przyjmujemy wszystkiego bezkrytycznie.

Stany Zjednoczone proklamują pewną ideologiczną

koncepcję polityki zagranicznej, która zakłada, że można

budować demokrację w różnych regionach świata.

Otóż w moim przekonaniu można ułatwiać, stwarzać

warunki do budowy państwa prawa i demokracja,

obywatelskie społeczeństwo mogą tworzyć się na tej

bazie, ale nie można budować demokracji w wyniku

interwencji. Próbujemy to wyjaśniać naszym amerykańskim

partnerom, tłumaczyć, jakie jest nasze stanowisko.

Nie jest naszą intencją, żeby narzucać Amerykanom to

stanowisko, ale istota demokracji polega na tym, że ona

musi być produktem wewnętrznego rozwoju. Udało się

na Ukrainie, ponieważ miliony Ukraińców uwierzyły

w to, że i państwo prawa, i wartości, które reprezentują

Stany Zjednoczone, Polska i inne państwa demokratyczne,

są warte tego, ażeby o nie walczyć. W tej sprawie

okazało się, że ta wspólnota funkcjonuje.

Chciałbym powiedzieć parę słów na temat Rosji, bardzo

wiele tutaj powiedziano na temat Rosji. Chcę powiedzieć,

że w naszym interesie jest utrzymywanie z Rosją

dobrych, równoprawnych, partnerskich stosunków, ale

żeby takie stosunki powstały, potrzebna jest wzajemność.

Uważam, że z jednej strony nie powinniśmy podtrzymywać

nastrojów antyrosyjskich, rusofobii, ale z drugiej

strony nie możemy rozmawiać z Rosją z pozycji państwa,

które jest traktowane w sposób nierównoprawny.

Otóż mam wrażenie, że wtedy, kiedy Rosja traktuje

Polskę w sposób partnerski i równoprawny, udaje

się nam uzyskać o wiele więcej niż wtedy, kiedy my

występujemy w roli mentora pouczającego lub też

państwa, które uważa, że Rosja jest jedynym monopolistą

w różnych sprawach, na przykład w sprawach

dostaw ropy czy gazu, i powinno to nas skłaniać do

przyjmowania stanowiska, które jest nam oferowane

jako jedyne możliwe do przyjęcia. Myślę, że ten okres

mamy już za sobą. Głęboko wierzę w to, że w ciągu

najbliższych dni, m.in. przy okazji spotkania obu prezydentów,

Aleksandra Kwaśniewskiego i Władimira

Putina, 26 stycznia, dojdzie do wyjaśnienia pewnych

nieporozumień i na nowo wrócimy na drogę normalnych

stosunków partnerskich.

Sprawa mediów. Chcę powiedzieć, że media odgrywają

dzisiaj w świecie rolę nieporównywalną do tej,

jaką odgrywały kiedykolwiek. Bardzo często określają

jakby program polityki, w różnych sprawach, wewnętrznych

i zewnętrznych. Problem polega na tym, że

media mają potężną siłę, ale w istocie rzeczy nie mają

odpowiedzialności. Odpowiedzialność spoczywa na

rządach i na parlamentach. W mediach to jest sprawa

po prostu sensacji dnia. Chciałbym jednak też powiedzieć,

że media odgrywają bardzo istotną rolę kontroli

społecznej. Chcę wyrazić opinię, że, w moim przekonaniu,

przy kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej

odgrywają z zasady rolę bardzo pozytywną.

Posłużę się tu przykładem dotyczącym sprawy

błędnego tłumaczenia traktatu konstytucyjnego. Chcę,

żeby była jasność w tej sprawie, iż o tym, że tekst jest

źle przetłumaczony, nie dowiedzieliśmy się z artykułu

w „Rzeczpospolitej”. Ten tekst został źle przetłumaczony

w Brukseli, bo Bruksela odpowiada w pełni za tłumaczenia

wszystkich tekstów. Nasze opinie, które przesłaliśmy,

nie zostały tam uwzględnione. Lista błędów sporządzona

w MSZ jest mniej więcej zbieżna z listą, która

się pojawiła w artykule w „Rzeczpospolitej”. Uważam,

że tę sprawę oczywiście trzeba rozwiązać. Są tam błędy

językowe, stylistyczne, ale są tam także rzeczy niedopuszczalne

z punktu widzenia merytorycznego.

Pan poseł Macierewicz mówił o tym – i nie tylko

poseł Macierewicz – że to uderza w interesy przemysłu

zbrojeniowego. Otóż chcę powiedzieć, że tekst traktatu

konstytucyjnego oczywiście nie uderza w interesy

przemysłu zbrojeniowego, ponieważ one nie są w żaden

sposób zagrożone treścią konstytucji, bo art. 342

konstytucji został powtórzony, w tym zapis z Traktatu

o Wspólnotach Europejskich. Sprawa zakupu uzbrojenia,

sprzętu wojskowego pozostaje w wyłącznej gestii

państw członkowskich.

Słuszny natomiast zarzut dotyczy tego, że tłumaczenie

pomija słowo „illicit”, czyli nielegalny handel

bronią. Rzecz polega na tym, że jeżeli w polskim tekście

jest napisane: „handel bronią”, ale nie jest określone,

że nielegalny, to jest to oczywisty błąd merytoryczny,

który mógłby mieć istotne konsekwencje, gdyby

nie został naprawiony. Te błędy muszą być naprawione

i będą naprawione. Co do formy, to w tej chwili nie

chcę w to wnikać; jest to sprawa szczegółowa. Istota

rzeczy polega na tym, że mieliśmy tego świadomość.

Bardzo istotna sprawa, którą poruszało wielu posłów

i która w moim przekonaniu zasługuje na uwagę,

dotyczy ekonomizacji polskiej polityki zagranicznej.

Chcę powiedzieć, że uwagi, które wypowiedział tu

pan poseł Marek Borowski, bez reszty odpowiadają mi

i gdybym miał możliwość wcielenia w życie tego programu,

to mogę powiedzieć, że to jest w istocie rzeczy

wolą, intencją wszystkich kolejnych ministrów spraw

zagranicznych.

Chcę powiedzieć – to jest moja uwaga już nie tylko

pod adresem obecnego rządu, ale również przyszłego

rządu – żeby była pełna świadomość, że jest pewna

inercja, bezwład i, powiedziałbym, bardzo silny opór

materii w resortach, w strukturach, które bronią swoich

imperiów i bardzo często przybierają inny kostium po

to, żeby zachować rzeczy takimi, jakie one były kiedyś.

Mam na myśli na przykład sprawę Polskiej Agencji

Promocji Gospodarczej. Jeśli ta agencja utrwali obecną

strukturę, która jest absolutnie nieadekwatna do nowej

sytuacji, to oczywiście nie zmieni się sytuacja ambasadorów

i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. MSZ

nadal nie będzie miał instrumentu wymuszania tego,

żeby działalność ambasadorów była rozliczana według

ich wyników osiąganych w obrotach gospodarczych.

Sprawa Ukrainy. Na szczęście mam wrażenie, że tu

była pełna zbieżność poglądów.

Z przyjemnością odnotowuję to, że dzisiejsza debata

była bardzo poważna. W istocie rzeczy wynikała

z zatroskania sprawami polskiego interesu narodowego.

Jakkolwiek były istotne różnice i one się utrzymują

– byłoby nienormalne, gdyby ich nie było – to z drugiej

strony stwierdzam z przyjemnością, że w tej debacie

poruszano najczęściej te same problemy, które my

uważamy za centralne.

Sprawa Niemiec. Otóż w sprawach niemieckich,

które są niezwykle drażliwe, to już powiedziałem, że

pewne rzeczy zostały rozwiązane, inne będą rozwiązywane.

Trzeba też pamiętać o tym, jeden z posłów

wspomniał o tym, że Niemcy uregulowały swoje stosunki

z Francją, natomiast z Polską te sprawy wyglądają

inaczej. Po pierwsze, trzeba pamiętać, że rozwiązywanie

problemów z Francją zaczęło się natychmiast

po wojnie, praktycznie rzecz biorąc, kiedy Francja była

mocarstwem okupującym Niemcy, a potem od 1949 r.,

kiedy jako niepodległe państwo powstała Republika Federalna

Niemiec. Ten proces z Polską w istocie rzeczy był

rozpoczęty znacznie później, ale niezależnie od tego

sprawy do rozwiązania między Polską a Niemcami są

nieporównanie poważniejsze, bardziej dramatyczne

i trudne. Nie można porównywać rzeczy nieporównywalnych.

Zważywszy na ten cały ogrom trudności,

mam wrażenie, że udało się nam osiągnąć dużo więcej,

niż ktoś mógłby oczekiwać.

Wspomniałem o sprawie wartości i demokracji.

Otóż wydaje mi się, że jest to idea porządkująca

w dzisiejszym świecie cały system międzynarodowy.

Znaczy ten system międzynarodowy w dzisiejszym

świecie wygląda nieco inaczej, niż wynikałoby to

z wypowiedzi niektórych posłów. Mianowicie system

międzynarodowy do tej pory był oparty na państwach

suwerennych, w których suwerenność była promowana

w sposób niemalże absolutny. Otóż to należy do

przeszłości. Ten system, który ukształtował się w ciągu

ostatnich pięćdziesięciu lat, jest systemem współzależności.

Niezależnie od tego, czy mówimy o traktacie

konstytucyjnym, który jest przecież umową, czy

mówimy o jakimkolwiek innym traktacie, to oznacza

to, że strony tego traktatu godzą się na ograniczenie

swojej suwerenności w tym zakresie, w którym godzą

się na to inne państwa. Innymi słowy, przyjmują zasadę

pełnej wzajemności. W związku z tym nie możemy

abstrahować od faktu, że jeśli nie znajdziemy się

w tej wspólnocie demokratycznych państw, to w sposób

automatyczny stawiamy siebie niejako na marginesie

tego zespołu państw. Trzeba więc pamiętać o tym,

że w naszym interesie jest m.in. to, aby współkształtować,

być obecnym, oddziaływać. Wydaje mi się, że

jeśli ocenia się tych kilka miesięcy, od 1 maja po dziś

dzień, pod kątem tego, co nam się udało, to powiedzmy

sobie otwarcie, że udało się nam bardzo wiele osiągnąć

wewnątrz Unii Europejskiej.

Pan przewodniczący Pawlak mówił na temat partnerstwa

dla rozwoju. Otóż chcę powiedzieć, że jestem

za tym bez reszty, podpisuję się pod tym, bo partnerstwo

dla rozwoju jest niezwykle ważnym elementem,

który w istocie rzeczy cechuje koncepcję Unii spójnej,

solidarnej i skutecznej. Tylko w ramach Unii możemy

poszukiwać partnerów dla rozwoju.

Ostatnia sprawa, o której chciałbym powiedzieć,

dotyczy tego, że rok 2005 – jak już wcześniej mówiłem

– jest rokiem wielu różnych wydarzeń, rocznic. Jedna

rocznica zasługuje w tej chwili na przypomnienie, mianowicie

25. rocznica „Solidarności”, z której pragniemy

uczynić wielkie wydarzenie międzynarodowe. Uważamy,

że właśnie w tym promowaniu wartości Polska

i opozycja demokratyczna w Polsce wyprzedziły znacznie

to, co stało się później. Otóż media jak gdyby na naszych

oczach dokonały pewnego przewartościowania

i w opinii Europy i świata koniec systemu totalitarnego

kojarzony jest z upadkiem muru berlińskiego. Trzeba

powiedzieć sobie otwarcie, że bez „Solidarności” nie

byłoby upadku muru berlińskiego. Wydaje mi się, że

ten moment powinien być nie tylko przypomniany, ale

również doceniony przez opinię światową, w związku

z tym podjęliśmy w ramach Narodów Zjednoczonych

i w Europie działania, które nadałyby tej uroczystości

stosowną rangę. Mamy nadzieję, że wielu przywódców

zgodzi się wziąć udział w tej uroczystości i dać wyraz

temu, o czym przed chwilą powiedziałem.

Dziękuję za uwagę, panie marszałku. (Oklaski)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję, panie ministrze.

Kontynuujemy debatę.

Pan poseł Jerzy Jaskiernia, Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Poseł Jerzy Jaskiernia:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Debata na temat

polityki zagranicznej jest zawsze ważnym wydarzeniem

w Sejmie, tym ważniejszym, że stanął przed nami

nowy minister spraw zagranicznych, aczkolwiek kontynuujący

politykę swojego poprzednika.

Zasadnicze pytanie brzmi: czy teza, iż w sprawach

zagranicznych dogadaliśmy się ponad podziałami, jest

już nieaktualna. Przewodniczę Komisji Spraw Zagranicznych

Sejmu i powiem, że klimat pracy, dochodzenie

do porozumienia w komisji w dalszym ciągu występuje.

Wczoraj przyjęliśmy jednogłośnie bardzo ważne stanowisko

dotyczące wyborów w Iraku. Były bardzo burzliwe,

gorące dyskusje na temat spraw niemieckich, które

doprowadziły do znanej uchwały Sejmu. Można jedynie

zapytać, czy to nie było opóźnione działanie, czy do

spotkania Prezydiów Sejmu i Bundestagu nie powinno

dojść wcześniej, czy do wspólnych posiedzeń Komisji

Spraw Zagranicznych Polski i Bundestagu nie powinno

dojść wcześniej, czy właściwym było pewne lekceważenie

drobnych, być może, incydentów w stosunkach polsko-

niemieckich, które jednak stworzyły pewną masę

krytyczną. Bo mówiono: pani Steinbach nie jest istotna,

nikt jej w Niemczech nie zna, Pawelka, inni, to są jakieś

sprawy zupełnie marginalne, incydenty lokalne, ale one

jednak składały się na pewną całość. I być może zamiast

lekceważenia, należało już u progu dostrzec te sprawy.

I z tego chcielibyśmy w przyszłości wyciągnąć właściwe

wnioski.

Wysoka Izbo! Chciałbym podnieść dwa zagadnienia

z bogatego zestawu problemów, o których mówił

dzisiaj pan minister Adam Rotfeld. Sprawa pierwsza,

współdziałanie organizacji międzynarodowych, Rada

Europy, OBWE, Unia Europejska. Jesteśmy krajem

prezydencji Rady Europy. Wydaje mi się, że za mało

to eksponujemy. Taka prezydencja zdarza się raz na

kilkadziesiąt lat. Odbędzie się przecież w maju trzeci

szczyt Rady Europy. Jesteśmy wobec opinii europejskiej

publicznie odpowiedzialni za to, czy ten szczyt

zakończy się sukcesem, nie tylko formalnym, że dojdzie

do skutku, bo dojdzie, ale co z tego będzie wynikało.

Odnotowałem w tym, co dzisiaj mówił pan minister

Rotfeld, oczekiwanie, że będzie grupa refleksyjna,

że jest kwestia unikania nakładania się jurysdykcji,

unikania konfliktów instytucjonalnych, ale mam tutaj

pewną obawę, bo słyszę to już od kilku lat, od końca lat

90. Działała w Radzie Europy grupa nazwana Komitetem

Mędrców, w której zasiadała m.in. pani premier

Hanna Suchocka. Przez szereg miesięcy debatowali,

zapowiadali, że coś się zdarzy na styku Rady Europy

i OBWE – i się nic nie zdarzyło. Dzisiaj słyszymy znów

to zapewnienie, unikanie nakładania się jurysdykcji,

ale jednocześnie słyszymy, że szczyt OBWE w Sofii

zakończył się niepowodzeniem, nie udało się osiągnąć

stanowiska. OBWE nie zareagował na rozwój sytuacji

na Ukrainie, a miał wielką szansę.

Chciałbym zapytać, panie ministrze, czy jest jakaś

nadzieja, czy to nie jest kolejne złudzenie, takie powtarzanie

pewnego stereotypu, że poszukujemy. Czy państwa

europejskie zdolne są u progu XXI wieku podjąć

ten wysiłek? Liczba tych instytucji narastała. Przecież

kiedyś był układ zimnej wojny, OBWE, wielka

w związku z tym nadzieja, Rada Europy rozwijała się,

25 państw w Unii Europejskiej – i nic się nie zmienia.

Bo każda organizacja próbuje chronić swojego

imperium. A więc czy rzeczywiście jest tu nadzieja,

czy macie już coś w zanadrzu, coś, co zaproponujecie

w maju, czy też jest to pewna powtarzana retoryka,

która zakończy się jak zwykle stwierdzeniem, że, no,

były intencje, ale postępu nie udało się osiągnąć.

Sprawa druga to ekonomizacja polskiej polityki

zagranicznej. Otóż, mnie, panie ministrze, martwi

nie tyle to, aczkolwiek to też mnie martwi, że są spory

w rządzie między ministerstwami, że wszyscy tutaj

chronią swojego imperium, że po raz kolejny Komisja

Spraw Zagranicznych coś proponuje, że nadchodzą

ogólnikowe odpowiedzi, bo do tego w jakimś sensie

już się przyzwyczailiśmy. Mnie bardziej interesuje to,

co interesuje ludzi w moim okręgu, w województwie

świętokrzyskim. Kiedy jestem na kolejnych spotkaniach

z rolnikami czy przy okazji Święta Kwitnącej

Jabłoni w Samborcu, czy Święta Pomidora w Dwikozach,

czy Święta Jabłkobrania w Obrazowie, gdziekolwiek,

powtarza się to samo pytanie: Co się stało

z polityką wschodnią rządu? Przecież jeśli ludzie nawet

nie związani z lewicą słyszeli exposè premiera Millera

w 2001 r. i słyszeli, że teraz będzie położony większy

akcent na polityką wschodnią, to pamiętają, co działo

się przed 1989 r. – producenci jabłek, warzyw, ta linia

hutniczo-siarkowa, która była cały czas przeładowana,

był olbrzymi ruch w kierunku Wschodu, w kontaktach

z Rosją, z Ukrainą. Owszem, później było obrażenie

się, zmiana systemu, to się wszystko załamywało, ale

w międzyczasie były ważne wizyty prezydentów, premierów.

Jeśli chodzi o Ukrainę, mówimy, że mamy

wręcz strategiczne partnerstwo, zaangażowaliśmy się

na Ukrainie, ale tam, gdzie coś z tego miałoby wynikać

dla ludzi, postępu nie ma. Ludzie patrzą na to tak, że

albo jest jakieś oferowanie złudzeń, albo to jest jakieś

nieporozumienie, albo nie było jakiejkolwiek szansy,

albo… No właśnie: albo.

Spójrzmy również na stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.

Rok w rok powtarzamy tę samą tezę: znakomite

stosunki, bardzo ważny partner. Pan premier

Olszewski podniósł dzisiaj sprawę istoty strategicznej

tego stosunku i tego przecież nikt nie kwestionuje.

