dot: artykułu "Uderzający anachronizm" autorstwa Krzysztofa Iszkowskiego, Rzeczpospolita 01.06.04
Mentalność Kalego.....
Ciąg logiczny wywodu o braku korzyści płynących dla Polski z ewentualnego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej, jakiego dokonał na łamach Rzeczpospolitej Pan Krzysztof Iszkowski, nie był wyjątkowo trudnym wyzwaniem intelektualnym. Oparty został bowiem na przesłankach, które autor najpierw sam stworzył (przypisując je polskiej polityce zagranicznej) a później dobrał tak by pasowały do stawianej tezy: " członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej jest sprzeczne z polskimi interesami" . (J erzy Giedroyć pewnie w grobie się przewraca gdy doktoranci nauk społecznych wykuwają w pocie czoła takie tezy)
W swej analizie autor posługuje się tradycyjnymi, choć mocno nieaktualnymi, przesłankami dzielącymi mechanicznie świat na spolaryzowaną strefę wpływów, gdzie toczy się gra interesów silniejszych, mających z założenia sprzeczne interesy. Ignoruje - stosując skrajne uproszczenia - związki jakie wiążą dzisiaj Europę i Stany Zjednoczone. Pomija - pisząc o NATO-wskiej " skrzynce z narzędziami" - wewnętrzną debatę jaka w USA toczy się nad przyszłością Sojuszu i stanem stosunków transatlantyckich. Przede wszystkim zapomina jednak, że Rosja dzisiaj jest potężnym ośrodkiem, który sam jest w potrzebie. Jej przyszłość zależy od partnerskiej współpracy z wysoko rozwiniętymi regionami świata i błędem jest założenie, że zakodowany jest w tym zasadniczy antagonizm. Rosja jest skazana na współpracę.
Przyjrzyjmy się tezom jakie stawia autor, z punktu widzenia długofalowych interesów Polski na wschód od granic Unii Eur opejskiej.
Gdyby Polska dyplomacja sprowadzała istotę członkostwa w Unii Europejskiej do procesu korzystania z funduszy strukturalnych i środków pomocowych to już dawno mielibyśmy kompromis w kwestiach, które kształtują wizję Unii Europejskiej na dziesięciolecia, a dziś pozostają kością niezgody. Mielibyśmy, bo niektórzy nasi partnerzy do rozmów siadali uzbrojeni w taką właśnie mentalność, proponując "ugodę materialną". Próby "kupienia" polskiego kompromisu miały krótki żywot. Zostały ucięte w pół zdania. W łaśnie dlatego, żeby raz na zawsze pozbyć się myślenia przez pryzmat doraźnych korzyści. Na tworzenie obszaru, który tylko wybranym daje dostęp do stabilizacji, nie możemy sobie bowiem już pozwolić. Ten eksperyment mamy raz na zawsze za sobą. Polska, kier u jąc się m.in. własnymi doświadczeniami czuje się za to szczególnie odpowiedzialna. Naszą wizją jest Europa demokratyczna, stabilna i bogata ale też otwarta dla wszystkich, którzy widzą w niej swą przyszłość. Nie jest to wizja romantyczna czy utopijna. To jest chłodna kalkulacja, że pozycja Polski w większym stopniu zależy od stabilizacji na wschodzie niż od funduszy strukturalnych płynących z Brukseli. Co więcej - tych funduszy będzie przybywać, im bardziej nasi wschodni sąsiedzi będą otwarci na Europę. J e den z niemieckich polityków zauważył kiedyś słusznie w prywatnej rozmowie " na plaże Hiszpanii autostrady już zbudowaliśmy, czas by połączyły one nasz rynek ze wschodem..." To jest przykład mentalności Kalego, pod którym Polska się podpisuje dwiema rękami. Na tym bowiem korzystają wszyscy.
( Na marginesie - gdy czytam zdanie " ze względu na historyczne powiązania oraz bliskość językową i kulturową ponowna integracja z Rosją jest dla Ukrainy łatwiejsza do przeprowadzenia niż dostosowanie się do asquis commu nitaire " to myślę, że dla historyków, badaczy Jałty te słowa mogą brzmieć wyjątkowo złowieszczo.)
Krzysztof Iszkowski twierdzi, co w publicystyce prasowej ostatnich miesięcy - tak w Polsce jak poza granicami - jest dosyć popularną tezą, o zagrożeniu " Euro pą dwóch prędkości - wobec silnych na zachodzie dążeń zjednoczeniowych". Przypomnę - po pierwsze - że przejawem tej tendencji jest poszerzenie Europy a dążenia zjednoczeniowe są odwzajemniane po obu stronach równania 15 plus 10. Po drugie - teza o twardy m jądrze lub dwóch prędkościach jest z góry skażona błędem logicznym. Europa zawsze kierowała się, i kierować będzie, ideą "twardego jądra" w obszarach gdzie specjalizacja wybranej grupy państw w określonej dziedzinie jest oczywista i wynika z uwarunkowań obiektywnych. Możliwości Unii tkwią bowiem w tym, że potrafi ona twórczo i ze wspólną korzyścią, czerpać z potencjału poszczególnych jej członków, dzieląc się przy tym równomiernie korzyściami jakie z tego płyną. W tak rozumianej filozofii " twardego jądra " tkwi również szansa dla Polski. Musimy jednak umiejętnie z niej skorzystać. Próba propagandowego działania, by sztucznie tworzyć wizję dwóch prędkości, skazana jest z góry na niepowodzenie. Wykazała to m. in. dobitnie przygoda kilku europejskich partner ów z tzw. czekoladową koalicją zwołaną ad hoc w obszarze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.