To jest jeden z elementów polskiej racji stanu,

ale w obszarze ekonomii nie ma postępu. Przecież

my po raz kolejny przyjeżdżamy do Waszyngtonu

i jest zielone światło, prezydent Bush świetnie

się w Krakowie o Polsce wypowiedział, doceniając,

że Polska jest zaangażowana w Iraku. Ale są kraje

w naszej szerokości geograficznej niezaangażowane

w Iraku, mające gorsze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi,

które palcem nie kiwnęły, gdy Amerykanie byli

w potrzebie, ale które potrafią przebić się na rynek amerykański

i coś z tego dla ich społeczeństwa wynika.

Mówię o tym dlatego, Wysoka Izbo, że oczywiście

polityka zagraniczna jest celem bardzo ważnym, tylko

widzę szereg państw, jak patrzę na ich ambasadorów,

nawet jak się zachowują w Warszawie, to oni każdą

minutę, każdą godzinę wykorzystują do wyrywania

dobrych rzeczy dla swojego kraju w zakresie inwestycji,

promocji swoich towarów; w zakresie tego, co

rzutuje na tworzenie miejsc pracy. I to jest podstawowe

kryterium. Polska nie jest wielkim mocarstwem. Oczywiście

bardzo ważne, że jesteśmy i w Radzie Europy,

i że jesteśmy i tu chwaleni, i tu chwaleni. Ale jeżeli

efektem polskiej polityki zagranicznej nie będą nowe

miejsca pracy, jeżeli będziemy krajem o tak wysokim

wskaźniku bezrobocia, co przecież tworzy strukturalną

frustrację, to co z tego, że ktoś nas pochwali w ONZ

czy nawet w Radzie Europy, jeżeli nie będziemy potrafili

tym instrumentem grać. My dostrzegamy w Komisji

Spraw Zagranicznych, że kolejni kandydaci na

ambasadorów na szczęście już wiedzą, że będą pytani

o sprawy ekonomiczne i sami z własnej inicjatywy

pewne propozycje przynoszą. Ale jeśli chodzi o Stany

Zjednoczone, rodzi się pytanie, skoro są tak dobre

stosunki, skoro prezydent jeździ tam co roku, skoro

prezydent Bush przyjeżdża, dlaczego się tu coś nie

zdarza? To już nie jest tylko kwestia sporów międzyresortowych,

bo nawet gdyby się skończyły te spory

między MSZ a Ministerstwem Gospodarki i Pracy, to

automatycznie to się nie zmieni, a to, wydaje mi się,

jest sytuacja kluczowa.

Stąd chciałbym, Wysoka Izbo, panie marszałku,

wyrazić przekonanie, że oczywiście każdy rząd ma

swój czas i ten rząd miał swój czas i sądzę, że jeśli

chodzi o politykę zagraniczną, nie powinien się tego

czasu wstydzić. To bardzo istotne, że w tej Izbie dzisiaj

szereg ciepłych słów pod adresem tego rządu, tego

ministra padło. Ale wydaje mi się, że ktokolwiek nie

będzie Polską rządził po następnych wyborach, stanie

przed tym samym dylematem, jak o sprawy polskie

walczyć bardziej pragmatycznie, jak nie tonąć w stosach

różnych dokumentów, gdzie słowo „demokracja”

jest wymieniane po kilkadziesiąt razy. Jak spowodować,

żeby to, co jest istotne dla Polaków i dla Polski,

a co wynika z polityki zagranicznej, przybierało realny

wymiar. Mam wielką nadzieję, że to dzisiejsze exposé

pana ministra Rotwelda ku takiej lepszej praktyce będzie

prowadziło. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję.

Pan poseł Marek Jurek, Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Marek Jurek:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

Wysłuchaliśmy bardzo ciekawego sprawozdania i jednocześnie

exposé na następny rok pracy pana ministra

spraw zagranicznych. Niewielu ministrów spotkało się

z tak szerokim, dobrym przyjęciem w Izbie i mam nadzieję,

zapowiada dobry rok pracy w naszej dyplomacji

i w ogóle w polityce polskiej. Natomiast oczywiście

rolą opozycji jest krytyka. Na parę momentów wartych

zastanowienia i przemyślenia czy takich, w których się

nie zgadzamy i zgłaszamy zastrzeżenia do rządu i zapowiadanej

polityki zwrócę więc uwagę.

Sprawa pierwsza. Jest pewna rozbieżność między

treścią a formą wystąpienia pana ministra. Nasz klub

Prawo i Sprawiedliwość, a także wielu innych posłów,

akcentowało, że z wielką satysfakcją przyjęli deklarację

o priorytecie orientacji atlantyckiej w naszej polityce

zagranicznej, też o przesłankach praktycznych

wagi, jaką przywiązujemy do współpracy ze Stanami

Zjednoczonymi. Jednak gdyby spojrzeć na proporcje

w wystąpieniu pana ministra i ilość czasu poświęconego

stosunkom i współpracy ze Stanami Zjednoczonymi,

a z drugiej strony sprawom Unii Europejskiej, to

– jak mówię – widać tutaj bardzo wyraźną rozbieżność

między deklarowanym, choćby w samym porządku

wystąpienia, priorytetem, a zainteresowaniami naszej

polityki.

Tymczasem musimy mieć świadomość, dlaczego

państwo polskie kieruje się priorytetem współpracy ze

Stanami Zjednoczonymi w swojej polityce, który to

priorytet Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie popiera.

Otóż nie są to ani racje emocjonalne, ani historyczne,

ani nie jest to oportunizm wobec największego

supermocarstwa w dziejach. To wynik przekonania, że

główną racją polityki polskiej musi być obrona świata

bezpiecznego dla Polski. Główną racją polityki polskiej

musi być niepodległość.

Słuchałem wielu posłów. Prawo i Sprawiedliwość

zdecydowanie zgadza się z tym, że potrzebny jest silny

moment ekonomiczny w naszej polityce zagranicznej,

że potrzebna jest odpowiedzialność ekonomiczna polskiej

polityki zagranicznej, ale pamiętajmy, że priorytetem

polskiej polityki musi być utrwalanie niepodległości.

Żyjemy w takim regionie – choć akurat w naszym

najszerzej rozumianym regionie jesteśmy jednym

z narodów historycznych, które bardzo wcześnie powołały

swoje państwo – że jeżeli spojrzymy na Europę

od Finlandii po Grecję, kolebkę naszej cywilizacji, to

zobaczymy państwa, dla których problem niepodległości

zawsze był problemem trudnym. Dobrze, że w tej

chwili mamy Wiosnę Narodów, ale naszej polityce potrzebna

jest przede wszystkim independyzacja, świadomość,

że niepodległość jest najważniejszym dobrem,

które uzyskaliśmy, dobrem, które trzeba utrwalić.

Nie mówię tego w opozycji do wystąpienia pana

ministra, tylko zwracam się do wielu posłów, którzy

wskazywali inne priorytety, może sugerując, że niezależność

polityki narodowej można przehandlować nie

za miskę soczewicy, lecz za wiadro jabłek. Takie przed

chwilą odniosłem wrażenie.

Jeżeli stawiamy taki priorytet w naszej polityce, jeżeli

widzimy te dwa plany, europejski i atlantycki, to

musimy być świadomi tego, że nasza rola nie może się

sprowadzać wyłącznie do postulowania pewnej orientacji

w Unii Europejskiej, do wspierania pewnej tendencji

wewnątrz Unii, dlatego że to są dwa niezależne

od siebie pola. Możemy się bardzo cieszyć z obecności

Xaviera Solany w Kijowie, z roli, jaką Unia Europejska

ostatecznie odegrała w procesie wsparcia dla demokracji

ukraińskiej. Ale przecież kluczowe znaczenie jeśli

chodzi o dezaprobatę świata wobec sfałszowania wyborów

na Ukrainie miało zarówno czynne stanowisko

Polski, jak i – powiedzmy to otwarcie – wcześniejsze

otwarte stwierdzenie tego przez Stany Zjednoczone,

przez Collina Powella. To był pierwszy głos, pierwsze

otwarte stwierdzenie, że te wybory były sfałszowane,

i to ośmieliło innych, również Wielką Brytanię. Było to

duże wsparcie dla działania, które podjęła Polska.

Unia Europejska wzięła udział w tym procesie, ale

to był udział wtórny. Warto się zastanowić, czy mogła

to być rola inicjująca, gdyby nie było stanowiska

Stanów Zjednoczonych. W moim przekonaniu, nie.

Dlatego pamiętajmy, że współpraca atlantycka, solidarność

atlantycka w polityce polskiej to jest, jak mówił

pan minister, ochrona przed niebezpieczeństwami

grożącymi naszej niepodległości, ale jest to również

kwestia bieżącego zwiększania naszego bezpieczeństwa

w regionie, bieżącego umacniania podstaw naszej

niepodległości. Dlatego musimy słyszeć w Unii Europejskiej

takie głosy, jak głos pana Borella, który niezależnie

od tego, co powiedział na zamkniętym zebraniu

w Madrycie, miał wiele zupełnie otwartych wypowiedzi

w prasie europejskiej, w prasie polskiej, w których pobrzmiewały

tony neojałtańskie, to znaczy przekonanie,

że skoro dla Unii Europejskiej bardzo ważne są zewnętrzne

stosunki z Rosją, to takie kraje, jak Ukraina

czy Białoruś, należy traktować jako obszar specjalnych

zainteresowań rosyjskich, które, jeżeli nie trzeba ich

uszanować, to przynajmniej bardzo poważnie trzeba

brać pod uwagę, wpisywać w swoją politykę. Polska

na taką orientację neojałtańską nigdy się zgodzić nie

może. (Oklaski)

Przeciwstawiając się tej orientacji neojałtańskiej,

musimy ją krytykować wewnątrz Unii Europejskiej,

ale właśnie, i dobrze, że to robimy, podejmować

i utrzymać współpracę ze Stanami Zjednoczonymi,

jako wymiar naszej polityki niezależny od Unii Europejskiej.

Co więcej, im bardziej Unia będzie gotowa

brać udział w takiej polityce, tym bardziej możemy akceptować

jej głębszą integrację. Im więcej rozbieżności

w naszych poglądach, tym bardziej nasza polityka

musi mieć wymiar narodowy, szukając sprzymierzeńców

naszego narodowego interesu.

Jeden apel do pana ministra na nadchodzący rok.

Mogą być ludzie, którzy tego nie rozumieją, mogą być

ludzie, którzy udają, że tego nie rozumieją, mogą być

partie tak zaślepione interesem partyjnym, że mogą nie

dopuszczać tego do świadomości, ale kwestia wyboru

momentu, w którym Polska weźmie udział w decyzjach

dotyczących kształtu Unii Europejskiej i konstytucji

europejskiej, to kwestia najzupełniej polityczna,

to kwestia polityki narodowej. Polityczna nie w tym

znaczeniu, w jakim ostatnio tego słowa się używa niestety

nie tylko w gazetach, ale również przez wielu wybitnych

polityków, tzn. sugerująca, że interesów partyjnych

i niskich pobudek, ale w najlepszym znaczeniu

polityki narodowej, interesu naszego państwa.

Prawo i Sprawiedliwość nie pozostawia tutaj żadnej

wątpliwości. Traktat konstytucyjny uważamy za

zły, sprzeczny z prawem, dezintegrujący Europę i będziemy

mu przeciwni. Ale jednocześnie mając świadomość

tego, że w społeczeństwie występują różne opinie,

mówimy o tym, że będziemy występować za jego

odrzuceniem i będziemy przekonywali opinię publiczną,

żeby Polska podjęła taką decyzję w akcie referendalnym.

Mamy jednak świadomość, że Polska, która

dwa razy występowała już z bardzo samodzielnym stanowiskiem

w sprawie traktatu konstytucyjnego, ma naprawdę

wszelkie powody, żeby zarówno naszej opinii

publicznej, jak i opinii międzynarodowej dać wysłuchać

najpierw Brytyjczyków, Irlandczyków, Czechów,

Francuzów, a potem zabrać głos. My naszej opinii nie

ukrywamy, oceny traktatu konstytucyjnego nie sprowadzaliśmy

ani do Nicei, ani nie głosiliśmy żadnych

gromkich haseł, ale go metodycznie krytykowaliśmy

i, co więcej, tak zagłosujemy, do takiego głosowania

będziemy przekonywać opinię publiczną. Ale kierując

się interesem Polski, uważamy, że w interesie Polski

leży to, żebyśmy we właściwej kolejności zabrali głos

w tej debacie. Są politycy, w których myśleniu dominuje

interes partyjny, chęć zasłonięcia afer wizerunkiem

swojej partii jako jednego gwaranta integracji europejskiej,

chęć wykorzystywania nieświadomości części

opinii publicznej, która myśli, że rezygnacja z jednego

traktatu to dezintegracja Unii Europejskiej. Dlatego

jest wielki apel do Ministerstwa Spraw Zagranicznych,

do dyplomatów: Wytłumaczcie tym niedowarzonym

politykom, że jest to kwestia interesu narodowego, który

nie może stać za interesem partyjnym i chęcią budowania

takiego czy innego wizerunku swojej partii. Są

to zbyt wielkie wartości, żeby je poświęcać dla niskich

interesów partyjnych.

Jest jedna rzecz, powiem o tym krótko, którą warto

wnieść na forum Unii Europejskiej, która właśnie powinna

być podjęta na forum unijnym, gdzie powinniśmy

zainicjować debatę wewnątrzunijną. To kwestia aspiracji

Niemiec do udziału w Radzie Bezpieczeństwa Narodów

Zjednoczonych. Jest to kwestia par excellence europejska.

Zawarliśmy unię polityczną, tworzymy jedną wspólnotę,

Niemcy nie powinny tej sprawy stawiać unilateralnie.

Jeżeli tak gorliwie krytykują jednostronność polityki Stanów

Zjednoczonych, jeżeli tak gorliwie krytykują samodzielność

polityki polskiej od czasu do czasu, to naprawdę

niech tej sprawy również nie stawiają jednostronnie. Jest

to kwestia dotycząca reprezentacji nie regionu, ale naszej

wspólnoty państw, o której w pewnym zakresie powinniśmy

dyskutować wspólnie. Skoro wiemy, że roszczenia

Niemiec spotykają się z w tej sferze z krytyką, to naprawdę

wejdźmy śmiało w udział w tej debacie, bo nie chodzi

o żadne fobie.

Całkowicie się zgadzam, tylko mam wątpliwości

co do realizmu stanowiska przedstawionego przez

pana ministra odnośnie do budowania bardzo ścisłej

współpracy polsko-niemieckiej. Mam wątpliwości,

bo nie widzę przesłanek; nasze stanowiska (również

jeśli chodzi o obraz współczesnego świata) zawierają

zbyt wiele różnic, żeby można było mówić o tak ścisłej

współpracy. A Polska nie ma interesu w takim podnoszeniu

rangi w polityce światowej państwa, z którym

mieliśmy tak różne opinie np. na temat efektywnego

wykorzystania przewagi amerykańskiej we współczesnym

świecie, choćby przez ostatnie dwa lata.

I ostatnia rzecz.

Panie Ministrze! Wysoka Izbo! Bezpieczeństwo

zbiorowe jest wartością niepodzielną. Mamy doświadczenie

II wojny światowej. Kiedy pod koniec pewnego

lata Niemcy napadły na Polskę, to krótko potem Związek

Sowiecki napadł na Finlandię, Włochy, Grecję,

a Japonia napadła na Stany Zjednoczone. Wiemy

o tym, że bezpieczeństwo zbiorowe jest rzeczą niepodzielną

i polityka polska, pracując dla bezpiecznego

świata, dla Polski, powinna z jednej strony angażować

się w przeciwdziałanie powstawaniu ognisk napięcia

we współczesnym świecie i powinna mieć odwagę

współpracować ze Stanami Zjednoczonymi, tam gdzie

trzeba zgasić istniejące już ogniska napięcia. Oczywiście

nie jest w naszym interesie, żeby siły pokoju miały

za dużo pracy na tym polu, ale w żadnym wypadku nie

możemy się przyczyniać nieodpowiedzialnie, np. dla

dobrych relacji na salonach dyplomatycznych, do tego,

żeby takie ogniska rodziły się za naszą przyczyną.

I dlatego, panie ministrze, bardzo zdecydowanie

chcę podnieść ten wątek, o którym już wspomniał pan

marszałek Ujazdowski. Polska nie ma żadnego interesu,

żeby wspierać interesy lobby zbrojeniowego we

Francji, w Niemczech czy w innych krajach, które chcą

eksportować broń do komunistycznych Chin. Jaki interes

może mieć Polska w tym, żeby zacieśniać współpracę

tych państw, która zresztą bardzo niekorzystnie

wyglądała w ostatnich latach (np. na forum ONZ)

z Chinami komunistycznymi? Jaki mamy interes

w tym, żeby Chiny zwiększały nacisk na te słupy Herkulesa

wolnego świata na Pacyfiku, jakim są Japonia, Korea

Południowa czy Tajwan? Jaki mamy interes w tym,

żeby Stany Zjednoczone musiały w większym stopniu

kierować swoją uwagę już nie tylko poza Europę, ale

w ogóle poza zachodnią półkulę? To jest sprawa bardzo

otwartej w tej chwili debaty w Unii Europejskiej. To

jest sprawa, która narusza relacje atlantyckie również.

Przecież zdajemy sobie z tego sprawę, że Stany Zjednoczone

podjęły określone zobowiązania, jeżeli chodzi

o zapobieganie wojnie w tamtym regionie, zobowiązania

z reguły traktatowe, ale wobec Tajwanu mające

podstawę ustawową w zobowiązaniu jednostronnym

Stanów Zjednoczonych. Jaki Polska może mieć interes

(nie mówiąc już o racjach humanitarnych, które budują

autorytet państwa) w tym, żeby wyrażać zgodę, w warunkach,

które w żaden sposób do tego nie upoważniają,

na to, żeby w naszym imieniu inne państwa zarabiały na

sprzedaży broni do komunistycznych Chin?

Tutaj apel o odwagę. Ostatnie lata, i to rzeczywiście

było pole bardzo często interakcji, a nawet współpracy

między rządem a opozycją, pokazały, że Polska

ma możliwości budowania swojej pozycji w Europie

i w świecie. Co więcej, pokazały logikę tego działania,

że tu nie chodzi o próżność narodową, ale o wartości

zasadnicze, o nasze bezpieczeństwo, bezpieczny świat

dla Polski, o wartości, o których mówił pan minister.

I dlatego apel o odwagę, o dobre, zdroworozsądkowe

rozeznanie naszych interesów, o szeroki horyzont ich

widzenia i o wierność wartościom, o których mówiliśmy.

Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję, panie pośle.

Pan poseł Tadeusz Samborski, Polskie Stronnictwo

Ludowe.

Poseł Tadeusz Samborski:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!

Reprezentuję region legnicko-jeleniogórski i jestem

przekonany, że mieszkańcom tego regionu, jak i mnie

osobiście, sprawiło wielką przyjemność i jakby poczucie

sprawiedliwości, o której tu już ktoś mówił, historycznej,

użycie przez pana dzisiaj tego sformułowania:

60-lecie powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do

macierzy. Dawno już nie mówiono tego z tej trybuny,

w mediach, na różnych forach. Dziękuję bardzo. I wracamy

do prawdy historycznej.

Cieszę się też bardzo, iż pan minister był uprzejmy

wskazać, że imperatywem naszego działania, resortu

przez pana kierowanego, imperatywem w prowadzeniu

polityki zagranicznej, będzie kryterium prawdy, bo

istotnie fałszywa historia rodzi fałszywą politykę. A jeśli

chodzi o skutki fałszywej polityki, to niejednokrotnie

doświadczaliśmy ich wszyscy.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Sprawozdanie

i program przedstawiony przez pana ministra odzwierciedlają

istotę strategicznych, dalekosiężnych interesów

Polski. Rzetelnie pan minister przedstawił realizację

tych celów, z ich uwarunkowaniami, plusami, minusami.

Oczywiście zgadzamy się z tezą pana ministra, że

ta polityka była realizowana przy harmonijnym współdziałaniu

najwyższych czynników państwa: prezydenta,

premiera, ministra spraw zagranicznych. Mam wrażenie,

być może uszło to mojej uwadze, że przy tym sumowaniu

dorobku zabrakło słów o wkładzie w politykę

zagraniczną dorobku Sejmu i Senatu. A już zupełnie nie

mówiliśmy o tym, że w jakimś sensie polityka zagraniczna

jest także realizowana na poziomie wojewodów,

marszałków, prezydentów, burmistrzów miast, nawet

starostów i wójtów. To są samorządowe czynniki, które

realizują te zadania i myślę, że należy im się za to też, za

tę międzynarodową aktywność, uznanie, bo one są bardzo

ważnym czynnikiem wspomagającym naszą aktywność

państwową na innych szczeblach. Warto dostrzec

i docenić efekty działań dyplomacji społecznej i różnych

organizacji branżowych.

Tu pragnę powiedzieć, że jestem przekonany, że

wszelkie organizacje mogą być bardzo pomocne Ministerstwu

Spraw Zagranicznych i polskiej dyplomacji.

Mogą być pomocne w ogóle bez próby podporządkowywania

ich i zawłaszczania przez resort. Zresztą

w złym stylu, jak to się stało np. z Fundacją „Pomoc

Polakom na Wschodzie”. Ale wierzę, panie marszałku,

panie ministrze, że pod pana kierownictwem, pod kierownictwem

pana ministra Rotfelda, kierowany przez

niego resort poprawi nieco swoje robocze relacje z Sejmem

Rzeczypospolitej Polskiej.

Doceniając pana kulturę osobistą i kompetencje,

mniemam, iż pod pana wpływem niektórzy urzędnicy

resortu pozbędą się grzechu pychy, pokusy monopolu

na władzę czy prawdę i że zostaną wyeliminowane,

wprawdzie, podkreślam, sporadyczne, ale jednak istniejące,

sytuacje, które świadczą o pewnym lekceważeniu

posłów i komisji sejmowych, zwłaszcza Komisji

Łączności z Polakami za Granicą. To ważne odczucie

i ważny postulat.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Z uznaniem

trzeba stwierdzić, że konsekwentne dążenie polskiej

dyplomacji do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa

zewnętrznego było cechą jej skutecznych działań

i aktywności na różnych forach i gremiach międzynarodowych.

Brak mi tylko tutaj tezy o poszukiwaniu

propolskich orientacji naszych sąsiadów. Bo mówimy

tu o transatlantyckiej orientacji, o dążeniu właśnie

do proeuropejskiej orientacji różnych państw,

zwłaszcza naszych sąsiadów. Myślę, że możemy

wprost mówić, że nam także zależy na propolskiej

orientacji, zwłaszcza naszych sąsiadów.

I na pewno jest zgoda narodowa, jak pan minister

przypuszczał, co do głównych celów i założeń polskiej

polityki zagranicznej. Zresztą mówił o tym także pan

przewodniczący Jaskiernia. Pomimo pewnych dyskusji

jest jednak co do priorytetów, co do głównych kierunków

i założeń ta zgoda narodowa.

I zgadzam się z konstatacją pana ministra, możemy

z czystym sumieniem tutaj potwierdzić to, że „podstawowe

cele polskiej polityki zagranicznej w 2004 r.

zostały zrealizowane w sposób satysfakcjonujący”.

Wyliczono bogate instrumentarium i formy kontaktów.

Myślę, że warto dodać też, iż miniony rok obfitował

także w liczne i w większości udane i efektywne akcje

promocyjne, które też są ważną częścią polskiej dyplomacji

i działań właśnie w odniesieniu do państw, na

których szczególnie nam zależy.

Kilka słów w kwestii ukraińskiej. Oczywiście naród

ukraiński po raz pierwszy w historii stał się społeczeństwem

tak bardzo upodmiotowionym politycznie, uobywatelnionym,

tak twardo broniącym swojej niepodległości

i suwerenności państwowej, wyraźnie wskazującym

na swoje aspiracje członkowskie w Unii Europejskiej.

Ukraina bowiem nie jest i nie może być mniej ważnym

członkiem rodziny europejskiej niż Rumunia, Bułgaria

czy Turcja. I to stanowisko, myślę, jest dla nas wszystkich

zrozumiałe i akceptowalne. Przed Ukrainą przecież

nie można zamykać drzwi do Europy. Masowe i spontaniczne

poparcie przemian demokratycznych przez Polaków

stworzyło – i ta konstatacja pana ministra też mi

się bardzo podoba i wiążę z nią bardzo duże nadzieje

– nowy punkt wyjścia, mówił pan minister, do rozwiązania

„zaległych” spraw między naszymi narodami. Bo

rzeczywiście, kiedy opadną wiecowe emocje, trzeba będzie

określić, jakie są w rzeczywistości te punkty dojścia.

Jeżeli punktem wyjścia jest to, że myśmy poparli,

zaangażowaliśmy się i było zwycięstwo i przemiany

demokratyczne, to musi być określony efekt. Myślę, że

to jest ważne po prostu zadanie dla naszej dyplomacji,

żeby próbować określić, jakie są te punkty dojścia, ile

ich jest, które są ważne, jaka jest gradacja.

Pragnę nadmienić, że naszym zdaniem, zdaniem

ludowców, Polska ma na wschodzie wielu partnerów,

czyli nie możemy kształtować modelu intensywnego

kontaktu wyłącznie z jednym partnerem, przy lekceważeniu

innych. Bo przecież uwzględniając nawet polityczne

przeszkody i uwarunkowania, a wiemy jakie,

w stosunkach z Białorusią, uważamy, że powinniśmy

być bardziej twórczy i aktywni – właśnie my, bo jesteśmy

w lepszej sytuacji. Dodam tylko jako jedną z przesłanek

– przecież to naród białoruski jest nam chyba

najbardziej życzliwy, jak pokazują badania opinii publicznej

i badanie nastrojów w stosunku do Polaków.

W stosunkach z Rosją, o czym tutaj mówiono, warto

uwzględniać większą dozę racjonalizmu, a mniej

ideologicznych uprzedzeń.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! W polityce zagranicznej

musimy kierować się swoimi zintegrowanymi

interesami politycznymi, narodowymi i gospodarczymi.

Dokładnie widzimy, jak czynią to Czesi, Słowacy,

Węgrzy czy nawet kraje bałtyckie. I mam nadzieję, że

my nie czynimy tego gorzej.

Ważną częścią polityki zagranicznej Polski w naszej

sytuacji, kiedy mamy tak liczne wychodźstwo, jest na

pewno Polonia i Polacy na wschodzie. W USA

i w Europie Zachodniej środowiska polonijne są zorganizowane,

mają swą siłę polityczną, częściej siłę gospodarczą.

Przecież to właśnie silna Polonia w USA mogła wpływać

na pewne decyzje i postawy prezydenta i czynników

politycznych. W Europie organizacje polskie są

słabsze, one nie wpływają na decyzje swoich rządów,

a gdyby mogły wpływać, to na pewno te procesy integracyjne

i decyzje co do akcesji też zaistniałyby troszeczkę

w innych wymiarach, w innych terminach.

Panie marszałku, poproszę o dwie minuty dodatkowo.

A więc po prostu powinno nam zależeć na tym, żeby

Polacy poza granicami kraju byli w takim stopniu zorganizowani,

by w jakimś sensie także byli ważnym czynnikiem

i podmiotem życia politycznego w tych krajach,

w których mieszkają. To może być poważny nasz atut.

Szczególnie Polacy w krajach byłego Związku Radzieckiego

wymagają systematycznej pomocy państwa

polskiego. Rządy poszczególnych krajów nie pomagają

zamieszkałym tam Polakom w stopniu takim, w jakim

my to czynimy w odniesieniu do naszych mniejszości,

na przykład litewskiej, ukraińskiej czy białoruskiej. Ja

nie podnoszę tu lamentu, konstatuję tylko ten wycinek

obecnej rzeczywistości. Nie można nie zauważać, że

Polacy na Litwie czują się dyskryminowani, zwłaszcza

że obydwa nasze kraje są członkami Unii Europejskiej

i obowiązują nas te same standardy. Wiele przecież tam

jest spraw niezałatwionych już od 15 chyba lat. Myślę,

że tę barierę niemożności trzeba przełamać.

Kończąc, chcę powiedzieć, panie marszałku, Wysoka

Izbo i panie ministrze, że środowiska polskie na

Wschodzie naszym zdaniem powinny być w większym

niż dotąd zakresie czynnikiem twórczo wpływającym

na ważny segment naszej polityki zagranicznej, jakim

są stosunki z najbliższymi sąsiadami. Nasi rodacy na

Litwie, Ukrainie, Białorusi i w Rosji mogą być bardzo

ofiarnym sprzymierzeńcem w realizacji zadań polskiej

polityki zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie zbliżania

się narodów na niwie kultury, analizy okresów wspólnej

historii, ponadnarodowej troski o najcenniejsze dobra

kultury, niwelowania wzajemnych uprzedzeń i negatywnych

stereotypów. Poza tym środowiska naszych

rodaków cechuje ogromny potencjał patriotyzmu i przywiązanie

do macierzy. Stąd też należy im się szczególny

szacunek i troska ze strony państwa polskiego. Tę powinność

państwa wobec naszych rodaków spełnia ofiarnie

zdecydowana większość polskich przedstawicielstw

dyplomatycznych, zwłaszcza konsulaty generalne Rzeczypospolitej

Polskiej. Osobiście znam ogromny dorobek

w tej mierze konsulatów generalnych w Brześciu,

w Wilnie, Odessie, Charkowie, Mińsku, czy też wręcz

wzorcowego Konsulatu Generalnego w Kaliningradzie.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Z okazji debaty

sejmowej nad polską polityką zagraniczną Klub Parlamentarny

Polskiego Stronnictwa Ludowego przesyła

wszystkim Polakom na Wschodzie szczere wyrazy

życzliwości i szacunku. Z uznaniem odnosimy się do

waszej determinacji w staraniach o utrzymanie i rozwój

tożsamości narodowej, troski o nauczanie języka

ojczystego, dbałości o historyczne pomniki i wszelkie

ślady polskiej obecności i kultury w krajach zamieszkania.

Polscy ludowcy składają rodakom na całym

świecie gorące podziękowania za wierność macierzy,

za przywiązanie do wiary i mowy przodków i za uczucia,

jakimi obdarzają naszą wspólną ojczyznę, Polskę.

Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Głos zabierze pan poseł Witold Firak, niezrzeszony.

Poseł Witold Firak:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

Moi przedmówcy mówili o sprawach wielkich i strategicznych,

ja zajmę się tylko bardzo drobnym i niewielkim

wycinkiem polityki zagranicznej, ale jakże mnie bulwersującym.

Nie użyję słów brzydkich. Tylko dlatego że

dzisiaj jest dyskusja dyplomatyczna, parlamentarna, nie

powiem, co mnie trafia, gdyż od 10 lat trafiam w mojej

pracy na mur niechęci. 10 lat temu w drugiej kadencji

parlamentu powołano Bilateralną Grupę Polsko-Kubańską.

Powołano ją, gdyż kilkunastu posłów, którzy znali

Kubę, uznało, że źle przedstawiany jest obraz Kuby w

mediach i że zła jest polityka rządu polskiego dotycząca

nie tylko Kuby, ale generalnie całej Ameryki Środkowej

i Południowej, lub że takiej polityki w ogóle nie ma, co

i w dzisiejszym exposè pana ministra jak gdyby zostało

unaocznione, bo tylko w jednym zdaniu wspomniał pan

o tym, ciurkiem wymieniając kilkanaście państw, w tym

cztery z Ameryki Południowej, i tyle.

Myśleliśmy, że jako posłowie lepiej znający Kubę

i Kubańczyków będziemy mogli coś zrobić dla poprawy

stosunków wzajemnych, że będziemy mogli

pochwalić się Kubańczykom naszą nową demokracją

i jej budowaniem. Dziś z przykrością muszę stwierdzić

po 10 latach, że żaden z rządów i ministrów spraw

zagranicznych nie skorzystał z naszych doświadczeń.

Panowie z dyplomacji, zwłaszcza ci, którzy nigdy nie

byli na Kubie, uważali, że lepiej wiedzą, jak tam jest,

i że wystarczy im wiedza z ziejących nienawiścią artykułów

w naszych gazetach i z tendencyjnych reportaży

naszego nowojorskiego korespondenta telewizyjnego.

Dzięki zachodnim, a nie polskim biurom podróży

udało się inaczej ocenić rzeczywistość kubańską

polskim biznesmenom. Utworzono Polsko-Kubańską

Izbę Przemysłowo-Handlową, wytyczono kierunki

i możliwości współpracy – Kubańczycy przygotowali

swoje oferty handlowe, przeznaczyli pod budowę polskich

hoteli działki. I co? I znowu nic. Polski biznes nie

otrzymał wsparcia od swojego rządu. I tak fabryka wirówek

do cukrowni przestraszyła się artykułu „Gazety

Wyborczej” mówiącego, że nie wolno współpracować

z reżimem. Wyczarterowane samoloty z turystami polskimi

nie mogły polecieć do Hawany, bo boeingi były

w leasingu od USA (blokada). Dziś na tamtych działkach

stoją hotele, ale francuskie. Cygara i inne produkty

kubańskie importujemy via Paryż. A my jak zwykle

pozostaliśmy z ręką w nocniku, bo z reżimem nam nie

po drodze, bo Kuba jest „be”.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Jeśli chodzi o przychylność

władz Sejmu dla naszych działań, to też przedstawia

się ona żenująco śmiesznie. W drugiej kadencji

Sejmu lewicowo-ludowego nie udało nam się wyjechać

na Kubę oficjalnie, więc pojechaliśmy sami na koszt

własny. I dostało nam się za to w naszych polskich mediach.

W trzeciej kadencji dzięki zrozumieniu i przychylności

marszałka Płażyńskiego doszło do oficjalnej

wizyty polskich parlamentarzystów aż dwukrotnie. Na

dalszą wymianę grup od 1998 r. nie ma co liczyć. No

więc jak mamy realizować nasze plany, jeśli chodzi

o pokazywanie Polski, jej nowego oblicza i przypatrywanie

się przemianom, jakie dzieją się na Kubie, bo

dzieją się te przemiany, a może i delikatne podpowiadanie,

jak to powinno się dalej na Kubie robić?

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!

Mogłem rozumieć, choć z trudem, politykę MSZ wobec

Kuby przed wstąpieniem Polski do NATO i Unii Europejskiej,

bo wówczas pewnie musieliście tańczyć tak,

jak wam zagrywali, ale nijak nie mogę zrozumieć, że

teraz, kiedy nasza nowa rodzina europejska podejmuje

próbę odbudowy stosunków z Kubą, próbę udzielenia

jej pomocy, to my znowu jesteśmy jako Polska przeciwni.

Bo co? Bo jesteśmy mądrzejsi od tej nowej rodziny?

A może mamy znowu od kogoś innego inne wytyczne?

Jan Paweł II powiedział – cytuję: „Stolica Apostolska

wyraża usilne pragnienie, aby jak najszybciej zostały

usunięte wszelkie przeszkody – czytaj: embargo

– które uniemożliwiają swobodną komunikację i wymianę

między Kubą i częścią wspólnoty międzynarodowej”.

A nowemu ambasadorowi, który niedawno składał

listy uwierzytelniające, przekazał życzenia zdrowia dla

Fidela Castro i zaapelował, by Kuba była konsekwentna

w swoich wysiłkach dla utrzymania i pogłębiania osiągnięć

w dziedzinie oświaty i opieki zdrowotnej.

Kubańczycy to wspaniały naród, trochę podobny

do nas. Być może biedny, ale dumny.

Panie ministrze, powiedział pan dzisiaj, że chce pan,

by Polska stała się z państwa, któremu pomagano, państwem,

które pomaga. No więc niech pomaga, a niech

nie kopie. Apeluję do pana ministra o zmianę polityki

wobec Kuby. Jeśli nie chcecie skorzystać z poselskich

doświadczeń, jeśli nie chcecie skorzystać z własnej

i nieprzymuszonej mądrej woli, to skorzystajcie z mądrości

Ojca Świętego. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję.

Pan poseł Tadeusz Iwiński.

Poseł Tadeusz Iwiński:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!

Sądzę, że ta dzisiejsza debata, bardzo ważna i prowadzona

w sumie spokojnie, wykazała, że, generalnie rzecz

biorąc, polska polityka zagraniczna dość skutecznie

w ostatnich latach, zwłaszcza w ostatnim roku, stawia

czoła wyzwaniom i tym starym, i tym nowym, zwłaszcza

że sytuacja jest pod wieloma względami zupełnie

nowa niż jeszcze 5 czy 10 lat temu. Myślę, że decyduje

o tym nie tylko wzrost współzależności – wspominał

o tym w drugim swoim wystąpieniu pan minister Rotfeld

– jako kluczowej kategorii przełomu XX i XXI w.,

ale też to, że nie można już dzisiaj patrzeć na świat,

w tym na Europę, w kategoriach głównie – nie mówiąc

o tym, że wyłącznie – geograficznych czy instytucjonalnych.

Jarosław Iwaszkiewicz – ja bardzo lubię to

powiedzenie, czasem je przytaczam, brzmi już dzisiaj

jakże anachronicznie – mówił ironicznie, że Polacy są

zbyt inteligentni jak na swoje położenie geograficzne.

Otóż decydują zdecydowanie problemy, które są pod

wieloma względami wspólne – terroryzm, nierówności

rozwojowe, migracje, problemy roli religii, kultur,

cywilizacji – i to wymaga często stałej weryfikacji naszych

koncepcji i stałej innowacyjności.