Gdy mówimy o tym, że promowanie opcji europejskiej wobec Ukrainy jest umacnianiem jej pro-zachodniego kierunku myślenia to stosujemy z oczywistych powodów pewne uproszczenie. To, co jest krótkim przekazem medialnym dla przeciętnego czytelnika gazety, nie powinno być jednak tezą do analizy dla politologa. Budowanie na tym figury retorycznej, prowadzącej do negatywnego (sic!) wniosku, że tym samym " wzmacniamy prorosyjskie lobby w Brukseli" musi nieuchronnie prowadzić do tezy, że Rosja endemiczne wpisane ma w swą przyszłość konflikt z Unią Europejską.
Najbardziej naturalnym ze zjawisk współczesnej globalnej gospodarki jest ścieranie się wpływów i interesów. Z równym powodzeniem możemy próbować obronić tezę (niechętni Polsce publicyści po nią sięgali), że tradycyjnie doskonałe związki Polski z USA dają Waszyngtonowi "narzędzie, dzięki któremu będzie on mógł wpływać na wewnętrzne sprawy UE". Obie tezy są teoretycznie prawdziwe. Są one oczywiste ale bynajmniej nie groźne tak długo, jak służą naszym interesom i nie szkodzą Europie. By jednak tak się stało, musimy umiejętnie wypracować sobie pozycję jaką zarówno dialogu euro-atlantyckim jak w relacjach Unii ze wschodn i mi partnerami chcemy zajmować. Samo nie przyjdzie. Nasze relacje z Ukrainą są częścią tej polityki.
Najbardziej jednak niepokoi ostatnia, i kluczowa, teza jaką stawia Pan Iszkowski. Przypomnę ją w całości: " Wobec słabnącej roli NATO, które amerykańscy politycy przekształcają w skrzynkę z narzędziami Waszyngtonu, Polska powinna dążyć do zbudowania alternatywnej struktury bezpieczeństwa. Naturalnym rozwiązaniem, wydaje się inwestowanie w rozwój integracji militarnej w ramach UE". Przeciętny Kowalski mógłby odpowiedzieć sobie na to tak: ja też sięgam po skrzynkę z narzędziami gdy chcę naprawić coś, co się zepsuło! Odpowiedź łatwa i zrozumiała, ale tkwi w niej oczywiście problem - czy z europejskiej perspektywy to co Waszyngton ocenia jako zepsute na pewno wym a ga naprawy ? Pytanie takie postawiło sobie część państw europejskich przed atakiem na reżim Saddama. Skutek był taki, że po raz pierwszy w historii NATO mieliśmy do czynienia z autentycznym kryzysem wiarygodności sojuszniczej. Czy lekarstwem na taki stan rzeczy jest budowanie odrębnych, alternatywnych struktur ? Absolutnie nie! Pomijając wszystko inne - kto jest w stanie zagwarantować, że w takiej " alternatywnej strukturze " nie znajdzie się "ten największy", który przysporzy nam identycznych dylematów ? Tylko, że wówczas samotność będzie nam o wiele bardziej doskwierać (oby nie z tragicznymi skutkami).
Odpowiedzią jest to co Polska konsekwentnie powtarza przy każdej okazji: Europie potrzebna jest tożsamość w obszarze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Musi być ona tworzona w ścisłej korelacji z filozofią, misją i strukturami NATO. Musi ona czerpać z dorobku Sojuszu a samodzielną rolę odgrywać tam, gdzie są nasze oczywiste, europejskie interesy.
Jeżeli cokolwiek może dać bowiem satysfakcję "Rosji Zirinowskiego" to właśnie taka filozofia budowania " alternatywnych struktur bezpieczeństwa ". To nic innego bowiem jak sugestia osiągnięcie środkami politycznymi celów, które przez dziesięciolecia przyświecały polityce Związku Radzieckiego - rozbicia fundamentów europejskiego bezpieczeństwa jakim były, są i - dla dobra przyszłych pokoleń - miejmy nadzieję pozostaną silne więzi transatlatyckie.
A Ukraina do Unii Europejskiej wejdzie wtedy gdy spełnione zostaną dwa warunki - gdy jej obywatele wyrażą taką wolę a państwo będzie do tego gotowe. W naszym interesie jest im w tym pomagać - bo niby dlaczego nie ?
Bogusław M. Majewski
Rzecznik Prasowy MSZ
powrót