I stąd pytanie: Czy mamy na tyle odwagi intelektualnej,

czy na tyle trzymamy rękę na pulsie wielu dyskusji,

żeby odejść od takiego starego myślenia? Myślę, że

w dużej mierze tak. Nawiasem mówiąc, nie chcę tu, żeby

moje wystąpienie zamieniło się w polemikę, chociaż

w nim będzie wiele elementów polemicznych, ale ja

w wielu wystąpieniach kolegów z prawej strony, na

przykład pana posła Łopuszańskiego, zauważyłem jakby

to stare myślenie, trzymanie się czegoś, co może

bardziej by odpowiadało realiom XIX w. czy I połowy

ubiegłego stulecia. I dlatego polska polityka zagraniczna

doprowadziła do niewątpliwego wzrostu pozycji

naszego kraju na arenie międzynarodowej – i w Europie,

i poza Europą. Jestem z tego bardzo zadowolony,

ponieważ europocentryzm był zmorą polskiej polityki

zagranicznej; w sensie negatywnym. My zaczynamy

dostrzegać to, że w Europie żyje niecałe 800 mln ludzi,

a na świecie prawie 7 mld. Losy świata – losy świata

w sensie cywilizacji – prawdopodobnie rozstrzygną się

daleko poza Europą. I to jest dla nas ważne, choć siłą

rzeczy najistotniejsi są dla nas sąsiedzi. Najistotniejsi są

dla nas nasi partnerzy w Europie. Naturalnie nie wszystko

jest – jak powiedzieliby Francuzi – la vie en rose.

Nie jest różowo. Mówiono tu o dylematach związanych

z ekonomizacją, ja dodałbym jeszcze – nikt się w tej

sprawie nie wypowiadał – że za słabe jest uspołecznienie

polskiej polityki zagranicznej. Nie chodzi tu tylko

o udział organizacji pozarządowych.

Wreszcie to, o czym mówił szef Komisji Spraw Zagranicznych

Sejmu, mianowicie odniesienie tych kwestii

do przeciętnego człowieka. Od czasu pierwszych

demokratycznych wyborów jestem posłem z Warmii

i Mazur, województwa, którego cała granica z obwodem

kaliningradzkim jest całą granicą Polski z Rosją.

Wielu obywateli ocenia efektywność lub nieefektywność

polityki przez pryzmat sytuacji na przejściach,

przez pryzmat możliwości współpracy, przez pryzmat

wiz itd., bo przecież zgadzamy się, generalnie rzecz

biorąc, czym jest polska racja stanu. Chociaż napisano

na ten temat wiele książek, to przecież sensem tej polityki,

poza zapewnieniem bezpieczeństwa, jest stworzenie

optymalnych warunków zewnętrznych dla rozwoju

wewnętrznego, czyli ostatecznym sprawdzianem

efektywności tej polityki jest to, czy możemy się lepiej

rozwijać wewnętrznie.

Nadal jest niesłychanie istotna sprawa trzech historycznych

pojednań Polski: z Niemcami, Rosją i Ukrainą.

Na szczęście nie mamy tutaj do czynienia z sinusoidą

czy cosinusoidą, ale z oscylacją. Do tej pory zrobiliśmy

milowy krok, jeżeli chodzi o pojednanie z Niemcami,

dość znaczny, jeżeli chodzi o Rosję, najtrudniej było

z Ukrainą. Myślę, że ostatnie wydarzenia, jeżeli chodzi

o Ukrainę… Stałem na czele delegacji Zgromadzenia

Parlamentarnego Rady Europy obserwującej powtarzane

wybory i miałem okazję – a byłem w tym kraju wiele

razy i w najbardziej odległych częściach Ukrainy – widzieć

coś po raz pierwszy: taką nieskrywaną, normalną

sympatię wobec Polaków. Ale to wszystko będzie

zajmowało dużo czasu i w stosunkach z Niemcami,

i w stosunkach z Rosją.

W tym kontekście mówiono tutaj sporo o konsensusie

polskiej polityki zagranicznej. Uważam, że mając

korzystną pozycję polityczną na naszym kontynencie,

partnerskie stabilne stosunki ze wszystkimi sąsiadami,

jednak powinniśmy dostrzegać groźbę, którą sformułowałbym

tak: jeśli miałoby być podważane porozumienie

w podstawowych sprawach dla polskiej polityki zagranicznej

– a zaczyna ono być podważane i to jest, uważam,

największa, pojedyncza słabość tego, co się działo

w ubiegłym roku – to byłoby to bardzo groźne. Nam

nadal potrzebny jest najmniejszy wspólny mianownik

w tej mierze, a w innych – bardzo proszę, po norwidowsku

żebyśmy się potrafili umieć pięknie różnić.

Bardzo lubię Marię Dąbrowską, która mówiła, że marzenia

się zwykle spełniają, ale nie tak i nie wtedy, gdy

tego pragniemy. Przecież my w ostatnich 15–16 latach,

jeżeli chodzi o politykę zagraniczną, zaprzeczyliśmy tej

tezie w ogromnej większości przypadków. Gorzej, chociaż

bilans jest pozytywny, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną,

wielu ludzi uznało, że na procesie transformacji

straciło. I to – moim zdaniem – powinien być bardzo

ważny element tego, co będziemy czynili w następnych

latach, ale to nie jest tematem dzisiejszej debaty.

Zanim przejdę do spraw europejskich, chciałbym

odnieść się do sprawy, o której tu mówiono

kilkakrotnie. Polska – i to jest dowód naszej aktywności

– która przewodniczy trzem organizacjom

międzynarodowym, powinna uczynić wszystko

– choć zachowuję tutaj sporą dozę sceptycyzmu –

w odniesieniu do tworzenia tej nowej architektury europejskiej

w relacji tej trójki organizacji: Rady Europy,

najstarszej organizacji, OBWE i Unii Europejskiej.

Ale idzie to jak po grudzie, powiedzmy sobie szczerze.

Mamy przecież dwa trybunały, które zajmują się ochroną

praw człowieka i nie tylko – luksemburski i strasburski

– co grozi na przykład pewną kolizją prawną.

Istnieje moim zdaniem ewidentna potrzeba powołania

w Europie agencji, która zajmowałaby się procesami

migracyjnymi. Gdybym miał dzisiaj wymienić może

na palcach jednej ręki najbardziej pilne procesy w skali

globu, to mówiłbym tutaj o dylematach związanych

z migracją, w sposób obszerny, odnosząc się i do innych

zjawisk. Czy jest możliwe powołanie takiej agencji,

którą powołałyby wspólnie Rada Europy, Unia Europejska,

może inne organizacje? Nie wiem. Obawiam

się, że mogą być z tym kłopoty.

Jeśli chodzi o sprawy europejskie, to zaproponowałbym

taką formułę: potrzeba więcej Polski w Europie,

więcej Polski w sensie naszej pozycji, i potrzeba

więcej Europy w Polsce, w rozumieniu wartości, standardów,

i potrzeba więcej Europy w świecie. W tym

trójstronnym procesie współpracy, ale często rywalizacji,

centrum europejskiego, które skupia się wokół

Unii, centrum amerykańskiego rozszerzającego się

z porozumienia NAFTA na całą… aż do Cono Suru,

do Stożka Południa, i centrum Azji i Pacyfiku, Europa

stoi przed bardzo trudnym zadaniem, nie musi przegrać

tej rywalizacji, ale jest bardzo daleka od tego, żeby nie

przegrała, i oczywiście Unia musi się rozszerzać, Unia

musi się umacniać, bo pięć lat Strategii Lizbońskiej

okazało się w dużej mierze niepowodzeniem. I Polska,

która ma najwyższe bezrobocie w Unii Europejskiej,

ma najniższy procent nakładów na badania naukowe

i na rozwój, a to przecież miało być sensem w dużej

mierze Strategii Lizbońskiej, w której chodzi o to, żeby

Unia – w perspektywie szerzej, bo cała Europa – była

organizmem najbardziej konkurencyjnym opartym na

wiedzy. O miejscu Polski tylko dwie rzeczy zadecydują

ostatecznie: silna gospodarka oraz rozwój edukacji,

nauki i postępu technicznego.

(Poseł Marian Piłka: Demografia. )

Demografia tak, jeżeli będą Polacy, to... Więc w tym

kontekście myślę, że dość dobrze ten czas od 1 maja zeszłego

roku wykorzystaliśmy, ponieważ naszą spécialité

de la maison, naszą specjalnością w Unii między innymi

powinna być polityka wschodnia. Tak jak nikt nie zastąpi

Hiszpanii w promowaniu polityki wobec Ameryki Łacińskiej

czy Francji, jeżeli chodzi o Maghreb czy dużą część

Afryki Czarnej, tak nikt nas nie zastąpi w tej mierze. Ale

poza tym myślę, że z oczywistych względów powinniśmy

– zrobiła się w ostatnich miesiącach, w ostatnim roku

cisza – kontynuować to, co zostało zawarte w tak zwanej

inicjatywie ryskiej prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Mamy dzisiaj na naszym kontynencie 47 państw,

z tego w Unii jest 25, prawie drugie tyle nie należy do

Unii, są kraje, które nie wstąpią nigdy albo w dającym się

przewidzieć czasie ani do Unii, ani do NATO lub wstąpią

tylko do jednej z tych organizacji. I powinniśmy starać się

czynić wszystko, żeby polityka Unii wobec nich była polityką

klarowną, potrzebną i tworzącą właśnie taką nową

strukturę europejską, jakby nieformalną, w jakiejś mierze

kontynentalną. Nawiasem mówiąc, to, że Polska poparła

Turcję, to jest w ogóle historyczna sprawa, Europa… Tak

jak nie ma dla nas alternatywy Rosja czy Ukraina, bo powinniśmy

mieć partnerskie, dobre stosunki i z... tak nie

ma dla nas alternatywy Ukraina czy Turcja w Unii Europejskiej:

i to, i to.

Nawiasem mówiąc, myślę, że na dobrej drodze –

i chciałbym, żeby to zostało sfinalizowane w tym roku

– są nasze wysiłki na rzecz ustanowienia agencji, która

zajmowałaby się zewnętrznymi granicami Unii właśnie

w Polsce. Na 3860 km granicy zewnętrznej Unii 1150

– 30% to są granice polskie. Moim zdaniem w dzisiejszej

bardzo ciekawej i toczącej na bardzo dobrym poziomie

dyskusji usłyszałem jednak wiele wystąpień, które

brzmiały tak, jakby Polacy byli nadal – czy część Polaków

– nastawieni alergicznie.

Ja z tej trybuny polemizowałem i z posłem Markiem

Borowskim natychmiast, i z wieloma innymi wystąpieniami

bez dostatecznego przygotowania. To jest wpadka

polskiego MSZ – trzeba to powiedzieć – w sprawie José

Borrella. A przecież nie chodzi akurat o tę drobną rzecz.

Nikt już nie wierzy dzisiaj, wszyscy już wiedzą, że Unia

Europejska nie jest ani złotą rybką, która nam wszystko

da, choć mamy ogromne szanse rozwojowe dzięki

środkom, które możemy dostać, zwłaszcza gdy chodzi

o budżet na lata 2007–2013, i nie jest potworem, który

nas zje. Jednak wciąż – widać to chociażby w dzisiejszej

debacie, w wystąpieniach wielu mówców, mówił o tym

i pan poseł Dobrosz, i pan poseł Macierewicz, i kilku

innych – Unię prezentujemy jako siłę, czy przynajmniej

w niej pewne elementy, która chce nie dopuścić nas do

odgrywania partnerskiej czołowej roli, która chce zepchnąć

nas na margines. To tak nie jest.

Panie marszałku, pan pytał, a częściowo odpowiadał

na to pan poseł Borowski. Przecież spór wokół

konstytucji europejskiej ogniskuje się właśnie wokół

tego, w czym sytuacja Polski poprawi się po przyjęciu

konstytucji. Ano poprawi się znacząco. Poprawi się nie

tylko dlatego, że będą bardziej przejrzyste i efektywniejsze

mechanizmy funkcjonowania Unii, ale poprawi

się ona właśnie w tym, że, z punktu widzenia przeciętnego

obywatela z Nidzicy i Jarosławia, będzie on

wiedział, bo to są priorytety Unii zawarte w traktacie

konstytucyjnym, że najważniejsza rzecz dla Unii to jest

pełne zatrudnienie i postęp. To jest bezpieczeństwo. To

są właściwe relacje, jeżeli chodzi o ochronę środowiska.

To jest kwestia regulowania procesów migracji itd.

I to jest gwarancja, bo jest to zawarte w tym szalenie

obszernym dokumencie, który się składa z 465 artykułów.

A to, że to jest kompromis… Poseł Macierewicz

przedstawił tutaj naszą zgodę na podpisanie tego

traktatu jako coś, co stoi jakoby w sprzeczności z naszą

ustawą zasadniczą i w ogóle z sensem działania,

z polskim raison d’etre, z polską racją stanu. A przecież

kompromis jest wtedy doskonały, jak mówił zapomniany

dzisiaj francuski minister spraw zagranicznych

Edgar Fore, kiedy obie strony otrzymują nie do końca

to, co chciały. Tylko wtedy jest kompromis.

Myślenie o suwerenności właśnie w kategoriach

archaicznych, przestarzałych, a nie w kategorii suwerenności

wspólnej, nie w kategorii suwerenności podzielonej,

nie może być zrealizowane. Powiem wprost:

Gdy słuchałem tu pana posła Jurka kilkanaście minut

temu, odniosłem wrażenie, że niektóre polskie formacje

polityczne chcą wykoleić pociąg integracji, który

po tym, jak ruszył po 1 maja z nowej stacji, nabrał wyraźnego

przyspieszenia.

Dlaczego warto i trzeba zrobić referendum w tym

roku i najlepiej – myśmy już prowadzili tu taką debatę

– połączyć to z wyborami prezydenckimi? Dlatego, bo

tylko wówczas naród – używam wielkich słów – zdecyduje.

Tylko wtedy zdecyduje.

(Poseł Marian Piłka: W przyszłym roku też można

zdecydować.)

Nie, panie pośle Piłka, w przyszłym roku nie zdecyduje,

ponieważ na kilkanaście referendów od 1989 r. tylko

jedno jedyne, przy ogromnym wysiłku różnych partii

politycznych, organizacji pozarządowych, różnych kościołów

i związków wyznaniowych, papieża itd., z trudem

przekroczyło frekwencję 50%. Na 3 godziny przed

zamknięciem urn jeszcze nie było frekwencji 50%.

Do mnie kompletnie nie przemawia pokrętna argumentacja

Platformy Obywatelskiej, w której zamiast na

plan pierwszy wysuwać nasze interesy… Jesteśmy jednym

z 6 największych państw Unii Europejskiej, to my

powinniśmy nadawać ton tej debacie. Nie powinniśmy

– przypomnę stare określenie rosyjskie „chwostizm” –

wlec się w ogonie przemian. Czy ci, którzy liczą na to,

że w sondażu przedwczorajszym w Wielkiej Brytanii

ponad 40% więcej było na razie zwolenników nieprzyjęcia

konstytucji europejskiej niż przyjęcia. Sytuacja

bardzo szybko może się zmienić po wyborach, które

w Wielkiej Brytanii być może będą za 4 miesiące. My

mamy nie czekać, tylko – powtarzam – nadawać ton

tej debacie.

Zbliżając się do końca, panie marszałku, chcę powiedzieć,

że mało mówiono, może z wyjątkiem pana

posła Oleksego, o sprawach globalnych i innych.

Przy okazji w kontekście Iraku słowo polemiki

z posłem Dobroszem: to poprzednia ekipa przyjęła ustawę

o rozmieszczaniu polskich Sił Zbrojnych za granicą

i SLD głosował przeciwko wykluczeniu polskiego parlamentu

z procesu decyzyjnego. Tak ta decyzja została

podjęta w 2003 r.: że następuje to w relacjach rząd–prezydent.

My powinniśmy zmienić tę ustawę, tak jak to

wygląda w ogromnej większości krajów. Ta formacja,

nie chcę powiedzieć, że ubezwłasnowolniła, bo nie ma

żadnego ubezwłasnowolnienia polskiego parlamentu,

ale nie dała mu niezbędnego atrybutu w tym procesie.

Ostatnia kwestia, którą chciałbym poruszyć,

jest taka, że być może tragedia w Azji Południowo-

-Wschodniej, w której zginęło, nie wiadomo, ćwierć

miliona ludzi, za chwilę może się okazać, że więcej,

może mieć jeden korzystny skutek. Jak ładnie mówił

nieżyjący już filozof francuski Edgar Morin, ona nam

uświadomi, że jako ludzkość jesteśmy skazani na siebie,

płyniemy na jednej łódce, albo razem przetrwamy,

albo nie. I co się dzieje? Tylko pięć krajów na świecie

przeznacza na pomoc rozwojową 0,7% PKB. Świat

niemal zapomniał o 900-milionowej Afryce. AIDS,

malaria – na malarię choruje kilkaset milionów ludzi

i w zastraszającym tempie umiera – gruźlica itd. Polska

jest oczywiście krajem średnim, nie mamy takich

możliwości, ale myślenie w kategoriach globalnych

jest rzeczą niesłychanie ważną.

I ostatnia sprawa. Trzeba walczyć z międzynarodowym

terroryzmem, z innymi zagrożeniami, ale walka

z międzynarodowym terroryzmem odniesie skutek tylko

wtedy, gdy zwróci się uwagę na jego uwarunkowania

i doprowadzi się do minimalizacji jego bazy społecznej,

czyli musimy razem przezwyciężać problem głodu, biedy.

Ja nie jestem zwolennikiem prymitywnej tezy, że bieda

rodzi terroryzm. Zagadnienie jest znacznie bardziej

złożone aniżeli w układzie czarno-białym. Niedorozwój

edukacji, ograniczenia w dostępie do współczesnych

zdobyczy, żeby przywołać Huntingtona, który przecież

w ostatnim czasie był w Polsce dwukrotnie, tylko dialog

cywilizacji, a nie zderzenie cywilizacji.

W kwietniu odbędzie się w Warszawie pod auspicjami

premiera kolejna międzynarodowa konferencja,

bo organizowaliśmy już dwie takie konferencje. Jej

także powinniśmy nadać znaczącą rangę, bo być może

jest to pojedyncza, najbardziej istotna sprawa w skali

globu. Zróbmy więc to po to, żeby niedostatek solidarności

międzynarodowej, niedostatek solidarności ludzkiej

kończył się. W świecie jest deficyt tej solidarności.

To słowo Polakom powinno być szczególnie bliskie.

Szukałbym takiej puenty, panie marszałku, że naturalnie

świat oddziałuje zdecydowanie bardziej na

Polskę aniżeli Polska na świat. To jest nieuchronne, bo

inaczej być nie może. Na każdy kraj, nawet na Chiny,

Indie i na Stany Zjednoczone, świat zewnętrzny wpływa

bardziej, aniżeli one wpływają na świat zewnętrzny,

ale u nas te proporcje troszeczkę się zmieniły, wyrównały.

Myślę, że są to dobre proporcje, i obyśmy je

utrzymali. Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek Donald Tusk:

Dziękuję.

Pan poseł Jan Chaładaj.

Poseł Jan Chaładaj:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Panie i Panowie

Posłowie! Pozwólcie, że jako ostatni mówca maksymalnie

skrócę swoje wystąpienie, bo o większości

spraw koleżanki i koledzy posłowie już mówili.

Przede wszystkim chciałbym pogratulować informacji

Ministerstwu Spraw Zagranicznych, ministrowi

i powiedzieć, że jest bardzo profesjonalna, oddaje stan

naszej polityki zagranicznej w roku minionym. Jednocześnie

chciałem zauważyć, że w pełni utożsamiam

się z kierunkami działania na rok bieżący. Jest to przemyślany,

logiczny i konsekwentny proces, w związku

z tym będę go w pełni popierał.

Nie mogę pozbyć się refleksji, że największe sukcesy

polskiej dyplomacji w minionym okresie następowały

wtedy, kiedy była pełna jedność funkcjonowania

pana prezydenta, rządu, dyplomacji, Sejmu, z poparciem

czy z oddechem społeczeństwa na plecach. Tak

było w przypadku naszych negocjacji akcesyjnych, tak

było w przypadku Ukrainy. Trochę niezbyt przyjemnie

zabrzmiały mi tu słowa o tym, że ważne jest, kto

pierwszy włożył pomarańczowy szalik czy przypiął

sobie... Myślę, że to jest mało istotne. Tak naprawdę

ten gest, który wykonaliśmy w stosunku do Ukrainy,

bo trudno to określać w innych kategoriach, ten zryw,

ten powiew sympatii społecznej, który nastąpił, to jest

rzecz najważniejsza. Będzie to jednak niczym, tylko

werbalnym gestem, jeżeli natychmiast w ślad za tym

nie pójdą konkretne działania.

Chcę państwu powiedzieć, że tak wzrosła aktywność

znajomych ukraińskich, partnerów ukraińskich,

że nawet znajomi sprzed lat, których wizytówki już

dawno spleśniały, dzwonią. Któryś z biznesmenów

nawet zażartował, że teraz jest taki czas, że każdy

z Ukraińców chce mieć swojego Polaka w tzw. kontakcie.

Jak nie wykorzystamy tego naturalnego ruchu

skierownego na to, żeby natychmiast znaleźć partnera

w Polsce, partnera gospodarczego, samorządowego,

inwestycyjnego, to będzie to strata takiego zrywu i nasza.

Chcę powiedzieć, że to nie jest sprawa MSZ, to

jest sprawa całego rządu. Trzeba nawet skoordynować

działania rządu, instytucji, organizacji pozarządowych,

wręcz biznesu, i spróbować zastanowić się, jak zrobić z

tego program wyciągniętej dłoni do nowej demokracji

ukraińskiej, również do nowej sytuacji gospodarczej,

która nastąpi po tym zrywie demokratycznym. To musi

być przejrzenie naszych możliwości kredytowych jako

państwa, bez czekania na to, co zrobi Unia Europejska.

Mamy jeszcze instytucje kredytów budżetowych

i trzeba by pomyśleć, które sfery moglibyśmy ożywić.

Oczywiście promocja, wymiana młodzieży, dzieci – to

jest to, co możemy mieć z tej sytuacji, a wyciągając

dłoń do naszych ukraińskich sąsiadów, możemy utrwalić

coś, co zaczęło się ledwie kilka tygodni temu.

Reprezentuję Unię Międzyparlamentarną, nie chcę

oczywiście doklejać się do sukcesów naszej dyplomacji,

ale chciałem powiedzieć, że posłowie tego parlamentu

na swoim odcinku też to realizują, starają się

wspierać politykę zagraniczną państwa. Zwracam uwagę

na to, że 40 grup bilateralnych, z których większość

działa bardzo aktywnie.... Chciałem w tym miejscu

podziękować MSZ za wspaniały przepływ informacji,

za dobrą koordynację, za to, że możemy działać wspólnie,

a czasem nawet lekko wyprzedzać działania rządowe,

ponieważ posłom – jak ktoś powiedział – czasem

można więcej, bo to wybrańcy narodu, w związku

z tym mogą więcej niż oficjalne stosunki rządowe nakazywałyby.

Mieliśmy kilka takich przypadków, choćby

prowadząc skuteczne rozmowy z parlamentarzystami

białoruskimi o sprawach ekologii czy na tematy przyspieszenia

otwarcia przejścia w Puszczy Białowieskiej,

to były konkretne rozmowy, czy odsłonięcia pomnika

Mickiewicza w Grodnie, do którego tamci parlamentarzyści

bardzo się przyczynili.

Muszę tak troszeczkę dziegciu panu ministrowi dołożyć,

a dotyczy to ekonomizacji. Jestem dość biegły

w tej materii, bo jako minister byłem odpowiedzialny za

biura radców handlowych i nigdy nie byłem przywiązany

do tego, że to musi być w jednym czy w drugim resorcie.

Ostrzegam tylko przed takim formalnym podejściem do sprawy,

bo ekonomizacja nie jest wcale takim

elementem, że trzeba określić, w którym dziale gospodarki

będzie się mieściła i kto będzie się nią zajmował.

Powtarzam to już, bo mamy przykłady w Europie, gdzie

większość tych służb jest rozdzielonych, a były nawet

przypadki, węgierski czy czeski, kiedy włączono to do

MSZ i wrócono do starego układu. To samo było w Finlandii,

gdzie – jak już wielokrotnie mówiłem – powołano

do tych spraw wiceministra i po dwóch, trzech miesiącach

musiał stać się konstytucyjnym członkiem Rady

Ministrów, nie dlatego, że to jest wiedza tak specyficzna

czy tajemna, tylko dlatego, że zagraniczna działalność

gospodarcza to jest dziś 30%, a 70% to jest spływ informacji,

która płynie od polskiej gospodarki kanałami,

niestety, Ministerstwa Gospodarki. Nie chcę być przeciwko

temu, jestem za tym, tylko rzeczywiście trochę

to zbagatelizował pan Borowski, mówiąc, że niektórzy

mówią – myślał o mnie, bo ja to mówiłem – że ekonomizacja

powinna polegać na pełnej edukacji pracowników

polskiej dyplomacji, na wdrożeniu im programów egzekwowania

efektów gospodarczych w postaci motywowania

ich itd., bo to na tym polega, żeby wszyscy czuli

się za to odpowiedzialni.

Chcę powiedzieć, że przykładem najbardziej spektakularnym

i najbardziej skutecznym są tu Czesi. Pod

każdym względem biją naszą skuteczność eksportową,

wygrywają przetargi w najbardziej egzotycznych

krajach świata. Cała dyplomacja nastawiona jest na

wsparcie i nie wiem, czy działają tam jakieś mechanizmy

ekonomiczne, ale jest zainteresowanie i robi

się to w sposób bardzo aktywny. Chciałem ostrzec, że

przyczyną nie są tylko chyba międzyresortowe kłopoty.

Są one gdzieś, bo samo wdrożenie tego w jednym

tylko resorcie nie spowoduje nagle, że będzie lepiej.

Mówię to gwoli przypomnienia i ostrożności, że nie

same strukturalne zmiany decydują tutaj.

Ostatnią myśl pozwolę sobie przedstawić, panie

marszałku, a dotyczy ona Niemiec. Chciałem powiedzieć,

że będzie to pojedynczy głos w tej sprawie. Zgadzam

się ze wszystkimi, którzy chwalili ministerstwo

za jednoznaczną postawę w sprawie prób fałszowania

historii i rewizjonizmu niemieckiego, itd. Musimy nad

tym czuwać. Ale z drugiej strony mam taką refleksję,

że mija 60 lat odzyskania naszych ziem czy powrotu

na ziemie odzyskane i to dotyczy kilku pokoleń. Myślę,

że oprócz pamięci i reagowania na wszystkie próby

środowisk rewindykacyjnych i rewizjonistycznych,

musimy spróbować sformułować nowy program z wyjściem

do przodu, taki, dzięki któremu, próbując odciąć

się od historycznych zaszłości, będziemy budować

nową rzeczywistość. Jest okazja, jest taki rządowy projekt

promocyjny 2005–2006, o ile wiem, Rok Polski

w Niemczech i Rok Niemiecki w Polsce. Wykorzystajmy

ten projekt do zaakcentowania czegoś nowego,

pójścia do przodu, podjęcia próby budowy wspólnych

polsko-niemieckich rzeczywistości, bo z natury rzeczy

z roku na rok rocznica II wojny światowej będzie trochę

ginęła w zapomnieniu i w zamian musimy budować

coś, co będziemy mogli nazwać przyszłością.

I ostatnia uwaga dotycząca wystąpienia pana marszałka

Tuska, który wymienił cechy naszej polityki

w stosunku do Rosji. Myślę, że to, co wymienił pan

marszałek, a więc niezależność tej polityki, zgodność

jej z naszą racją stanu, dotyczy naszej polityki w stosunku

do wszystkich państw świata. Nie wyobrażam

sobie, żeby jakiekolwiek inne standardy były w stosunku

do krajów Unii Europejskiej czy do innych.

Musimy się kierować naszą racją stanu, musimy się

kierować poczuciem naszej niezawisłości, wolności,

o której mówił poseł Jurek. I nie można tego relatywnie

odnosić tylko do Rosji, ale do wszystkich. Chodzi

o naszą politykę zagraniczną w stosunku do wszystkich

krajów świata. Dziękuję za uwagę.

(Przewodnictwo w obradach obejmuje wicemarszałek

Sejmu Kazimierz Michał Ujazdowski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Głos ma pan poseł Tadeusz Iwiński, Sojusz Lewicy

Demokratycznej.

Proszę bardzo.

Poseł Tadeusz Iwiński:

Panie marszałku, przepraszam, nie chcę nadużywać

cierpliwości, ale zapomniałem o pewnej rzeczy, która

wydaje mi się dość istotna i dlatego ją poruszę, więc

nie wykorzystam czasu, który ma SLD, do końca, a ma

10 minut. Zmieszczę się w minucie.

(Poseł Elżbieta Kruk: Bo nie macie nic do powiedzenia.

)

Chcę powiedzieć, że to jest szczęśliwy zbieg okoliczności

– jako agnostyk być może zacznę wierzyć –

ponieważ zapomniałem polemizować z panem, a pan się

właśnie w tym momencie pojawił. Argument jest ważny,

ponieważ w najbliższych miesiącach będziemy mieli

szereg debat na temat referendum konstytucyjnego,

kiedy ma się odbyć, połączenia go lub nie. Pan, panie

marszałku, powiedział tu, występując jako poseł w imieniu

Prawa i Sprawiedliwości, że pan nie zna kraju, gdzie

referenda odbywały się łącznie z wyborami. Ja wiem,

że pan jest opromieniony świeżą obroną pracy doktorskiej,

więc dlatego chciałbym panu rekomendować na

przyszłość, żeby jednak pan badał bardziej pewne fakty.

Otóż, mógłbym panu takich państw wymienić kilka,

a jedno z nich szczególnie panu bliskie z różnych

względów – Włochy. O Italii się zawsze mówiło, że

rząd trwa tyle, co ciąża, rząd Silvio Berlusconiego jest

najdłuższy po II wojnie światowej. Otóż któregoś razu

kilka lat temu we Włoszech odbyły się wybory łącznie

z 11 referendami. To było referendum w 11 sprawach,

które traktowano oddzielnie. Czyli to nie jest

tak, że gdyby doszło u nas z oczywistych względów,

w dobrej intencji, żeby dać polskiemu społeczeństwu,

polskiemu narodowi możliwość zdecydowania, nie Sejmowi,

że to byłoby coś nadzwyczajnego, że to tworzyłoby

precedens. Wzór Italii jest wzorem bardzo ważnym,

o którym warto pamiętać. Dziękuję.

(Poseł Marek Jurek: Przy wyborach samorządowych.)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo...

(Poseł Marek Jurek: Nie 11 spraw tylko dwie.)

(Poseł Tadeusz Iwiński: 11.)

...panu posłowi.

Postulat wzbogacenia mojej wiedzy przyjmuję bardzo

skromnie.

(Głos z sali: Pytania.)

Ale pan minister Adam Rotweld chciał teraz zabrać

głos.

Minister Spraw Zagranicznych

Adam Daniel Rotfeld:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Przed pytaniami

chciałem po prostu przedstawić trzy krótkie uwagi, prawie

że natury formalnej, ponieważ na niektóre pytania

odpowiedzą obecni tu wiceministrowie, na inne odpowiemy

pisemnie, natomiast wyjaśnienia dotyczą spraw,

które były podnoszone, mianowicie że nie poruszyliśmy

w exposé sprawy Bałkanów albo Ameryki Łacińskiej.

Otóż chcę powiedzieć, że nie poruszyliśmy ani spraw

Skandynawii, ani spraw Dalekiego Wschodu, ani Afryki,

spraw wielu terytoriów nie poruszaliśmy, ponieważ

intencją moją było to, aby to exposé miało charakter

koncepcyjny, żeby nie było to zajmowanie się poszczególnymi

krajami. To nie oznacza, że te kraje są nieważne,

bo fakt, iż nie wymieniliśmy ani razu Japonii, nie

oznacza, że ona jest mniej ważna niż Ukraina.

Drugim elementem jest to, że jako minister urzędujący

stosunkowo niedawno mam właściwie pewien

obowiązek wyrazić swoją ocenę tego, co się wydarzyło

w ostatnich kilku tygodniach w związku z kataklizmem

w Azji Południowo-Wschodniej. Ponieważ okazało

się, jeszcze pod rządami poprzedniego ministra spraw

zagranicznych, obecnego marszałka Sejmu, że instytucja,

która jemu podlega, czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych

sprawdziło się w sposób niezwykły. Niewiele

ministerstw spraw zagranicznych w tym czasie,

w czasie bardzo trudnym, bo przypominam, to był

okres świąt i nowego roku, funkcjonowało w sposób tak

sprawny. Obywatele polscy za granicą mieli taką opiekę,

jakiej nie mieli obywatele wielu innych dobrze zorganizowanych

państw. Mówię o tym, żeby była świadomość,

że to państwo jednak funkcjonuje i że bardzo

często sprawdza się w sytuacjach kryzysowych.

Wreszcie ostatnia uwaga. Ta debata w moim przekonaniu

miała charakter bardzo poważny. Szereg słów

skierowanych pod moim adresem odbieram z pokorą

jako wyraz, ja bym powiedział, pewnego kredytu zaufania

na przyszłość i po prostu przyjmuję je jako zobowiązanie.

W każdym razie byłoby nie w porządku,

gdybym nie wyraził swojego podziękowania za te uwagi,

które ze strony różnych klubów, kół politycznych

i indywidualnych posłów były skierowane pod moim

adresem. Dziękuję serdecznie i na pytania odpowiemy

pisemnie. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo panu ministrowi.

Przechodzimy do pytań.

Zapisali się do zadania pytania następujący posłowie:

Jerzy Czerwiński, Marian Piłka, Cezary Stryjak,

Piotr Gadzinowski, Dorota Arciszewska-Mielewczyk,

Elżbieta Kruk, Maria Nowak, Hanna Mierzejewska,

Mirosław Pawlak, Barbara Marianowska, Tadeusz

Samborski, Michał Figlus.

Czy są jeszcze zgłoszenia?

Nie ma zgłoszeń.

Proponuję tradycyjnie limit 2-minutowy, w którym

pytanie powinno być zadane.

Proszę o zabranie głosu pana posła Jerzego Czerwińskiego,

Ruch Katolicko-Narodowy.

Poseł Jerzy Czerwiński:

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Panie Ministrze!

Pytanie pierwsze jest związane z forsowanym przez

ministerstwo pomysłem poparcia Polski dla stałego

członkostwa Niemiec w Radzie Bezpieczeństwa Organizacji

Narodów Zjednoczonych. Ten pomysł jest

forsowany, ale niestety zakulisowo, rzekłbym, podskórnie;

nie odbyła się publiczna debata na ten temat.

Pytanie do pana ministra, czy nie czas na debatę na ten

temat? Czy nie powinien o tym zdecydować Sejm?

Czy powinniśmy wystosować takie poparcie, czy też

nie czas na ogólną debatę na temat stosunków polsko-

-niemieckich?

Pytanie drugie związane jest z sytuacją Polonii. Niestety,

w materiale przedstawionym przez pana ministra

Polonii poświęcono zaledwie jeden akapit, 20 stron.

Wobec tego chciałbym prosić o uszczegółowienie, co

konkretnie ministerstwo zrobiło w kwestii poprawienia

sytuacji Polonii, w szczególności w Niemczech? Co

konkretnie? Chodzi mi o przedstawienie konkretów:

kto i o czym rozmawiał ze stroną niemiecką, jakie były

efekty tych rozmów i co ministerstwo zrobi w przyszłości.

Dlaczego mówię o przyszłości? Dlatego że

ostatnio uchwaliliśmy ustawę o mniejszościach narodowych

i etnicznych oraz o języku regionalnym i cały

czas nam mówiono, tłumaczono, że ta ustawa da nam

asumpt i pretekst do tego, żebyśmy się starali o takie

same prawa w krajach ościennych, jakie dajemy w tej

ustawie naszym mniejszościom. Czy wobec tego uzyskamy

wreszcie dla Polonii w Niemczech takie same

prawa, jakie mają Niemcy w Polsce?

I ostatnia kwestia, obraz Polski na zewnątrz, te

słynne polskie obozy koncentracyjne. Czy ministerstwo

reaguje na to wystarczająco zdecydowanie? Czy

jest jakaś komórka w ministerstwie, która się tym zajmuje,

czy jest to pozostawione tylko konsulom czy ambasadorom

w danych państwach, którzy reagują, kiedy

takie wypowiedzi się zdarzają? Czy nie czas reagować

bardziej dosadnie, na przykład wytaczając procesy za

zniesławienie Polski i stosując odpowiednio wysokie

sankcje karne, by zniechęciło to następców do posługiwania

się taką terminologią?

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję panu posłowi.

Głos ma pan poseł Marian Piłka, Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Marian Piłka:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wczoraj na posiedzeniu

Komisji Spraw Zagranicznych, na którym dyskutowano

nad sprawą kandydata na ambasadora w Turcji,

otrzymaliśmy materiał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych

z informacją, że w kwietniu ubiegłego roku w związku

z odsłonięciem Ormiańskiego Krzyża Chaczkar w Krakowie

minister Truszczyński interweniował we władzach

lokalnych, samorządowych, wojewódzkich, a także kościelnych,

aby nie brały udziału w obchodach związanych

z ludobójstwem i uświęceniem Ormian, którzy zostali wymordowani

w czasie I wojny światowej w Turcji.

Muszę powiedzieć, że przyjąłem tę informację

z największym zdumieniem, dlatego że cechą charakterystyczną

polskiej polityki zagranicznej od 1989 r. było

nakierowanie na prawa człowieka, potępianie jakichkolwiek

zbrodni, w związku z tym próba cenzurowania

uroczystości, które mają na celu złożenie hołdu Ormianom

pomordowanym w czasie I wojny światowej –

a przypomnę, że państwo tureckie do tej pory nie tylko

nie uznało tej zbrodni, ale w ogóle się do niej nie przyznaje

– jest czymś niesłychanym. Nie wyobrażam sobie,

żeby minister polskiego rządu interweniował – gdyby

chodziło o inne ludobójstwo – aby nie brać udziału

w uroczystościach. Mówię to w przededniu obchodów

60-lecia wyzwolenia obozu w Auschwitz, który był jednym

z największych miejsc, gdzie dokonywano ludobójstwa

w czasie II wojny światowej. Myślę, że Turcja

musi się nauczyć odpowiadać za swoją historię.

Ukrywanie zbrodni jest łamaniem praw człowieka.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że pozostaje to w zasadniczej

sprzeczności z dotychczasową polityką państwa polskiego.

Chciałem zapytać pana ministra, jakie podejmie

kroki, aby to skandaliczne wydarzenie, jakie miało miejsce

w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nie podważyło

charakteru polskiej polityki zagranicznej, nie kwestionowało

samych jej pryncypiów. Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Poseł Cezary Stryjak, Socjaldemokracja Polska.

Proszę o zadanie pytania.

Poseł Cezary Stryjak:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoki Sejmie!

Od kilkunastu lat, to jest po rozpadzie Jugosławii

i utworzeniu samodzielnych krajów na Półwyspie Bałkańskim,

Macedonia jest nazywana byłą Jugosławiańską

Republiką Macedonii, co jest nazwą archaiczną

i nieprzystającą do obecnego postrzegania tego kraju

jako aspirującego do Unii Europejskiej i NATO. Dzieje

się tak na skutek sporu między Macedonią a Grecją,

która nazwy Macedonia nie chce uznać. Czyni to również,

nie wiedzieć czemu, Polska. Od niedawna jednak

USA zmieniły zdanie w tej sprawie, także i niemiecki

Bundestag zajął się pozytywnym dla Macedonii załatwieniem

tej kwestii. Dlatego zapytuję: Kiedy wreszcie

Polska uczyni krok w kierunku zaprzestania używania

poniżającej dla Macedonii nazwy tego kraju? Dlaczego

nie wsłuchujemy się w tej sprawie w głosy Polonii

zamieszkałej w Macedonii?

Chciałbym zapytać również o to, jak Polska przygotowana

jest do udzielania pomocy humanitarnej krajom

Dalekiego Wschodu, w tym krajom dotkniętym niedawno

tsunami i trzęsieniem ziemi, a także Korei Północnej.

W kontekście tego ostatniego kraju interesuje mnie możliwość

odnowienia współpracy kulturalnej i gospodarczej,

gdyż przez dziesiątki lat wyposażaliśmy Koreę Północną

w sprzęt dla kopalń i zakładów przemysłowych. Uważam,

że współpraca gospodarcza i kulturalna z tym krajem

może być dla nas korzystna. Dziękuję. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Głos ma pan poseł Piotr Gadzinowski, Sojusz Lewicy

Demokratycznej.

Poseł Piotr Gadzinowski:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!

Profesor Jadwiga Staniszkis celnie kiedyś stwierdziła,

że kraje Europy Środkowowschodniej, kraje bloku radzieckiego,

zdekomunizowały symbole, a nie zdekomunizowały gospodarki,

Chiny zaś zdekomunizowały

gospodarkę, pozostawiając symbole. Niestety nie jest

to dostrzegane w Polsce i wielu jeszcze ludzi, w tym

parlamentarzyści, uważa Chiny za kraj biedny, komunistyczny,

mimo że tam nie byli albo nie dokonali wysiłku

umysłowego, żeby coś poczytać i zobaczyć. Chciałbym

zapytać, dlaczego Polska nie ma jeszcze ambasadora w

Chinach, w kraju, który był wymieniany w exposé pana

ministra jako potęga, w kraju coraz bardziej ważnym,

bardzo nowoczesnym. Chcę zapytać, czy w kontekście

zapewniania ekonomizacji naszych stosunków z Chinami

dojdzie też do ekonomizacji, tzn. do realnego oceniania

stosunków i nieblokowania, niestosowania embarg

wobec Chin, które niebawem, w ciągu najbliższych 30

lat, pokojowo połączą się z Tajwanem, ponieważ Tajwan

tyle zainwestował w Chinach, że sam się połączy.

Chciałbym zapytać, czy w ślad za tym nastąpi ekonomizacja

polityki wizowej. Niestety zdarzają się jeszcze

przypadki odmawiania wiz przez naszych urzędników,

którzy nadal traktują Chińczyków jako osoby nieposiadające

kapitału. Chcę zapytać, czy mamy jakąś politykę

większej współpracy wobec Chin.

I na zakończenie chciałbym zapytać jeszcze o Wietnam,

gdzie jest ok. 4 tys. naszych absolwentów, którzy

w tej chwili są w wieku dyrektorskim. Czy oprócz rutynowych

spotkań, wizyt i wysiłku naszych ambasadorów

MSZ zrobi coś więcej, żeby wykorzystać ten potencjał

dla promocji Polski? Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

O zadanie pytania poproszę panią poseł Elżbietę

Kruk, Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Elżbieta Kruk:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Jakoś się nie zdziwiłam,

że pan poseł Gadzinowski zapytał o Wietnam.

(Poseł Piotr Gadzinowski: Cieszę się, że nie zdziwiłem

pani posłanki.)

Panie Ministrze! Nawiążę do pana wypowiedzi

w sprawie pojawiających się w zagranicznych mediach

i innych publikacjach informacji o polskich obozach

koncentracyjnych, dodałabym tu inne kłamstwa na temat

narodu i państwa polskiego. Był to cenny fragment

pana wystąpienia, mówił o tym już pan poseł Antoni

Macierewicz. I tak oto wspominał pan o zabiegach polskiego

MSZ w tym zakresie. Chciałabym wiedzieć,

jakie działania podjęto lub zostaną podjęte w takich

konkretnych sprawach, jak np. opisana przez „Gazetę

Wyborczą” we wrześniu ub. r. Gazeta pisała wówczas

o błędzie niemieckiego wydawnictwa, które opublikowało

album ze zdjęciami wykonanymi przez hitlerowców

w warszawskim getcie, które są podpisane: Warszawa

1938 r. Po obejrzeniu tych fotografii niewątpliwie

każdy uzna, że to Polacy zamknęli Żydów w gettach

i poddali ich eksterminacji. Mam także na myśli

sprawę programu kanadyjskiej telewizji, gdzie pojawiła

się opinia, że obozy koncentracyjne zbudowali Polacy

i wymordowali w nich miliony Żydów. Przykłady można

mnożyć. Co z tym zrobił bądź zamierza zrobić rząd? Panie

ministrze, widzimy toczącą się w Unii Europejskiej

walkę o historyczną prawdę, szczególnie w Niemczech.

I niestety widzimy ignorowanie tych faktów przez polski

rząd i milczącą zgodę na znieważanie Polski i Polaków;

chyba że te działania polskiego MSZ, o których pan mówił,

dzieją się gdzieś w tajemnicy, to chcielibyśmy się

o nich dowiedzieć. Pytam więc, co konkretnie rząd robi

i co zamierza zrobić w sprawie obrony narodu i państwa

polskiego przed zniesławieniem przez media i publikacje

zagraniczne? Pytam o konkrety, bo nie słychać o takich

działaniach, jakie podejmował np. Radek Sikorski,

były wiceminister spraw zagranicznych, który w 1998

r. oskarżył Teda Turnera o szkalowanie Polaków w jednym

z programów CNN. Reakcja Sikorskiego sprawiła,

że Turner przeprosił Polaków nie tylko w CNN, ale

także na łamach 35 amerykańskich gazet. Czy nie sądzi

pan, panie ministrze, że właśnie taka stanowczość

w obronie honoru Polski i Polaków jest konieczna dla budowy

naszej pozycji w Europie i na świecie, o której pan

tak wiele mówił, że dziś polskie reakcje na te zniewagi

i kłamstwa są niewspółmierne do tego, co robił m.in. minister

Sikorski i robią w tym zakresie inne narody?

I druga sprawa. Omawiając stosunki polsko-niemieckie,

wspomniał pan m.in. o konieczności jednoznacznego

zamknięcia spraw z przeszłości. Zapytam

więc o sprawę reparacji niemieckich, w której to rząd

jest w zasadzie w sporze z Sejmem i większością polskiego

społeczeństwa. Czy uważa pan, panie ministrze,

że słusznie przypomina się dziś o prawie Polski do

reparacji i po prostu do pamięci o prawdzie? Czy też

uważa pan za słuszne, że rząd chce utrzymywać dobre

stosunki z Niemcami, opierając się na oświadczeniu w

sprawie rezygnacji z pobierania reparacji, wydanym

przez rząd Bolesława Bieruta, i sprowadzić, wydaje mi

się, tym samym polsko-niemieckie stosunki do absurdu?

Bo, panie ministrze, to musi prowokować i prowokuje

pytanie, w czyim interesie działa rząd na polu

polityki zagranicznej w tym zakresie. Pytam, czy to się

zmieni? Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Pani poseł Maria Nowak, Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Maria Nowak:

Panie Marszałku! Pytanie moje dotyczy sprawy,

która w ostatnich dniach stała się głośna na arenie

międzynarodowej w wyniku opublikowania raportu

o stanie zabytków Babilonu przez prof. Johna Curtisa

z British Museum. W wyniku dużego zainteresowania

opinii publicznej treścią raportu prof. Curtisa 18 stycznia

odbyła się konferencja prasowa zorganizowana

przez Ministerstwo Kultury łącznie z Ministerstwem

Obrony Narodowej poświęcona właśnie prezentacji

polskich działań w zakresie ochrony dziedzictwa narodowego

Iraku. W czasie konferencji stwierdzono, że

Polacy zabezpieczali tam zabytki, a nie niszczyli, o co

są oskarżani. I dlatego pytam: Jakie jest stanowisko

Ministerstwa Spraw Zagranicznych w tej sprawie? Jakie

działania na arenie międzynarodowej podjęło MSZ,

aby właśnie obraz Polski nie był zniekształcany, a Polacy

nie byli oczerniani, zniesławiani? To nie pierwszy

taki przypadek. Mam tu na myśli chociażby oskarżenie

polskich żołnierzy w Iraku o znęcanie się nad więźniami.

Brak wyraźnego stanowiska MSZ w tej sprawie,

brak protestu wobec tych niemających pokrycia faktów

jest oznaką jakiegoś kompleksu polskiej polityki

zagranicznej wobec strony angielskiej. Chciałabym

usłyszeć odpowiedź, co MSZ zrobiło w tej sprawie na

arenie międzynarodowej.

I pytanie drugie, bardzo krótkie. Panie ministrze,

czy ministerstwo w imieniu polskiego rządu przeprosiło

już Ojca Świętego za uniemożliwienie Ojcu

Świętemu złożenia wizyty w ojczyźnie? MSZ, pozwalając

SLD na manipulację terminami przyjazdu

Ojca Świętego na Kongres Eucharystyczny i wyborów

parlamentarnych dla doraźnych celów politycznych

Sojuszu, ponosi pełną odpowiedzialność za to, co

się stało. Wielu Polaków, w tym także ja, w związku

z tym, co się stało, czuje wstyd, gorycz i żal. A winę za

to ponosi SLD, ale także i ten rząd. Dziękuję. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Pani poseł Hanna Mierzejewska, Prawo i Sprawiedliwość.

Poseł Hanna Mierzejewska:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

Pragnę zapytać pana ministra o następujące sprawy.

W 2000 r. powołany został Instytut Adama Mickiewicza

– rządowa instytucja kultury utworzona przez

ministra kultury i dziedzictwa narodowego w porozumieniu

z ministrem spraw zagranicznych. Celem działań

instytutu jest spopularyzowanie polskiej kultury na

świecie i współpraca kulturalna z innymi krajami.

Przypomnę, że w Niemczech jest podobny Instytut

Goethego, a w Hiszpanii Cervantesa. Oddziały tych

instytutów działają w większości europejskich stolic,

realizują zagraniczną politykę kulturalną tych państw.

Polska posiada w wielu krajach instytuty kulturalne

podlegające Ministerstwu Spraw Zagranicznych, natomiast

ich współpraca z Instytutem Adama Mickiewicza

pozostawia wiele do życzenia.

Czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma plan integrujący

działania Instytutu Adama Mickiewicza, który

w pewnych środowiskach określa się jako „biuro podróży”

ministerstwa kultury, z polskimi instytutami kulturalnymi?

Kolejne pytanie. W swoim wystąpieniu powiedział

pan minister, że MSZ popiera demokratyczne organizacje

na Białorusi i że organizacje te mogą liczyć na

naszą pełną solidarność. Jakie konkretnie działania

podjął lub zamierza podjąć MSZ, aby ta deklaracja nie

pozostała pustym frazesem?

I ostatnie pytanie: jakie projekty ma Ministerstwo

Spraw Zagranicznych w związku z trudną sytuacją Polaków

za wschodnią granicą Polski, biorąc pod uwagę np.

dyskryminację polskich szkół? Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Głos ma pan poseł Mirosław Pawlak, Polskie Stronnictwo

Ludowe.

Poseł Mirosław Pawlak:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Panie Ministrze!

Mam dwa pytania.

Jaki pan minister ma pogląd w sprawie sygnałów

napływających do Ministerstwa Spraw Zagranicznych

od wyjeżdżających za granicę posłów i senatorów

o funkcjonowaniu placówek dyplomatycznych na całym

świecie? Bo wpływają przeróżne opinie, przeróżne

spostrzeżenia. Czy pan wyciąga wnioski? I jeżeli

tak, to jakie? Na jakimś przykładzie proszę to podać.

Wiadomo, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych

sprawuje nadzór merytoryczny nad organizacjami pozarządowymi

w zakresie współpracy i pomocy Polonii i Polakom,

a wśród nich np. nad Fundacją „Pomoc Polakom

na Wschodzie”. Pytam pana ministra: czy podziela pan

pogląd byłego kierownictwa tejże fundacji, że wszystkie

podmioty dotowane z budżetu polskiego państwa powinny

być zobowiązane do bezwzględnego przestrzegania

zasad rozliczania pobranych środków? Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Głos ma pan poseł Tadeusz Samborski, Polskie

Stronnictwo Ludowe.

Poseł Tadeusz Samborski:

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Pragnę zapytać

o kwestie, które być może na tym etapie będą miały

dyskrecjonalny charakter, ale domyślam się, że przygotowując

pakiet spraw do rozmów np. ze stroną ukraińską,

będziemy podnosili kwestie, których nie mogliśmy do

tej pory załatwić. I na pewno to będzie szereg problemów.

A zatem pragnę zapytać: czy w wyobrażeniach

pana i pana współpracowników jest sprawa umożliwienia

cywilizowanego uczczenia ofiar morderstw UPA dokonanych

na Polakach, albowiem wiele wsi zostało startych

z powierzchni ziemi i ci ludzie nie mieli pochówku.

Ponieważ w regionie dolnośląskim, gdzie jest większość

tych uchodźców, czy tych, którzy opuścili tamte strony,

to pokolenie, które pamięta jeszcze te miejsca, jest na

wymarciu, myślę, że jest to po prostu jeden z ostatnich

momentów, kiedy ten problem w stosunkach polsko-

-ukraińskich powinien być załatwiony.

I drugie pytanie. Czy pan minister uważa, że badanie

stanu świadomości historycznej naszych sąsiadów

jest jednak także elementem stosunków dwustronnych

i naszej polityki? Mówię to w kontekście takich oto

zjawisk, że w podręcznikach na przykład są mapy etnicznych

ziem rzekomo obejmujące terytoria obecnego

państwa polskiego. Czy nasza dyplomacja ma obowiązek

reagowania na takie zjawiska? Mówię tu o lituanizacji

na przykład, także dóbr kultury i pomników

historii, o ukrainizacji. Takie zjawiska są nagminne.

My przez grzeczność jakby do pewnego czasu nie reagowaliśmy

na te sprawy. Czy teraz, w nowej sytuacji,

ministerstwo podejmie te problemy, które, uważam, są

bardzo ważne z punktu widzenia tożsamości narodowej

i sąsiadów naszych, i naszej przede wszystkim?

Dziękuję bardzo, panie marszałku.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Pan poseł Michał Figlus, Partia Ludowo-Demokratyczna,

jako ostatni zadający pytanie.

Proszę bardzo.

Poseł Michał Figlus:

Dziękuję, panie marszałku.

Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo!

W styczniu pan premier Belka był z wizytą w Libii.

Czy zechciałby pan minister powiedzieć, co załatwił

pan premier, jeżeli chodzi o zadłużenie Libii wobec

Polski? Czy polskie firmy będą miały kontrakty w Libii?

Przywołam słynne – wracam tutaj do lat 80. –budowy

dróg i zakładów przemysłowych w Libii, a także

kontrakty handlowe, handel wymienny szczególnie w

przemyśle ciężkim – mam na myśli maszyny budowlane,

wyroby hutnicze i inne maszyny.

I drugie pytanie. Na jakie kontrakty możemy liczyć

w Iraku po zakończeniu wojny, jakie korzyści możemy

mieć po prostu w związku z tymi kontraktami? Na

co możemy liczyć, co panu ministrowi i ministerstwu

wiadomo w tej sprawie? Dziękuję.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Na pytania odpowie sekretarz stanu w Ministerstwie

Spraw Zagranicznych pan Jan Truszczyński.

Proszę, panie ministrze.

Co do tych, na które nie można odpowiedzieć, prosimy

o odpowiedź na piśmie, tak jak deklarował pan

minister Rotfeld.

Sekretarz Stanu

w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Jan Truszczyński:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Podzielimy się

pracą za zgodą pana marszałka. Chcę poinformować,

że na pytania zadane przez pana posła Gadzinowskiego,

panią poseł Nowak, panią poseł Mierzejewską oraz

pana posła Figlusa odpowiedziałby podsekretarz stanu

pan Bogusław Zaleski. Co do części pytań, udzielimy

odpowiedzi na piśmie. Daję przykład – jest to związane

z pytaniem dotyczącym Fundacji „Pomoc Polakom

na Wschodzie”, zadanym przez pana posła Pawlaka.

Nadzorujący tę sprawę pan Jakub Wolski, podsekretarz

stanu w MSZ, w tej chwili jest nieobecny, a on najlepiej

udzieliłby panu...

(Głos z sali: Jest.)

Jest?

A, jest. To bardzo przepraszam, nie zauważyłem.

W takim razie być może będziemy mogli udzielić

odpowiedzi na miejscu na to pytanie.

Przechodzę do odpowiedzi na pozostałe pytania.

Pan poseł Czerwiński pytał o sprawę członkostwa

Niemiec w Radzie Bezpieczeństwa. Otóż, panie pośle,

myśmy już mieli kilkakrotnie wymianę poglądów

na ten temat między resortem spraw zagranicznych

a panem posłem osobiście, Komisją Spraw Zagranicznych

szerzej. Sytuacja i stanowisko polskie w sprawie

wszelkich modyfikacji bądź też reform systemu Narodów

Zjednoczonych są zatem, mniemam, panu posłowi

i Komisji Spraw Zagranicznych znane. Nie mam niczego

do dodania do tego, co mówiliśmy już wielokrotnie.

Mogę powiedzieć jedynie...

(Poseł Jerzy Czerwiński: Chodzi o debatę sejmową

na ten temat. Pytanie było jasne.)

Czy potrzebna jest debata sejmowa w sprawie reformy

Narodów Zjednoczonych dotyczącej czegoś

znacznie więcej niż jedynie składu Rady Bezpieczeństwa?

Nie stawialiśmy notabene tego i nie stawiamy

tego jako pierwszego czy też wyłącznego problemu

związanego z funkcjonowaniem Organizacji Narodów

Zjednoczonych. Być może taka debata byłaby przydatna,

oczywiście przy założeniu, że obejmowałaby

wszystkie zagadnienia związane z poprawą skuteczności

funkcjonowania oraz zwiększeniem autorytetu

Organizacji Narodów Zjednoczonych – nie koncentrując

się przy tym na problematyce ewentualnych zmian

w Radzie Bezpieczeństwa oraz w składzie geograficznym

w Radzie Bezpieczeństwa, a ujmując ją jedynie

jako jeden z elementów, bo tak też jest w istocie, zakładanych

reform, co do których skuteczności i szans

w bieżącym roku nie jesteśmy jeszcze w stanie wiążąco

się wypowiedzieć. Można zatem dyskutować, apelowałbym

jedynie o to, aby debata, o ile do niej miałoby

dojść, miała charakter całościowy i nie koncentrowała

się na sprawie ewentualnego stałego członkostwa Niemiec

w Radzie Bezpieczeństwa, bo nie na tym polega

reforma ONZ.

Co do sytuacji Polonii, to tu identycznie albo bardzo

podobnie – mieliśmy już okazję wielokrotnie wymieniać

poglądy na ten temat i miałem możliwość osobiście

informować, a w ślad za informacją ustną przekazywać

informacje pisemne, o tym, co Ministerstwo

Spraw Zagranicznych oraz sieć naszych konsulatów

generalnych na terenie Republiki Federalnej Niemiec

robiły i robią w sprawie osób pochodzenia polskiego

zamieszkałych na terenie Niemiec. W tej chwili

nie chciałbym powtarzać tej informacji, nie mając jej

w całości w pamięci, zobowiązuję się zatem, że przekażemy

panu posłowi zaktualizowaną jej wersję na piśmie,

ponieważ nasza ostatnia wymiana poglądów na

ten temat miała, było nie było, miejsce jakiś czas temu.

Mogę jedynie powiedzieć, że MSZ robiło i robi wiele,

aby dostęp dla tych, którzy chcą, by język polski był

przedmiotem nauczania, tych, którzy chcą korzystać

z rozmaitych przejawów kultury polskiej w języku ojczystym,

był jak najszerszy, aby znajdowały się na to

odpowiednie środki w budżetach poszczególnych landów

niemieckich. Podaję to jako przykład, nie jest to

bowiem jedyna rzecz, w sprawie której MSZ i podległe

mu placówki działały i działają nadal.

Pytał pan poseł, czy w resorcie spraw zagranicznych

mamy specjalną komórkę, która zajmowałaby

się reagowaniem na defamację, uwłaczanie godności

i dobremu imieniu Polaków. Specjalnej komórki w tym

celu nie powołaliśmy i nie sądzę, aby było konieczne

jej powołanie, zadaniem bowiem stałym zarówno

departamentów terytorialnych i funkcjonalnych MSZ,

jak i naszych placówek wszędzie w świecie jest obserwowanie

tego, co pokazuje się w mediach, tego, co zamieszczane

jest w podręcznikach szkolnych, tego, co

jest podawane w jakikolwiek sposób opinii publicznej

jako informacja, pogląd lub opinia, pod kątem ewentualnych

kłamstw, przeinaczeń czy szkód wyrządzanych

dobremu imieniu Polski i Polaków. Nie trzeba w tym

celu specjalnych instrukcji. Jest to zadanie stałe, ciągłe

i o nim wiedzą doskonale nie tylko kierownicy wszystkich

naszych placówek, ale i wszyscy podlegli im pracownicy.

Stąd – i tu zareaguję na postawione w tonacji

dość zdecydowanej, a nawet nader zdecydowanej

przez panią poseł Kruk pytania – chcę powiedzieć, że

Polska, jej Ministerstwo Spraw Zagranicznych, robiła

i robi bardzo wiele dla obrony dobrego imienia Polski

i Polaków, i, jak to pani poseł określa, obrony państwa

i narodu. I zachęcam do bezpośredniego kontaktu

z naszym departamentem informacji, z biurem naszego

rzecznika prasowego. Pełną informację na ten temat

pani poseł może w każdej chwili uzyskać, jeśli tylko

zechce skontaktować się z naszym resortem i zasięgnąć

takiej informacji. Nie widzę natomiast konieczności

tworzenia specjalnego okienka informacyjnego lub

też szerokiego propagowania w naszych mediach albo

w jakikolwiek inny sposób przez Ministerstwo Spraw

Zagranicznych tego, co robiliśmy, robimy i będziemy

robić, aby zapobiegać aktom, które godzą w dobre imię

Polski i Polaków, a tam gdzie się pokażą mimo prób

zapobiegania, zwalczać je efektywnie.

Pytała pani o konkretne przykłady. Chętnie podamy

konkretne przykłady z ostatniego roku oraz przedstawimy

efekt działań podejmowanych przez polskich

ambasadorów, polskich konsulów generalnych, komórki

centrali resortu spraw zagranicznych, często

we współpracy i współdziałaniu z organizacjami polonijnymi,

tak jak to miało miejsce i z powodzeniem

w Kanadzie, gdzie najprawdopodobniej trudniej by nam

było uzyskać taki efekt, jaki został uzyskany, gdyby nie

zaangażowały się w tę sprawę organizacje polonijne.

Zadał mi pan poseł Piłka teraz pytanie, które

świadczy o tym, że ma wiedzę, ale wiedzę niepełną,

a nawet mocno ograniczoną. Dobrze jest natomiast,

jeśli się stawia pytanie, opierać je na wiedzy wyniesionej

z więcej niż jednego źródła. Ja panu posłowi

chętnie powiem krótko i w żołnierskich słowach, na

czym sprawa polega.

Otóż faktem jest, że Turcja nie przezwyciężyła do

tej pory swojej przeszłości tak, aby spojrzeć wydarzeniom,

które miały miejsce w latach 1915–1917, w oczy

i aby doprowadzić do pogodzenia się, rekoncyliacji,

pojednania z Ormianami i z Armenią, zarówno z diasporą

ormiańską jak i z samą Armenią. Faktem jest, że

Turcja zwalcza wszelkimi siłami i w sposób niezwykle

energiczny wszelkie odniesienia do masakr, jakie miały

miejsce w tych latach, dokonanych na ludności ormiańskiej,

odniesienia, które kwalifikują owe masakry

jako zbrodnię ludobójstwa. Czego dotyczyły tureckie

protesty i niezwykle energiczne działania związane

z zamiarem postawienia ormiańskiego krzyża pamiętnego,

tzw. chaczkaru, na terenie należącym do parafii

św. Mikołaja w Krakowie, tradycyjnym miejscu kultu

Ormian zamieszkałych w Polsce? Ano tego, że napis

na owym krzyżu był uznany przez Turcję za sprzeczny

z oficjalnym stanowiskiem czy godzący w oficjalne stanowisko

Turcji dotyczące tego, co działo się na ziemiach

tureckich w latach 1915–1917. Rzecz jasna, nigdy by

nam do głowy nie przyszło i przyjść nie mogło dokonywanie

interwencji zmierzających do nakłonienia kogokolwiek,

by nie brał '75działu w uroczystości odsłonięcia

owego krzyża. Obowiązkiem natomiast naszym było,

ze względu na całokształt stosunków polsko-tureckich,

poinformowanie – i to zostało wykonane oczywiście

i to zostało wykonane przeze mnie, ponieważ odpowiadam

m.in. za stosunki polsko-tureckie – o stanowisku

Turcji i o działaniach podejmowanych przez władze tureckie.

Jest zupełnie oczywiste, że rząd, ministerstwa,

ministrowie, wiceministrowie nie mają żadnych uprawnień

ani żadnych możliwości – a nawet gdyby mieli

uprawnienia, to w każdym razie nie powinni – wkraczać

w kompetencje wyłączne zarówno Kościoła, jak i władzy

samorządowej i w związku z tym ze strony MSZ i ze

strony mojej osobiście, jako przedstawiciela MSZ, nie

mogło być i nie było żadnych interwencji zmierzających

do nakłonienia kogokolwiek i w jakikolwiek sposób

do niebrania udziału w owej uroczystości. Natomiast

obowiązkiem było zawiadomienie wszystkich, którzy

zaangażowani byli w Krakowie w tę sprawę, o tym,

z jakiego rodzaju interwencjami ze strony Turcji spotkaliśmy

się w tej sprawie. I tyle mogę na ten temat powiedzieć.

Notabene władze tureckie podejmowały również

bezpośrednie interwencje wobec wszystkich organów

władzy samorządowej i władzy kościelnej w Krakowie.

Ja mogę powiedzieć tyle: w swoich rozmowach

z Turkami wskazywałem zarówno na to, że, po pierwsze,

my nie mamy na podstawie prawa polskiego żadnych

uprawnień, żadnych możliwości zabraniania komukolwiek

udziału w takiej uroczystości; po drugie, nie mamy

żadnych uprawnień i żadnych możliwości ingerowania

w budowę pomnika, który powstaje na terenie należącym

do parafii kościelnej; po trzecie, jesteśmy zdania

– i to jest również moje osobiste zdanie i tak je przedstawiałem

przedstawicielom tureckim – że ingerowanie

w treść napisów, które pojawiają się na pomnikach

i krzyżach, jest zabiegiem nadzwyczaj niewłaściwym.

W tym kontekście posługiwałem się przykładem nagrobka,

który został postawiony w roku 1970 mojemu

wujowi na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach i na

którym podówczas my, jako rodzina, mogliśmy napisać

jedynie: zginął w 1940 r., bo więcej napisać nie było

wolno. Dzisiaj ów nagrobek odzwierciedla całą prawdę

historyczną. Dobrze by było, gdyby w ramach pojednania

i odkłamywania historii wszędzie tam, gdzie nie zostało

to jeszcze dokonane, wszelkie napisy na wszelkich

krzyżach i nagrobkach mogły odzwierciedlać prawdę

historyczną opartą na pojednaniu i zgodzie między narodami.

Tyle w tej sprawie.

Pytanie pana posła Stryjaka, dotyczące nazwy byłej

Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii. Otóż, panie

pośle, podobnie jak poprzednio tak i obecnie Polska,

jak i wszystkie pozostałe państwa członkowskie

w Unii Europejskiej, wyraża nadzieję na uzgodnienie

tego problemu w drodze bezpośrednich rozmów między

rządem w Skopie a rządem w Atenach. Te rozmowy

obu stron toczą się – to prawda, bez wyraźnego

efektu i bez większego powodzenia – od dłuższego już

czasu. Pozostałe kraje członkowskie Unii są zapewniane,

iż prędzej czy później dojdzie do porozumienia.

My nie mamy powodu, aby ingerować i wkraczać w tę

delikatną sprawę, doprowadzając do zmiany oficjalnej

nazwy w sytuacji, w której toczą się rozmowy, których

przebiegu nie chcielibyśmy naruszać, a w których pozytywny

efekt finalny nie wątpimy.

Jak Polska jest przygotowana do pomocy humanitarnej?

Panie pośle, średnio; średnio. Po pierwsze, trzeba

pamiętać o tym, że środki publiczne przeznaczane

na pomoc na rzecz rozwoju oraz pomoc humanitarną

z budżetu ogólnego państwa pozostają środkami małymi,

żeby nie powiedzieć: niezwykle małymi, w zestawieniu

nie tyle ze skalą potrzeb w krajach najsłabiej rozwiniętych,

ile w zestawieniu z naszymi własnymi możliwościami.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości –

i wyrażam to stanowisko jako stanowisko resortu spraw

zagranicznych – że w latach nadchodzących musimy

dokonać szybkiego, żeby nie powiedzieć: radykalnego,

wzrostu nakładów Polski jako dawcy pomocy na rzecz

rozwoju oraz dawcy pomocy humanitarnej.

Co do skuteczności owej pomocy humanitarnej chcę

powiedzieć, że trudno oczywiście mierzyć ją, zestawiając

z tym, co w związku chociażby z ostatnią katastrofą

w Azji Południowo-Wschodniej zrealizowały inne kraje,

zrealizowali inni darczyńcy. Można powiedzieć, że włączyliśmy

się w akcję pomocy humanitarnej szybko i w

miarę skutecznie, wysyłając transporty leków i innych

przedmiotów pierwszej potrzeby zarówno na Cejlon, jak

i na Sumatrę, ale można też powiedzieć, że w zestawieniu

z tym, co wykonały inne kraje, częstokroć mniejsze od

nas, a leżące również w Europie, pomoc polska nie była

na największą skalę. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy.

Pomoc humanitarna będzie również świadczona

w nadchodzących latach, w to nie wątpię, w rosnącej

skali, przez nasze organizacje pozarządowe na czele

z Polską Akcją Humanitarną i Polską Misją Medyczną.

Obie organizacje pozarządowe – wymieniam tylko

te, ale powinienem wymienić szereg innych, które

również, jak Caritas, były i są zaangażowane w sposób

widoczny i znaczący w świadczenie pomocy humanitarnej

– mają już określone doświadczenie, zebrane

w wyniku realizacji akcji pomocy humanitarnej

w miejscach klęsk żywiołowych, powodzi bądź trzęsień

ziemi, i zamierzają tę działalność rozwijać, notabene

we współpracy i w koordynacji z rządem, wtedy

bowiem można oczekiwać większej efektywności

i większej skuteczności pomocy, pamiętając, że jej wolumen

pozostaje relatywnie niewielki i o ile będzie się

nawet zwiększał w nadchodzących latach, to pozostanie

względnie nieduży i zapewne zbyt mały w stosunku

do rzeczywistych możliwości Polski jako jednego

z 40 najbogatszych państw świata.

Jeśli chodzi o pomoc humanitarną dla Korei Północnej,

cóż, taka pomoc, jeśli dałoby się uwzględnić

Koreę Północną na liście naszych priorytetów geograficznych,

mogłaby zostać w przyszłości udzielona,

pamiętając jednak o tym, jak szczupłe mamy środki,

jak niewielka jest kołdra. Priorytety geograficzne, jakie

określiliśmy dla pomocy rozwojowej, humanitarnej na

rok bieżący, nie obejmują Korei Północnej; obejmują

grupę kilku państw słabo rozwiniętych, biednych,

ale tego kraju nie obejmują. Być może w przyszłości,

w miarę zwiększania się środków, jakimi będziemy dysponować

na te cele, obejmiemy szerszą grupę państw,

nie wykluczając oczywiście również Korei Północnej,

jeśli ona takiej pomocy humanitarnej będzie potrzebować

i jeśli będziemy mieli pewność, że ta pomoc zostanie

tam przyjęta, że zostanie w odpowiedni sposób

wykorzystana.

Jeśli chodzi o pytania… na to nie będę odpowiadał.

Pan poseł Samborski zadał mi pytanie dotyczące

uczczenia ofiar Ukraińskiej Powstańczej Armii – Polaków

pomordowanych przez żołnierzy Ukraińskiej

Powstańczej Armii – i zadał mi też pytanie o to, czy

badamy stan świadomości historycznej naszych

wschodnich sąsiadów i czy to stanowi element stosunków

bilateralnych. Panie pośle, osobiście nie wątpię,

że w następstwie wszystkiego tego dobrego, co wydarzyło

się w ciągu ostatnich kilku tygodni w stosunkach

między Polską a Ukrainą, odblokowując mentalność,

że się tak wyrażę, po obu stronach, gotowość do uznania

wszystkich, również najciemniejszych, stron własnej

historii po obu stronach powinna wzrosnąć, w tym

zwłaszcza po stronie naszego sąsiada. W jaki sposób

i kiedy znalazłoby to praktyczny wyraz w działaniach,

postawach i decyzjach władz lokalnych – bo to nie Kijów

decyduje, jak pan poseł wie, lecz władze lokalne

– nie umiałbym w tej chwili jeszcze powiedzieć, ale

liczę na to, że ogólna bardzo wyraźna, skokowa wręcz

poprawa klimatu sympatii i zaufania między Polakami

a Ukraińcami stworzy korzystne warunki, zwłaszcza

u naszego sąsiada, do tego, co pan nazwał cywilizowanym

uczczeniem pamięci ofiar UPA.

Co do zbadania stanu świadomości historycznej,

panie pośle, to z niektórymi krajami, jak pan wie,

mamy czy mieliśmy przez szereg lat wspólne komisje

podręcznikowe. Nie mamy takiej komisji – według

mojej najlepszej wiedzy, ale też nie wiem wszystkiego,

przyznaję – ani z Ukrainą, ani z Litwą. I o ile nasze

placówki prowadzą szeroką działalność informacyjną

opartą na wszechstronnej obserwacji życia i działania

naszych sąsiadów, o tyle nie umiałbym podać żadnego

przykładu zarejestrowania przez nie podręcznika

szkolnego bądź innego wydawnictwa przeznaczonego

dla celów edukacyjnych, które w sposób rażący, wyraźny

kolidowałoby z naszym interesem państwowym czy

naruszało nasz interes państwowy. Mogę tylko zapewnić,

że gdyby którakolwiek z naszych placówek skonstatowała

istnienie tego typu wydawnictw, to niewątpliwie

reagowalibyśmy podobnie, jak reagowaliśmy

we wszystkich innych tego typu przypadkach. Gdyby

natomiast miało się okazać, że mamy do czynienia ze

zniekształcaniem prawdy historycznej na większą skalę,

to zapewne konieczne byłoby wręcz postulowanie

powołania komisji podręcznikowej. Ale – przyzna pan

– w tej chwili teoretyzuję, a im dłużej mówię, tym bardziej

teoretyzuję. Sytuacja faktyczna jest taka, że nie

odebraliśmy żadnych informacji o tym, iżby istniały

wydawnictwa, które musielibyśmy zakwalifikować

jako naruszające nasz interes państwowy.

Tyle chciałem przekazać państwu posłom jako odpowiedzi

na pytania. Na pozostałe pytania, za pozwoleniem

pana marszałka, odpowiedziałby pan minister

Zaleski i pan minister Wolski.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję panu ministrowi.

Pan poseł Marek Jurek w trybie sprostowania, tak?

Proszę bardzo.

Poseł Marek Jurek:

Dziękuję, panie marszałku.

Mam wrażenie, że jestem chyba jedyną osobą na tej

sali, a chyba już zupełnie jedyną uprawnioną do zabrania

głosu, która brała udział w obchodach krakowskich

w kościele św. Mikołaja, i muszę niestety sprostować,

panie ministrze, bo taką sugestię można było wynieść

z pańskiego wystąpienia, że w czasie tych obchodów

nie było żadnych akcentów antytureckich. A skoro

nikt nie był bezpośrednio krytykowany, to w żadnym

wypadku nie można cenzurować pamięci historycznej.

Rolą polskiej dyplomacji nie było zniechęcanie,

choćby przez sugestie, urzędników administracji

publicznej do udziału w tych uroczystościach, tylko

raczej wyjaśnienie ich znaczenia i czysto społecznego

charakteru naszym sprzymierzeńcom i partnerom

z Turcji. Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Pan minister Zaleski, proszę bardzo.

Podsekretarz Stanu

w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Bogusław Zaleski:

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Odpowiem na pytania

czworga posłów, pana posła Gadzinowskiego, pani poseł

Nowak, pani poseł Mierzejewskiej i pana posła Figlusa.

Zacznę od pytań zadanych przez pana posła Gadzinowskiego.

Pierwsze dotyczyło obsady stanowiska

ambasadora w Chińskiej Republice Ludowej. Chciałbym

powiedzieć, że właśnie to, o czym mówił potem

pan poseł, czyli ekonomizacja polskiej polityki zagranicznej,

powoduje, że proces selekcji kandydatów na

ambasadora jest bardzo, powiedziałbym, precyzyjny.

Ambasador w Chińskiej Republice Ludowej musi

spełniać kryteria nie tylko związane z wysoką pozycją

polityczną, ale również związane z nowymi zadaniami,

jakie przed ambasadorem w Chińskiej Republice

Ludowej staną.

Chciałbym powiedzieć, że placówka w Pekinie

nie jest obsadzona od miesiąca, a zatem to nie jest

problem. Funkcję chargé d’affaires sprawuje pani

Agnieszka Łobacz, która stanowi o ciągłości placówki,

albowiem była zastępcą ambasadora wówczas, kiedy

pan ambasador Burski poprosił o odwołanie, zarówno

ze względu na wiek, jak i na zmęczenie funkcją, którą

sprawował przez ponad 4 lata.

Jeśli chodzi o politykę wizową, trzeba powiedzieć,

że Polska udziela wiz w zasadzie w sposób nieograniczony.

Zdarzają się przypadki odmowy udzielenia

wizy, co jest związane z nowymi standardami polskiej

polityki wizowej. Polska nie jest już tylko krajem

wpuszczającym do siebie, ale także polska wiza daje

uprawnienia do podróży w wielu krajach europejskich.

Dlatego musimy stosować standardy związane z wymogami

Unii Europejskiej. Odmowy wydania wizy

w proporcji do liczby wydanych wiz to są ułamki procenta,

a zatem to nie jest problem. Nie jest to problem

w stosunkach między Polską i Chinami.

Kolejne pytanie dotyczyło absolwentów w Wietnamie.

Tak się składa, że wczorajszej nocy wróciłem

z podróży; była to wizyta pana premiera Belki w Japonii,

Singapurze i Wietnamie. W Wietnamie spotkaliśmy się

z ogromną grupą absolwentów polskich. Trzeba powiedzieć,

że rzeczywiście stanowią oni w obecnej strukturze

władz i biznesu wietnamskiego znaczącą grupę. Wystarczy

powiedzieć, że mer Hanoi i kilku wiceministrów,

szefowie dwóch największych koncernów: koncernu

węglowego i koncernu stoczniowego, to są absolwenci

polskich uczelni. Wszyscy byli obecni. Wszyscy brali

udział w rozmowach i wszyscy stanowili lobby polskie.

To „lobby” jest „rejestrowane” przez ambasadę polską,

która wykorzystuje wielokrotnie polskich absolwentów

do kontaktów z władzami, zarówno na szczeblu centralnym,

jak i na szczeblu regionalnym.

Odpowiadam na pytanie pani poseł Nowak dotyczące

Babilonu. W dniu wczorajszym zaprosiłem do

Ministerstwa Spraw Zagranicznych ambasadora Republiki

Iraku i wyraziłem daleko idącą dezaprobatę dla

informacji, które ukazują się również w prasie irackiej,

dotyczących roli międzynarodowej dywizji, w tym

szczególnie oddziałów polskich, jeśli chodzi o destrukcję,

niszczenie zabytków Babilonu. Pan ambasador

powiedział, że odbył rozmowę z ministrem kultury

Iraku i że minister kultury Iraku zaprzecza wszystkim

tym informacjom. Jednocześnie w dniu dzisiejszym,

bodajże w „Trybunie”, ukazał się wywiad z wiceministrem

obrony narodowej Iraku. Wiceminister w sposób

jednoznaczny stwierdza, że polskie wojska nie brały

udziału w niszczeniu zabytków, przeciwnie, ochraniały

te zabytki, a to, iż tak wiele zabytków w Babilonie

ocalało, zawdzięczamy oddziałom polskim.

Poprosiłem w czasie spotkania z irackim ambasadorem,

by te informacje, które mi przekazał ustnie,

zostały nam przekazane na piśmie od ministra kultury

Iraku, po to, żeby ta informacja nie była kurtuazyjna

czy dyskrecjonalna, ale by mogła być uznana i przekazana

zarówno opinii krajowej, jak i zagranicznej.

Jednocześnie chciałbym przypomnieć, że Polska

była jedynym krajem, który w składzie swojej dywizji

miał archeologów. Zaraz po przyjeździe polskich

oddziałów do Babilonu został przygotowany raport.

Został on upubliczniony. Nie zwrócił uwagi polskich

mediów. Polskie media nie wyraziły tym żadnego

zainteresowania. Teraz, przed wyjazdem, został opublikowany

drugi raport i polskie media też na to nie

zwróciły uwagi, natomiast nagłaśniały z ogromną siłą

raport prof. Curtisa, który nie był jednoznacznie negatywny

wobec Polski. Wyciągnięto z tego raportu te

elementy, które uderzały w oddziały polskie, a te elementy,

które mówiły o polskich wysiłkach na rzecz

ochrony Babilonu, w ogóle przez polskie media nie

zostały uwzględnione.

(Głos z sali: Nie ma polskich mediów.)

Nie komentuję.

Pytanie pani poseł Mierzejewskiej dotyczące Instytutu

Adama Mickiewicza, polskich instytutów. Podzielając

wiele krytycznych uwag dotyczących działalności

Instytutu Adama Mickiewicza, chciałbym jednak bronić

tego instytutu nie tylko dlatego, że odbyło się bardzo

wiele wielkich imprez, które były programowane

i prowadzone we współdziałaniu z instytutem – przypomnę:

Rok Polski w Austrii, Rok Polski w Szwecji,

Rok Polski na Ukrainie, Rok Polski we Francji, Sezon

Polski we Francji – i przygotowywane wspólne z Instytutem

Adama Mickiewicza w tym roku i w roku

przyszłym: Rok Polski w Niemczech, Rok Niemiecki

w Polsce. To samo dotyczy wystawy „Warszawa–Moskwa/

Moskwa–Warszawa”. To są wielkie imprezy organizowane

we współpracy i z udziałem Instytutu Adama

Mickiewicza.

Zapewne część tych środków jest wydawana może

zbyt lekką ręką, może nie wszystkie imprezy znajdują

uznanie tych, do których są skierowane, jak i nie zawsze

są adresowane we właściwy sposób, ale proszę pamiętać,

że też nasze doświadczenie nie jest nadzwyczajnie duże.

Ja nie chciałbym się wypowiadać w imieniu władz

instytutu, ale chciałbym przypomnieć, że efektem oceny

prac instytutu była wymiana dyrektora Instytutu

Adama Mickiewicza. Od 3 miesięcy nowym dyrektorem

instytutu jest pan Tłuczkiewicz, który przedstawił

nowy program funkcjonowania Instytutu Adama Mickiewicza.

Program ten jest bardzo autorski, wizjonerski.

Pan Tłuczkiewicz jest znakomitym menedżerem

kultury. To on był twórcą festiwalu jazzowego w Warszawie

„Jazz Jamboree” i prowadził ten festiwal przez

20 lat, a zatem jego przygotowanie menedżerskie jest

znakomite. Miejmy nadzieję, że jakość i liczba imprez

oferowanych przez Instytut Adama Mickiewicza ulegną

poprawie i zwiększeniu.

Chciałbym przypomnieć o tym, o czym mówił również

pan prof. Rotfeld, minister spraw zagranicznych,

że środki, jakie możemy przeznaczyć na promocję, są

niewspółmiernie małe w stosunku do potrzeb. Niejednokrotnie

próbowaliśmy z panem posłem Samborskim

i przy pomocy fundacji, którą on kierował, te imprezy

wzbogacać. Nie zawsze jest to możliwe i nie zawsze

adresat jest ten sam, natomiast środki, które przeznacza

Rzeczpospolita na promocję za granicą, są niewspółmiernie

małe w stosunku do tych, które wydają np.

Węgrzy, Czesi czy nawet Słowacy.

Wreszcie pytanie zadane przez pana posła Figlusa,

a dotyczące spraw długów w Libii i kontraktów

w Iraku. Towarzyszyłem panu premierowi Belce w podróży

do Libii, brałem udział w spotkaniach zarówno

z premierem Libii, jak i z pułkownikiem Kadafim. To,

co dziś można powiedzieć na pewno: zostały przedstawione

przez stronę polską propozycje rozwiązania problemu

zadłużenia, przy czym jest to zadłużenie Polski

w Libii, a nie libijskie w Polsce. Dotyczy ono zobowiązań,

jakie ma Rzeczpospolita wobec firmy Dromex,

która na zlecenie czy z poręczenia rządu polskiego prowadziła

budowy na terenie Libii. Problem polega na

tym, że działo się to bardzo dawno temu, rozliczenia

była dewizowe, w dewizach twardych, w dewizach

miękkich, do tego dochodziły przeliczniki, procenty,

kredyty. Z tego powodu przez obie strony, zarówno

przez stronę libijską, jak i przez stronę polską, podawane

są różne sumy. Znaleźliśmy w czasie tego spotkania

pewne rozwiązanie. Następnego dnia po powrocie premiera

z Libii i po konsultacjach z ministrem finansów

zostało stronie libijskiej zaproponowane rozwiązanie.

Mamy odpowiedź od strony libijskiej, że polska propozycja

została przyjęta jako postawa do rozwiązania

problemu. Spodziewamy się, że w ciągu najbliższych

kilku tygodni problem ten być może będzie mógł być

rozwiązany i długi będą mogły być wyregulowane.

I wreszcie pytanie o kontrakty w Iraku. W czasie

spotkania z ambasadorem irackim otrzymałem od niego

kopię dwóch listów od dwóch wielkich polskich

koncernów, które informują rząd iracki, że nie są zainteresowane

udziałem w przetargach. Nie dostaniemy

kontraktów, jeśli nie będziemy brali udziału w przetargach.

Strona iracka zwraca się również imiennie do

wielu polskich podmiotów gospodarczych, proponując

udział w przetargu, i określone są warunki, na jakich

można do tego przetargu przystąpić. Duże polskie

przedsiębiorstwa, koncerny, holdingi pierwotnie były

tym zainteresowane, ale ze względu na znaczące ryzyko,

bo ryzyko gospodarcze jest znaczne, a kredytowanie

tych inwestycji jest bardzo wysokie ze strony firmy,

która miałaby podjąć się kontraktowania, bardzo wiele

polskich firm, które chciałyby podejmować się tego rodzaju

przedsięwzięć, nie podejmuje się ich, ponieważ

w efekcie okazuje się to dla nich bądź zbyt ryzykowne,

bądź zbyt nieopłacalne.

Zatem na pytanie, na co możemy liczyć, chciałem

odpowiedzieć, że możemy liczyć na to, że polskie przedsiębiorstwa

będą brały udział w kontraktach. A jak będą

brały w nich udział, to być może będą wygrywały. Jeżeli

zaś nie biorą udziału w przetargach, to nie mogą przetargów

wygrywać. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję.

Jako ostatni wystąpi pan minister Jakub Wolski.

Proszę bardzo, panie ministrze.

Podsekretarz Stanu

w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Jakub Wolski:

Dziękuję bardzo.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Odpowiedź na pytanie

pana posła Pawlaka na temat rozliczeń środków

przekazywanych przez Fundację „Pomoc Polakom na

Wschodzie” podmiotom wspomaganym przez fundację

może być tylko jedna. Te rozliczenia muszą być maksymalnie

rzetelne. Dlatego zarówno nowa rada, jak i nowy

zarząd podejmą wszelkie kroki, żeby to kryterium było

maksymalnie egzekwowane. Dziękuję bardzo.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję bardzo.

Zamykam dyskusję.

W dyskusji zgłoszono wniosek o odrzucenie przedstawionej

informacji.

Do głosowania nad tym wnioskiem przystąpimy na

następnym posiedzeniu Sejmu.

Na tym wyczerpaliśmy porządek dzienny 96. posiedzenia

Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Informuję, że zgłosił się pan poseł Michał Figlus

w celu wygłoszenia oświadczenia poselskiego.

Nie ma innych zgłoszeń, a więc listę posłów zgłoszonych

do oświadczenia uważam za zamkniętą.

Oddaję głos panu posłowi Michałowi Figlusowi.

Proszę bardzo.

Poseł Michał Figlus:

Dziękuję, panie marszałku.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Swobody obywatelskie

w państwie prawa podlegają demokratycznym

rygorom określonym przepisami prawa ustawowego,

jak również i prawa zwyczajowego. Dotyczy to

wszystkich obywateli zamieszkujących w danym państwie,

to jest rdzennych etnicznie obywateli państwa

i mniejszości narodowych żyjących na tym terytorium.

Wszyscy obywatele odpowiadają jednakowo wobec

prawa, mając cały szereg przywilejów, zaś mniejszości

narodowe posiadają dodatkowe przywileje pozwalające

na kultywowanie własnej tożsamości narodowej.

Mniejszości narodowe stanowiące w istocie rzeczy

niewielką liczebnie grupę w stosunku do rdzennych

obywateli państwa mają obowiązek przestrzegania

wszystkich przepisów prawa dotyczących całego państwa.

Natomiast wielkość przyznanych im przywilejów

jest zależna od liczby obywateli przyznających się

do przynależności do mniejszości narodowych. Wśród

przywilejów mniejszości narodowych podstawowym

przywilejem jest możliwość nauki własnego języka ojczystego

prowadzona własnymi środkami mniejszości.

Przy znaczącej grupie mniejszości istnieje możliwość

nauki języka ojczystego mniejszości w szkołach publicznych,

a przy bardzo licznej grupie mniejszości –

nawet w szkołach publicznych z językiem mniejszości

jako językiem prowadzenia zajęć szkolnych, językiem

wykładowym.

Mniejszość niemiecka zamieszkująca w gminach

na terenie Śląska Opolskiego, pragnąca rozszerzenia

przywilejów, nie stanowi nazbyt licznej grupy upoważniającej

do uzyskania tych przywilejów. Używanie

w urzędach administracji państwowej państwa polskiego

języka narodowego mniejszości niemieckiej

jest nadmiernie wygórowanym, bezzasadnym przywilejem,

bowiem mniejszość znajduje się na terytorium

Polski, na którym obowiązuje język polski we wszystkich

urzędach i miejscach uznanych za publiczne.

Wystąpienie mniejszości niemieckiej o wprowadzenie

dwujęzycznych nazw polskich urzędów administracji

państwowej oraz dwujęzycznych nazw miejscowości

jest nie tyle przejawem dbałości o zachowanie własnej

tożsamości, co arogancją mniejszości w stosunku do

państwa pobytu. Mniejszość niemiecka ma prawo używania

własnego ojczystego języka we własnych kontaktach

rodzinnych i we własnym środowisku mniejszości,

w szczególności gdy liczebność grupy mniejszościowej

w gminie sięga zaledwie dwudziestu kilku procent ogółu

mieszkańców gminy.

Mniejszość niemiecka, nawet mając podwójne obywatelstwo,

podlega wszystkim polskim przepisom prawa

jako kraju stałego pobytu. Wystąpienia natomiast o

dwujęzyczne nazwy, szczególnie urzędów administracji

państwowej i samorządowej, są wykraczaniem poza prawo

o nazewnictwie polskim w obrębie obszaru państwa

polskiego, narusza to równość obywateli kraju zamieszkania,

co w państwie demokratycznym poczytywane jest

jako sprzeczne z prawem i winno podlegać ściganiu.

Wysoka Izbo! W związku z pracami nad nowelizacją

ustawy o mniejszościach narodowych pozwalam

sobie przedstawić Wysokiej Izbie następujące propozycje

do odnośnych artykułów i punktów ustawy,

o których wprowadzenie wnoszę. Podaję propozycję

do prawnego ich sformułowania: Dopuszcza się wprowadzenie

dwujęzycznych nazw jedynie w odniesieniu

do miejscowości, w których liczebność grupy mniejszościowej

przekracza 40% ogółu mieszkańców danej

miejscowości. Dwujęzyczne nazwy miejscowości

umieszczone mogą być jedynie na informacyjnych

tablicach drogowych. Na terenie ziem zachodnich

i północnych dopuszcza się wprowadzenie dwujęzycznych

nazw miejscowości wyłącznie jako powrót

do nazw, jakie miejscowości te posiadały przed dniem

31 grudnia 1932 r. lub wcześniejszych przed dniem

31 grudnia 1862 r., bądź z wieku XIV. Nie dopuszcza się

umieszczania na budynkach administracji państwowej,

samorządowej dwujęzycznych tablic urzędu i informacyjnych.

Nie dopuszcza się na żadnym z obiektów

administracji państwowej i samorządowej, na którym

znajduje się godło państwa polskiego, umieszczania

napisów i tablic w innym języku niż polski.

Wysoka Izbo! Pozwalam sobie zauważyć, że wprowadzenie

do ustawy o mniejszościach narodowych

wymienionych powyżej sformułowań nie zmieni stosunku

mniejszości niemieckiej do władz Rzeczypospolitej

Polskiej, a wpłynie na wzrost szacunku zarówno

do państwa polskiego, jak i jego obywateli. Dziękuję.

Wicemarszałek

Kazimierz Michał Ujazdowski:

Dziękuję panu posłowi.

Na tym zakończyliśmy oświadczenia poselskie.

Informacja o wpływie interpelacji i zapytań oraz

odpowiedzi na nie została paniom i posłom doręczona

w druku nr 3623*).

Na tym kończymy 96. posiedzenie Sejmu Rzeczypospolitej

Polskiej.

Protokół posiedzenia będzie wyłożony do przejrzenia

w Sekretariacie Posiedzeń Sejmu.

Porządek dzienny 97. posiedzenia Sejmu zwołanego

na dni 15, 16, 17 i 18 lutego 2005 r. został paniom

i panom posłom doręczony.

Zamykam posiedzenie.





Strona główna | English version | Biuletyn Informacji Publicznej | Wersja tekstowa
© 2002-2010 Ministerstwo Spraw Zagranicznych
Al. J. Ch. Szucha 23, 00-580 Warszawa tel. (+4822) 523 9000
Zaloguj się    
Ostatnia modyfikacja: 17.05.2012. CMS system zarządzania treściąagencja interaktywna: projektowanie stron WWW, cms, intranet, multimedia, aplikacje mobilne